Poza kucharzami i tancerzami, zebrała się już tam cała wieś. Wokół ognisk stały ogromne platformy ułożone z podłużnych tykw, służące tancerzom za estrady. Na honorowym miejscu, pośród tańczących wieśniaków, znajdował się potrójny tron. Jego środkowe siedzenie było wyższe.
Obrien i Starszy zajęli niższe siedzenia tronu, a korowód tancerzy ruszył na powrót do wsi, by sprowadzić kucharzy. Zbliżali się w kilkuosobowych grupkach, a każdy z nich niósł swoje kulinarne arcydzieło na tacy z tykwy, wyłożonej kolorowymi liśćmi i ozdobionej kwiatami. Byt mieszkańców planety całkowicie zależał od kaprysów kolufa: jeśli dał się złowić — jedli do syta, jeśli nie — chodzili głodni. Zawsze jednak, bez względu na ilość mięsa, które mieli do dyspozycji, w przyrządzaniu go przechodzili samych siebie.
Kucharze ustawili się szeregiem na skraju plaży. Tancerze zaczęli odbierać od nich tace i kolejno, z wielką ceremonią częstowali Obriena. Brzękliwe dudnienie muzyki nie ustawało, a tancerze elastycznymi ruchami wyginali swe ciała w jej rytm, to sunąc spokojnie, to znów żywo przeskakując z jednej platformy na drugą.
Obrien oglądał po kolei każdą potrawę, odrywał kawałek mięsa, z namaszczeniem smakował, zastanawiał się przez chwilę i kręcił głową. Potrawę przekazywano następnie oczekującym wieśniakom, a jej zawiedziony autor znikał. Jego miejsce na początku szeregu zajmował inny kucharz i tancerze przynosili następne danie do oceny. Obrien próbował, dyskwalifikował, a potem z uwagą przyglądał się tańcom, dopóki nie pojawiła się następna potrawa.
Wieśniacy łakomym wzrokiem obserwowali Obriena próbującego potrawy za potrawą. Langri nie był nowicjuszem i wiedzieli, że jeśli któraś z nich zyska sobie jego uznanie, będzie to naprawdę wielki zaszczyt dla kucharza.
Nagle, spróbowawszy odrobiny kolufa, Obrien przechylił z zastanowieniem głowę i oderwał większą porcję. Ponownie spróbował, uśmiechnął się, z uznaniem pokiwał głową i podsunął kawałek Starszemu, który wziął go do ust, posmakował i sam uśmiechem wyraził aprobatę. Obrien wziął tacę z mięsem od tancerzy, którzy powrócili do szeregu oczekujących werdyktu kucharzy, by ogłosić zwycięzcę. Okazała się nim pulchna kobieta w średnim wieku. Nie posiadającą się ze szczęścia tancerze podprowadzili do tronu. Obrien i Starszy podnieśli się i pomogli jej zająć najwyższe miejsce, zaś wieśniacy wokół nich entuzjastycznie wyrażali swe uznanie głośnym tupaniem bosych nóg. U tubylców bowiem, jak u wszystkich szanujących dobre jedzenie ludów, najważniejsze miejsce na każdej uczcie przysługiwało kucharzowi.
Następnego dnia rano, Obrien i Starszy szli wybrzeżem, aż dotarli do niewielkiego pagórka nad samym brzegiem. Usiedli na nim pośród mnóstwa słodko pachnących, kołyszących się na wietrze kwiatów. Światło poranka połyskiwało na pomarszczonej wodzie. Kolorowe żagle flotylli myśliwskiej wyglądały jak kwiat przypięty do horyzontu. Z sennej wsi wiła się ku niebu pojedyncza strużka dymu. Dzieci płci obojga dokazywały na falach przyboju lub nieśmiało podchodził)' brzegiem morza, by pogapić się na rozmawiających starców.
— Stary jestem — westchnął Obrien.
— Jesteś najstarszym starcem — skwapliwie zgodził się Starszy.
Obrien uśmiechnął się blado. Dla tubylca „stary” znaczyło „mądry”. Starszy powiedział mu więc największy komplement, a on odczuwał tylko zawód i rozgoryczenie.
— Jestem stary — rzekł — i umieram. Starszy raptownie obrócił się ku niemu i popatrzył nań z niepokojem.
— Nikt nie żyje wiecznie, mój przyjacielu — powiedział Obrien — a my obaj już od dawna oszukujemy śmierć, unikając jej palącego ognia.
— Ogień śmierci miał zawsze dostatek opału. Niech więc ją oszukują ci, co mogą. Ale ty wspominałeś o jakiejś potrzebie…
— O waszej potrzebie. Potrzebie całego twojego ludu, który jest również mój.
Starszy pokiwał głową w zadumie.
— Jak zawsze, zamieniamy się w słuch, gdy mówi Langri.
Obrien wstał, zrobił kilka kroków i zatrzymał się patrząc na morze.
— Pamiętasz, że przybyłem z daleka i zostałem z wami, bo statek, który mnie tutaj przywiózł z nieba, nie mógł już latać. Znalazłem się tu przez przypadek, ponieważ zabłądziłem, a mój statek był bardzo chory.
— Pamiętam.
— Inni też tu dotrą — powiedział Obrien — a potem będzie ich więcej. Ludzi dobrych i złych, ale wszyscy będą mieli dziwną broń.
— Pamiętam. Byłem przy tym, jak zabiłeś mafa.
— Dziwną broń… — powtórzył Obrien. — Nasz lud będzie bezradny. Ludzie z nieba zabiorą tę ziemię — co tylko będą chcieli. Wzgórza i lasy, i plaże, a nawet morze — matkę życia. Łodzie będą pływać na wodzie i pod wodą, zatruwając ją, a koluf — podstawa życia — ucieknie na głębokie wody, gdzie nie dosięgną go rybacy. Nasz lud będzie zmuszony wycofać się w góry, gdzie brak pożywienia. Obcy przyniosą ze sobą dziwne choroby i całe wsie zapłoną ogniem śmierci. Spustoszą brzegi mórz, będą pływać w wodzie i polować, ich domy będą wyższe od najwyższych drzew w lesie, a na plażach znajdzie się więcej przybyszów niż marnli podczas wylęgu. Nie będzie już naszego ludu.
— Jesteś pewien, że to prawda? — powiedział Starszy po chwili milczenia.
— Nie dziś i nie jutro, ale na pewno tak się stanie.
— Jesteśmy naprawdę w wielkiej potrzebie… — powiedział cicho Starszy.
Obrien popatrzył na oszałamiająco piękny, łukowato wygięty brzeg morza i pomyślał: „Taka cudowna, dziewicza ziemia. Taki piękny, szlachetny, cudowny lud”. Człowiek czuje się potwornie bezradny, gdy umiera.
Starszy podniósł się i przez chwilę stali obok siebie w milczeniu: dwaj starcy w blasku słońca, oczekujący wiecznej ciemności.
Starszy delikatnie położył dłoń na ramieniu Obriena.
— Czy Langri nie może temu zapobiec?
Obrien zrobił kilka kroków w dół stoku i uklęknął w bujnej zieleni. Zaczął wyrywać kwiaty, jeden za drugim, a kiedy błyszczący, wielobarwny kielich ciemniał w jego dłoni, gniótł go i odrzucał, wyrywając następny.
Starszy podszedł do niego i klęknął obok.
— Czy Langri nie może…
— Myślę, że Langri mógłby temu zapobiec, gdyby ludzie z nieba przybyli dziś lub jutro. Jeśli przybędą później, Langri nie zapobiegnie, bo Langri umiera.
— Teraz rozumiem. Langri musi nam wskazać drogę.
— Droga jest dziwna i trudna.
— Zrobimy, co trzeba. Będzie nam przyświecać mądrość Langriego.
— Dziwna i trudna — powtórzył Obrien — nasz lud może sobie nie poradzić, albo też droga, którą Langri wybierze, nie będzie dobra.
— Czego sobie życzy Langri? Obrien wstał z klęczek.
— Przysyłaj do mnie młodych ludzi, po dziesięć osób. Sam będę wybierał. Muszę mieć dla nich wioskę na osobności. Muszą jeść, chociaż nie będą ani polować, ani zbierać, a obowiązek przygotowywania i dostarczania im jedzenia musi być uczciwie rozłożony na wszystkie wsie.
— Pierwsi przyjdą do ciebie dziś jeszcze; twoje życzenia będą moimi.
Zetknęli się dłońmi. Obrien odwrócił się i szybko oddalił. Na plaży czekał na niego Fornri z młodymi wioślarzami. Natychmiast odbili i postawili żagiel, gdyż wiatr sprzyjał powrotnej podróży. Rychło wypłynęli z zatoki. Obrien obejrzał się i zobaczył, że Starszy stoi jeszcze nieruchomo na tym samym pogórku z uniesionym ramieniem.
Cerne Obrien uczestniczył w kosmicznych wędrówkach od dwunastego roku życia, a gdy już wystarczająco dojadła mu rola członka załogi, zaoszczędził trochę pieniędzy i nabył zużyty statek badawczy z demobilu. Warunkiem sprzedaży — po cenie złomu — było pocięcie go na żyletki, ale Obrien załatwił sobie trochę zapasów i przekupiwszy dyspozytora, by nic nie widział, wystartował w Kosmos.
Читать дальше