Rozbicie obozu okazało się niemożliwe. Zaczęli przywiązywać łódź do drzew i spać w niej. Lało co dziesięć-dwanaście godzin. Rozpinali nad głową namiot ze spadochronów, ale woda zawsze gdzieś przeciekała i tworzyła sadzawkę na dnie. Było gorąco i tak wilgotno, że nic nie schło.
Błoto, gorąco i wilgoć sprawiły, że stali się rozdrażnieni. Brakowało im snu, czasem tylko udawało się złapać przerywaną, niespokojną drzemkę pomiędzy wachtami. Jeszcze gorzej było wtedy, gdy cała trójka próbowała spać, co kończyło się walką o skrawek miejsca na pochyłym dnie „Titanica”.
Cirocco nagle się obudziła. Śniła, że nie może oddychać. Usiadła, czując, jak ubranie odkleja się od skóry. Palce, szyję i inne miejsca miała lepkie od potu.
Kiedy wstała, Gaby kiwnęła do niej głową, a później zwróciła uwagę na rzekę.
— Rocky — powiedział Bill. — Jest coś, co powinnaś…
— Nie — odpowiedziała, podnosząc ręce. — Cholera, chcę kawy. Jestem w stanie kogoś zabić.
Gaby grzecznie uśmiechnęła się, ale był to uśmiech bardzo wymuszony. Wiedzieli już teraz, że Cirocco wolno zaskakuje.
— To nie jest zabawne. Naprawdę. — Ponuro lustrowała krajobraz, który sprawiał wrażenie tak samo zgniłego jak stan jej uczuć. — Dajcie mi minutę, zanim zaczniecie zadawać pytania — powiedziała. Wyzwoliła się z lepkiego ubrania i wskoczyła do rzeki.
Poczuła się odrobinę lepiej. Huśtała się na wodzie, trzymając się burty i rozmyślając o mydle, dopóki jej stopy nie dotknęły nagle czegoś śliskiego. Nie czekała, żeby się przekonać, co to było, tylko szybko przelazła przez burtę i stanęła w kałuży wody.
— Dobra. Więc czego chcecie?
Bill wskazał na północny brzeg.
— Widziałem tam dym. Możesz go teraz zobaczyć, trochę na lewo od tej kępy drzew.
Cirocco przechyliła się przez burtę łodzi i zobaczyła cienką linię szarości rozciągniętą na tle odległej, północnej ściany.
— Wyciągnijmy łódź na brzeg i rozejrzyjmy się.
To była długa, wyczerpująca wędrówka po kolana w błocie i stojącej wodzie. Bill prowadził. Zaczęli zdradzać podniecenie, kiedy obchodzili duże drzewo gnojowe, które zasłaniało widok. Cirocco złapała zapach dymu poprzez znacznie silniejszy smród drzewa i pędem ruszyła przez śliski teren.
Zaczęło padać dokładnie w tym samym momencie, kiedy dotarli do ognia. Nie za mocno, ale też ogień nie był zbyt wielki. Wyglądało na to, że wszystko, co zdołają z niego uratować, to czarna sadza na stopach.
Pogorzelisko stanowiło nieregularną plamę pokrywającą powierzchnię hektara i tlącą się nierówno po brzegach. Kiedy zaczęło padać, na ich oczach szary dym zmienił kolor na biały. Potem języki ognia dotarły do kępy krzaków o kila metrów dalej.
— Przynieście coś suchego — poleciła Cirocco. — Wszystko jedno co. Trochę bagiennej trawy i patyków. Pospieszcie się, bo zgaśnie. — Bill i Gaby rozbiegli się w poszukiwaniu podpałki, a Cirocco klęknęła obok krzaka, rozdmuchując żar. Nie zważając na dym gryzący w oczy, dmuchała, aż się jej zakręciło w głowie.
Po chwili dorzucała już w miarę suchego drewna. W końcu mogła usiąść wygodnie, pewna, że płomień nie zgaśnie. Gaby krzyknęła i rzuciła patyk tak wysoko, że zanim zaczął spadać, niemal znikł im z oczu. Cirocco uśmiechnęła się szeroko, kiedy Bill poklepał ją po plecach.
To było drobne zwycięstwo, ale mogło okazać się ważne. Czuła się świetnie.
Kiedy deszcz ustał, ogień nadal płonął.
Powstał jednak problem, jak go podtrzymać. Omawiali go godzinami, próbując i odrzucając najrozmaitsze rozwiązania. Zużyli na to cały dzień i większą część następnego, który poświęcili na przygotowania do realizacji swojego planu. Z gliny zalegającej bagnisko sporządzili dwa paleniska przypominające główki fajek, wypalili je dokładnie, a potem wysuszyli dużą ilość drewna, które paliło się najwolniej. Potem rozpalili małe ogniska w obu glinianych kotlinkach. Rozsądek nakazywał mieć coś w zapasie. System wymagał, by ktoś przez cały czas doglądał ognia, ale byli gotowi to robić, póki nie znajdzie się lepsze rozwiązanie.
Kiedy się z tym uporali, nadeszła pora snu. Cirocco sądziła, że mogą spać na suchej ziemi, choć tak właściwie to nie bardzo dowierzała temu, co wykonali. Bill jednak chciał przedtem coś upolować.
— Już mi się mocno przejadły te melony — powiedział. — Ostatnie, które jadłem, smakowały jak zjełczałe.
— No tak, ale tu nie ma śmieszków. Od wielu dni ich nie widziałam.
— No to rąbniemy coś innego. Potrzebujemy trochę mięsa.
Rzeczywiście, nie odżywiali się zbyt dobrze. Na bagnach nie było takiej obfitości roślin owocowych, jak w lesie. Jedyna miejscowa roślina, której spróbowali, w smaku przypominała mango i przyprawiała o biegunkę. Łódź przypominała wtedy siódmy krąg piekieł. Od tego czasu ograniczyli się do zapasów.
Zdecydowali, że najbardziej oczywistą zdobyczą byłaby duża ryba bagienna. Jak wszystkie zwierzęta, które napotkali, ryba nie zwracała na nich większej uwagi. Wszystko oprócz niej było zbyt małe i za szybkie albo — jak gigantyczne węgorze — zbyt wielkie. Ryby bagienne lubiły siedzieć z zagrzebanym pyskiem w szlamie, poruszając się przy pomocy ruchów ogona.
Cirocco, Gaby i Bill wkrótce otoczyli jedną z nich. Po raz pierwszy mieli okazję przyjrzeć się jej z bliska. Cirocco nigdy jeszcze nie widziała tak wstrętnego stworzenia. Miała trzy metry długości, płaski brzuch, a pomiędzy tępym pyskiem a poziomym, jakby wielorybim ogonem, który sprawiał jakieś niepoważne wrażenie, była niemożliwie napęczniała. Wzdłuż grzbietu biegł długi, szary grzebień, miękki i przelewający się niczym grzebień koguta, ale pokryty śluzem. Rytmicznie puchł i chudł.
— Jesteś pewna, że chcesz to zjeść?
— Jeżeli tylko dostatecznie długo nie będzie się ruszać.
Cirocco usadowiła się cztery metry przed rybą, a Gaby i Bill zbliżali się do niej z boków. Cała trójka uzbrojona była w miecze z gałęzi drzewka-choinki.
Ryba bagienna miała tylko jedno oko wielkości patelni. Jedna jego krawędź uniosła się, aż wreszcie spojrzała na Billa. Zamarł. Ryba wydała sapiący dźwięk.
— Bill, nie podoba mi się to.
— Nie przejmuj się. Mruga, widzisz? — Struga płynu sikała z otworu ponad okiem i to ona właśnie była źródłem siorbania, które słyszeli. — W ten sposób zwilża oko. Nie ma powieki.
— Skoro tak mówisz. — Klasnęła w dłonie, a ryba posłusznie odwróciła wzrok od Billa i przeniosła na nią. Nie była pewna, czy oznaczało to jakąś poprawę, ale zrobiła na palcach krok naprzód. Ryba, znudzona tymi wszystkimi manewrami, odwróciła oko.
Bill ruszył do przodu, wyprężył się i pogrążył miecz w jej ciele zaraz za okiem, opierając się na nim całym ciężarem. Ryba podskoczyła, kiedy Bill puścił miecz i zatańczyła do tyłu.
Nic się nie stało. Oko nie poruszyło się, a organy na plecach przestały się nadymać. Cirocco rozluźniła się i dostrzegła uśmiech Billa.
— To zbyt łatwe — powiedział. — Kiedy to miejsce rzuci nam wreszcie prawdziwe wyzwanie? — Chwycił rękojeść swojego miecza i wyciągnął go. Ciemna krew trysnęła mu na rękę. Ryba wygięła się tak, że pyskiem dotykała ogona, a później machnęła płaskim ogonem w bok i w dół, trafiając Billa w głowę. Zręcznie podebrała jego nieruchome ciało i śmignęła nim w powietrze.
Cirocco nie zauważyła nawet, gdzie spadł. Ryba ponownie wygięła się w łuk, tym razem kołysząc się na brzuchu i trzymając pysk i ogon w powietrzu. Po raz pierwszy Cirocco zobaczyła jej paszczę. Była okrągła i przypominała gębę minoga z podwójnym rzędem zębów obracających się w przeciwnym kierunku i klekoczących. Ogon uderzył w muł i ryba skoczyła na nią.
Читать дальше