— Chciałabym wiedzieć, czy zrobiłyśmy to dobrze — powiedziała Gaby. Potem się rozpłakała. Cirocco zostawiła ją i zabrała się do bandażowania rozłupanej nogi Billa. Nie odzyskał jeszcze przytomności, kiedy kończyła. Stała, trzymając przed sobą zakrwawione ręce.
— Będziemy musieli wyruszyć — powiedziała. — To nie jest dobre miejsce. Musimy znaleźć teren suchy, rozbić obóz i poczekać, aż Bill trochę wydobrzeje.
— Chyba nie powinnyśmy go ruszać.
— Tak — westchnęła. — Ale musimy. Za dzień powinniśmy dotrzeć do tej wysoko położonej krainy, którą widzieliśmy wcześniej. Ruszajmy.
Potrzebowały na to dwóch dni, a nie jednego i były to straszne dni. Często przystawały, żeby wysterylizować bandaże Billa. Kociołek, którego używały do gotowania wody, nie był tak dobry, jak ceramiczny garnek: łuszczył się i topił, a woda była mętna. Trzeba było prawie godziny, żeby ją zagotować, ponieważ ciśnienie na Gai było wyższe od atmosferycznego.
Gaby i Cirocco złapały na zmianę kilka godzin snu, tam, gdzie rzeka była spokojna i szeroka. Kiedy jednak wpływali na odcinki niebezpieczne, razem musiały zdrowo się napocić, żeby łódź nie wpadła na brzeg. Poza tym nadal regularnie padało.
Bill wciąż spał, a po dwudziestu czterech godzinach obudził się o pięć lat starszy. Miał siną twarz. Kiedy Gaby zmieniała bandaże, jego rana nie wyglądała dobrze. Podudzie i większa część stopy spuchły niemal do dwukrotnych rozmiarów.
Kiedy wreszcie wydostali się z bagien, ciągle majaczył, pocił się bardzo obficie i miał wysoką gorączkę.
Drugiego dnia Cirocco nawiązała kontakt z przelatującym miękkolotem, odbierając wysoki i wznoszący się gwizd. Jak jej wyjaśnił Calvin, oznaczał on: „OK, powiem mu”, ale bardzo się obawiała, że i tak może być za późno. Patrzyła, jak miękkolot spokojnie żegluje w stronę zamrożonego morza i zachodziła w głowę, dlaczego upierała się, by porzucili las. A jeśli już musieli, dlaczego nie polecieli Gwizdkiem, żeglując ponad tym wszystkim, z dala od takich okropności jak ryba błotna, która nie chciała zdechnąć.
Argumentacja, którą przywoływała wtedy, była dobra i dziś, ale mimo to robiła sobie gorzkie wyrzuty. Gaby nie mogła latać miękkolotami, a musieli przecież znaleźć drogę powrotną. Pomyślała jednak, że z pewnością są inne, łatwiejsze i wdzięczniejsze zadania, niż branie odpowiedzialności za życie innych, zwłaszcza że własne życie przyprawiało ją o mdłości. Chciała się stąd wydostać, chciała, żeby ktoś zdjął z niej ten ciężar. Jak mogła w ogóle myśleć, że nadaje się na kapitana? Co zrobiła jak trzeba od czasu objęcia dowództwa „Ringmastera”?
To, czego chciała naprawdę, było banalne, ale trudne do znalezienia. Jak wszyscy, pragnęła miłości. Bill wyznał jej, że ją kocha, dlaczego więc nie potrafiła mu się odwzajemnić tym samym?
Myślała, że kiedyś wreszcie się na to zdobędzie, ale teraz wyglądało na to, że Bill umrze, a przecież za niego odpowiadała.
Równie gorąco pragnęła przygody. To dążenie przez całe życie kierowało jej postępkami, od pierwszego komiksu, który przeglądała, od pierwszych filmów dokumentalnych o podboju kosmosu, które oglądała szerokimi z podziwu oczami dziecka, od pierwszych, jeszcze czarno-białych filmów awanturniczych i kolorowych westernów. Pragnienie dokonania czegoś wielkiego i bohaterskiego nigdy jej nie opuszczało. To właśnie ono odepchnęło ją od kariery śpiewaczki, której pragnęła dla niej matka i od roli kury domowej, którą wszyscy usiłowali jej narzucić. Chciała spaść nagle w ogniu laserów na bazę kosmicznych piratów, przedzierać się przez dżunglę z bandą zagorzałych rewolucjonistów w nocnym rajdzie na twierdzę wroga, szukać Świętego Graala albo zniszczyć Gwiazdę Śmierci. Jednak już jako osoba dorosła znalazła inne powody, by wyrąbywać sobie drogę w college’u i osiągnąć mistrzostwo w ćwiczeniach, tak, by kiedy nadarzyła się sposobność, nie mogli wybrać nikogo innego do misji na Saturna. Pomimo to, pod tym wszystkim nadal tkwił pociąg do podróży, zwiedzania dziwnych miejsc i do robienia rzeczy, których nikt przed nią nie robił i w końcu chyba dlatego wylądowała na „Ringmasterze”.
No i dostała teraz swoją przygodę. Spływała w dół rzeki w łódce z łupiny orzecha, wewnątrz najogromniejszej konstrukcji, jaką kiedykolwiek oglądało ludzkie oko, a mężczyzna, który ją kocha, umierał.
Wschodni Hyperion był krajem łagodnie pofałdowanych wzgórz i rozległych równin, upstrzonych chwiejącymi się na wietrze drzewami niczym afrykańska sawanna. Ophion była teraz większa, a nurt szybszy i tajemniczo chłodniejszy.
Spływali z prądem wzdłuż niskich urwisk nachylających się nad brzegiem rzeki. „Titanic” okazał się zupełnie niesterowny w czasie szybszych spływów. Cirocco rozglądała się za miejscem, gdzie rzeka rozleje się szerzej i gdzie będzie można przybić do brzegu.
Wreszcie je wypatrzyła. Dwie godziny walczyły z nurtem przy pomocy tyczek i wioseł, by doprowadzić łódź do skalistego brzegu. Obie ciągnęły resztką sił. Co gorsza, wyczerpały się zapasy żywności, a Wschodni Hyperion nie wyglądał na krainę urodzajną.
Wciągnęły „Titanica” na brzeg, wspinając się po śliskich skałach, póki nie były pewne, że łódź jest bezpieczna. Bill ciągle był nieprzytomny. Od dłuższego czasu się nie odzywał. Cirocco usiadła przy nim, a Gaby zasnęła jak zabita. Cirocco walczyła ze snem, penetrując obszar w promieniu stu metrów od obozowiska.
Dwadzieścia metrów od skraju rzeki brzeg łagodnie się wznosił. Wspięła się na górę.
Wschodni Hyperion wyglądał jak marzenie rolnika. Szerokie pasy terenu przypominały pszeniczne pola Kansas. Wrażenie to psuły tylko miejsca w kolorze rdzawej czerwieni i jeszcze inne o bladoniebiesko-pomarańczowym kolorze. Wszystko to falowało na wietrze, niczym wysoka trawa, przemykały głębokie cienie, a niektóre chmury wisiały tak nisko, że wypełniały mgłą łożyska strumieni nawet w promieniach słońca.
Na wschodzie wzgórza biegły ku strefie zmierzchu zachodniej Rei, stopniowo nabierając zielonkawego odcienia, który musiał oznaczać las, a potem przekształcał się w zaciemnione skaliste góry. Na zachodzie teren był płaski, usiany płytkimi jeziorami i bagnami porośniętymi trawą zjadaną przez ryby bagienne i połyskującą w słońcu. Jeszcze dalej rozciągała się głębsza zieleń tropikalnego lasu, a jeszcze wyżej — równiny, które ginęły w mroku lądowej powierzchni Oceanusa.
Penetrując wzrokiem odległe wzgórze, dostrzegła grupę zwierząt i czarne punkciki na żółtym tle. Dwa albo trzy punkty były większe niż pozostałe.
Miała już wracać do namiotu, kiedy usłyszała muzykę. Była tak słaba i daleka, że Cirocco uświadomiła sobie, że już od dłuższego czasu ją słyszy, nie zdając sobie z tego sprawy. Szybki szereg tonów, później dłuższy motyw, który brzmiał słodko i wyraźnie. Melodia opowiadała o cichych miejscach i swobodzie, której być może nigdy już nie zazna i była znajoma jak kołysanka z dziecinnych lat.
Stwierdziła, że cicho popłakuje, wytężając słuch w nadziei, że wiatr znów przyniesie tę melodię. Ale pieśń się urwała.
Tytania znalazła ich, kiedy składały namiot i miały właśnie przesunąć Billa. Stała na szczycie urwiska, na które poprzedniego dnia wspięła się Cirocco. Cirocco czekała, aż istota zrobi pierwszy ruch, tamta jednak najwidoczniej oczekiwała na to samo.
Najodpowiedniejszym określeniem dla opisania przybysza był centaur. Dolna część miała kształty konia — górna była przerażająco ludzka. Cirocco nie mogła uwierzyć własnym oczom.
Читать дальше