— Nie dzisiaj — oświadczył Edmund. — Zamierzam stać na straży koszmarów.
— Racja. — Sheida potrząsnęła głową. — Jeśli go znajdziesz…
— Przybiję go za jaja do najbliższego drzewa — spokojnie obiecał Edmund. — Widzisz, gdzieś tam głęboko we wnętrzu, wcale nie dbam o prawo.
* * *
Herzer przyjął żeton żywnościowy i skierował się w stronę budynków, zanim jeszcze jego mózg naprawdę zaskoczył. Dotarł do Raven’s Mill, deszcz ustał i po raz pierwszy od tygodni będzie mógł jeść i spać pod dachem. Ostrzeżono go, że jedzenia nie będzie wiele, a schronienie kiepskie. Jednak było to jedzenie i dach nad głową, a to już coś.
Po jedzenie stała kolejka, więc ustawił się na końcu. Zirytowało go, że część przychodzących osób nie szła na koniec ogonka, tylko podchodziła do przodu, wciskając się po prostu do znajomych. Jednak najwyraźniej nie było nikogo, kto mógłby temu zapobiec.
Ludzie czekający na posiłek stanowili smutny widok. Wszyscy wyraźnie wymęczeni drogą i w oczywisty sposób nieprzywykli do niej. Wielu wyglądało na… złamanych, jakby nigdy już, do końca życia, nie mieli się poprawić. Jednak byli i tacy, którzy nie robili takiego wrażenia. Rozmawiali uprzejmie z innymi; rozglądając się przy tym wokół siebie. Wydawało się, że nie wyróżniają się niczym szczególnym i Herzer nie umiał przewidzieć, kto będzie wbijał wzrok w ziemię, a kto patrzył ciekawie na świat. Niektórzy z ewidentnie najsłabszych w grupie okazywali się zarazem najaktywniejszymi osobami, podczas gdy i wśród najsilniejszych zdarzali się tacy, którzy wyglądali, jakby rozpadli się na strzępy — Zgromadzeni stanowili jeszcze z innego powodu dziwny widok. Bardzo mało dostrzegał wśród nich Przemienionych. Herzer przyzwyczaił się, że w tego rodzaju grupach stanowili oni przynajmniej jedną czwartą, od ludzi ze skrzydłami do kobiet-kotów. Owszem, zobaczył jedną przedstawicielka tych ostatnich, naprawdę uroczą pręgowaną blondynkę, oraz, na czele kolejki, ktoś wyglądający na niedźwiedzio — czy świniołaka. Ale żadnych więcej Przemienionych. Nie sądził, żeby miasto ich nie wpuszczało, jednak musiał istnieć jakiś powód, dla którego było ich tu tak niewielu.
Kolejka prowadziła do otwartej szopy wyglądającej prawie jak magazyn. Przy wejściu kobieta o znudzonym wyglądzie przyjmowała od wchodzących żetony. Jednej osoby, która nie miała żetonu nie wpuściła do środka, choć nie padły przy tym żadne wyjaśnienia. Wewnątrz stały stoły na kozłach, najwyraźniej świeżo zbite z kłód — na większości wciąż jeszcze widać było soki — zastawione prymitywnie wydłubanymi z drewna misami i łyżkami. Idąc za przykładem mężczyzny, który wszedł przed nim, wziął misę i łyżkę, a potem przyjął od jednego z rozdających mały kawałek pełnoziarnistego chleba. Przy kotle miska została napełniona jakąś potrawką składającą się głównie z fasoli i to już wszystko. Przy dalszym końcu magazynu ustawiono więcej prostych stołów i ław, większość miejsc była już zajęta. Doszedł prawie do samego końca, zanim zauważył wolne miejsce obok młodego człowieka mniej więcej w jego wieku. Podszedł i wskazał na miejsce.
— Można…?
— Proszę bardzo. — Chłopak rzucił najpierw szybkie spojrzenie siedzącej naprzeciw niego dziewczynie.
— Dziękuję — powiedział Herzer, siadając. — Herzer Herrick — przedstawił się, wyciągając dłoń.
— Mike Boehlke — odparł młodzieniec i wskazał przez stół. — To Courtney, Courtney Deadwiler. — Mike miał krótkie blond włosy, był krępy i miał około półtora metra wzrostu. Prezentował się stosunkowo nieźle jak na te okoliczności, ale jego mięśnie sprawiały trudne do zdefiniowania wrażenie, że wyglądał na kogoś, kto uzyskał je pracą, nie tylko dał je wyrzeźbić. Jedyną dziwną w nim rzeczą — nie do końca Przemiana, choć blisko — były brwi. Ich końce kierowały się ostro w górę. A jego czoło miało wyraźny i dziwny rysunek.
Courtney miała rude włosy, jasne, zielone oczy emanujące inteligencją była… dorodna — tylko takie słowo przychodziło do głowy na jej widok. Dziewczyna omiotła spojrzeniem nieznajomego, po czym zdawała się zaakceptować jego towarzystwo bez dalszych sprzeciwów.
— Cześć — odezwał się w jej stronę Herzer, kiwając głową na powitanie. Potem chwycił łyżkę i zaczął pochłaniać jedzenie.
— Musisz z tym uważać — rzuciła z parsknięciem Courtney. — Zrobiłam tak pierwszego wieczora i potem zwróciłam wszystko na stół.
— Myślę, że nic mi nie będzie — odpowiedział Herzer. Chwyciły go lekkie nudności, ale Tom miał jeszcze trochę jedzenia, więc poprzedniego dnia już nie głodował. Wytarł miskę małym kawałkiem chleba, po czym go zjadł. — To wszystko, prawda?
— Prawda — szorstko potwierdził Mike. — Jesteś tu nowy?
— Właśnie przyszedłem — wyjaśnił Herzer i umilkł. Szczegóły jego podróży nie nadawały się zbytnio do opowiadania.
— My jesteśmy tu już drugi dzień — nadmieniła Courtney. — Wiesz, że dają ci trzy dni?
— Tak. I powiedzieli, że ktoś mnie wtedy znajdzie. Właściwie, to mnie to zastanowiło. Jak to kontrolują?
— Niektórzy się wyślizgują. — Dziewczyna kiwnęła głową w stronę namiotu. — Ale trzeciego dnia, jeśli nie jesteś gdzieś zatrudniony, przestają ci dawać żetony żywnościowe. Mówią, o jakimś programie nauki zawodu. Mamy nadzieję się do niego dostać.
— Co innego można tu jeszcze robić? Widziałem kilku strażników.
— Nie są wiele warci — zauważył Mike. Wyrażał się w dość szorstki, ostry sposób, który ocierał się o granicę nieuprzejmości, jednak Herzer odniósł wrażenie, że to po prostu u niego normalne. — Mówi się, że Talbot zamierza ustanowić zawodową straż czy siły policyjne. Ale za wiele się dzieje w związku z wojnami o farmy.
— Wojny o farmy? — zapytał Herzer. — Już mamy wojny?
— Nie, to nie to — wyjaśniła Courtney. — Chodzi o kłótnie na temat tego, jak mają działać.
Zaprezentowała mu zwięzły opis różnych propozycji, po czym wzruszyła ramionami.
— Mike i ja, cóż… — spojrzała na niego i jeszcze raz uniosła ramiona.
— Chcę mieć farmę — oświadczył Mike. — Chcę mieć własną farmę, moją i Courtney. Nie chcę pracować na kogoś innego i nie chcę dzielić jej z grupą ludzi. Wiem, że mogę ją prowadzić, jeśli nie będę musiał się martwić dzieleniem jej z bandą nieudaczników. — Wskazał na ludzi siedzących przy stołach.
— Wydaje mi się, że to ma sens — zgodził się Herzer. — Sam nigdy nie myślałem o sobie jako o farmerze…
— To rolnictwo napędza ekonomię taką jak ta — entuzjastycznie powiedziała Courtney. — To ciężka praca, może najcięższa z istniejących. Ale jeśli ma się ziemię i jest się w tym dobrym, to przynosi też korzyści. Uda się nam — sięgnęła przez stół, chwytając dłoń Mike’a. — Jestem tego pewna.
— Ale i tak chcecie przejść przez program nauki zawodów? — zapytał Herzer. Zauważył, że Mike wydawał się skrępowany uściskiem i uwolnił się najszybciej, jak mógł.
— Chcę zobaczyć, co jeszcze można tu robić — wyjaśnił chłopak. — A rolnictwo to coś więcej niż tylko wkładanie nasion do ziemi. Przyda się odrobina wiedzy na temat bednarstwa, stolarstwa i kowalstwa.
— Podobno ma być też tydzień czy dwa szkolenia wojskowego — zauważyła Courtney.
— No cóż, pewnie też zobaczę, jak wygląda ten program nauki zawodów — zdecydował Herzer. Słońce opadało ku horyzontowi i uświadomił sobie nagle, że jest śmiertelnie zmęczony. — Gdzie tu się śpi?
Читать дальше