Nie był to disneyowski centaur, niewiele miał również wspólnego z klasycznym greckim modelem. Gdzieniegdzie był bujnie owłosiony, ale poza tym na całym ciele miał bladą i nagą skórę. Z głowy i z ogona spływały wielkie, wielokolorowe kaskady włosów. Porastały one również dolne partie wszystkich czterech nóg, a także ramiona. Co najdziwniejsze, włosy rosły również pomiędzy obu przednimi nogami, w miejscu, w którym przyzwoity koń — którego Cirocco próbowała odtworzyć sobie oczami wyobraźni powinien mieć tylko gładką skórę. Stworzenie nosiło pasterski kij i poza kilkoma drobnymi ozdobami było zupełnie nagie.
Cirocco była pewna, że trafiła na jedną z Tytanii, o których opowiadał Calvin, chociaż zapewne popełnił błąd w tłumaczeniu. To stworzenie — Calvin mówił, że wszystkie są rodzaju żeńskiego — nie miało sześciu nóg, a sześć kończyn.
Cirocco zrobiła krok naprzód, a Tytania włożyła rękę do ust, a później wyciągnęła ją w szybkim geście.
— Uwaga! — zawołała. — Ostrożnie!
Przez ułamek sekundy Cirocco zastanawiała się, o czym tamta mówi, później jednak próba udzielenia odpowiedzi zniknęła pod falą zdumienia. Tytania nie mówiła po angielsku, rosyjsku czy francusku, a jak dotąd były to jedyne języki znane Cirocco.
— O co… — urwała, odchrząkując z przejęciem i zaczęła fałszować. — O co chodzi? Czy grozi nam niebezpieczeństwo? — Pytania były niełatwe, wymagały złożonej intonacji.
— Czuję, że wy jesteście w niebezpieczeństwie — zaśpiewała Tytania. — Czułam, że na pewno musicie upaść, ale wy na pewno lepiej wiecie, co jest dobre dla waszego rodzaju.
Gaby patrzyła na Cirocco dziwnym wzrokiem.
— Co się tu u diabła dzieje? — spytała.
— Rozumiem ją — powiedziała Cirocco, nie chcąc się zapuszczać w dalsze tłumaczenia. — Powiedziała, żebyśmy byli ostrożni.
— Ostrożni przed… Jak?
— A jak Calvin rozumie miękkolota? Coś się nam porobiło w głowach, kotku. Teraz się to raptem przydaje, więc zamknij buzię. — Wróciła do przerwanej rozmowy, zanim padły dalsze pytania, bo i tak nie znała na nie odpowiedzi.
— Czy jesteście ludźmi z bagien? — spytała Tytania. — Czy też może przychodzicie z zamarzniętego morza?
— Ani stąd, ani stamtąd — zaświergotała Cirocco. Przebijaliśmy się przez bagna w drodze do… do morza zła. Nie chcemy ci zrobić żadnej krzywdy.
— Najmniejszą krzywdę zrobicie mi wtedy, kiedy pójdziecie ku morzu zła, bo wtedy po prostu zginiecie. Jesteście zbyt duzi, żeby być aniołami, które utraciły skrzydła, a także zbyt uczciwi, jak na stwory z morza. Muszę wyznać, że jeszcze nigdy nie widziałam nikogo podobnego do was.
— My… możesz do nas dołączyć na plaży? Moja pieśń jest słaba, wiatr jej nie niesie.
— Będę tam w dwa machnięcia ogona.
— Rocky! — syknęła Gaby. — Uważaj, ona rzeczywiście przymierza się, żeby zejść. — Wysunęła się przed Cirocco i przyszykowała swój szklany miecz.
— Wiem, że ma zamiar zejść — powiedziała Cirocco, mocując się z ręką Gaby. — Właśnie o to ją poprosiłem. Schowaj to, zanim tamta sobie czegoś nie pomyśli i trzymaj się z tyłu. Gdyby były problemy, wrzasnę.
Tytania zeszła przodem z urwiska, wyciągając na boki ramiona dla utrzymania równowagi. Energicznie podskakiwała, posuwając się wzdłuż małej lawiny, którą spowodowała, a potem lekko pokłusowała w ich stronę. Jej stopy znajomo klapały po skale.
Była o trzydzieści centymetrów wyższa od Cirocco, która mimowolnie cofnęła się o krok, gdy tamta podchodziła. Rzadko w swym życiu miała okazję spotkać kobietę wyższą od siebie, ale to stworzenie mogłoby górować nad każdym, z wyjątkiem profesjonalnych koszykarzy. Widziana z bliska wydawała się jeszcze bardziej obca, właśnie dlatego, że niektóre części jej ciała były tak przeraźliwie ludzkie.
Okazało się, że czerwone, pomarańczowe i niebieskie pasy, które — jak myślała Cirocco — miały być naturalnym ubarwieniem, w istocie były wymalowane farbą. Układały się we wzory i ograniczały się głównie do twarzy i piersi. Brzuch zdobiły cztery pasy ułożone w kształcie szewronów zaraz powyżej miejsca, gdzie powinien znajdować się pępek, oczywiście gdyby go miała.
Jej twarz była dostatecznie duża, by szeroki nos i usta jakoś nie raziły. Miała olbrzymie oczy, bardzo szeroko rozmieszczone. Tęczówki były jaskrawożółte, z promieniście rozchodzącymi się prążkami zieleni, które otaczały szerokie źrenice.
Te oczy były tak zdumiewające, że Cirocco niemal nie zauważyła najbardziej nieludzkiej cechy jej twarzy. Sądziła, że to, co ma utkane za uszami, to rodzaj dziwnych kwiatów, okazało się jednak, że to są właśnie uszy. Ostre koniuszki sięgały jej powyżej głowy.
— Nazywają mnie C-dur — zaśpiewała. Rzeczywiście, była to seria dźwięków w tonacji C-dur.
— Co ona powiedziała? — wyszeptała Gaby.
— Powiedziała, że ma na imię… — wyśpiewała imię centaura, a ta zastrzygła uszami.
— Nie potrafię tego wymówić — zaprotestowała Gaby.
— Nazywają ją C-dur. Czy możesz się zamknąć i pozwolić mi mówić? — Odwróciła się znowu ku Tytanii.
— Nazywam się Cirocco lub kapitan Jones — zaśpiewała. — To jest moja przyjaciółka, Gaby.
Uszy zwisły Tytanii na ramiona i Cirocco omal nie wybuchnęła śmiechem. Jej wyraz twarzy się nie zmienił, ale uszy mówiły wiele.
— Po prostu Szirokolubkapitandżons? — zaśpiewała, imitując monotonię głosu Cirocco. Kiedy westchnęła, jej nozdrza aż zatrzepotały od siły tego oddechu, ale klatka piersiowa pozostała nieruchoma. — To długie imię, ale mało nośne, za przeproszeniem. Czy u was, ludzi, nie ma krzty radości, że nadajecie sobie takie ponure imiona?
— Nasze imiona wybieramy dla nas — zaśpiewała Cirocco, czując się dziwnie zażenowana. Na perliste imię centaura odpowiedziała nudną frazą. — Nasza mowa nie jest podobna do waszej, a nasze tchawice nie są tak głębokie.
C-dur zaśmiała się i był to zupełnie ludzki śmiech.
— Faktycznie mówicie głosem wątłej trzcinki, ale lubię was. Zabiorę was do domu mojej matki na święto, jeżeli się zgodzicie.
— Przyjęlibyśmy twoje zaproszenie, ale jedno z nas jest ciężko ranne. Potrzebujemy pomocy.
— Która z was? — zaśpiewała, z uszami opadłymi z zakłopotania.
— To jest ktoś trzeci. Złamał kość w nodze. — Przelotnie zauważyła, że język Tytanii zawierał formy zaimkowe, właściwe dla mężczyzn i kobiet. Przez głowę przelatywały jej fragmenty pieśni oznaczające męską matkę, a nawet jeszcze bardziej nieprawdopodobne pojęcia.
— Kość w nodze — zaśpiewała C-dur, wykonując uszami skomplikowany alfabet sygnałów. — Jeżeli się nie mylę, dla ludu takiego jak wy jest to całkiem poważne, bo przecież nie macie nogi na zbyciu. Zaraz wezwę uzdrawiacza. — Podniosła swój pasterski kij i wykonała krótki śpiew do małej zielonej bryłki na jego końcu.
Gaby wytrzeszczyła oczy.
— Mają radio? Rocky, powiedz, co się dzieje? — Powiedziała, że wezwie lekarza. I że mam nudne imię.
— Billowi lekarz się przyda, ale nie oczekujmy, że będzie on członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Lekarskiego.
— Sądzisz, że nie wiem o tym? — syknęła wściekle Cirocco. — Bill wygląda kiepsko jak cholera. Nawet gdyby ten lekarz nie miał nic prócz końskich pigułek, nie zaszkodzi, jeśli go obejrzy.
— Czy to była wasza mowa — spytała C-dur — czy też macie trudności z oddychaniem?
— W taki właśnie sposób rozmawiamy. Ja…
Читать дальше