— Doskonale! Ale dlaczego profesor przywiózł nas właśnie tutaj?
— Dlatego, że jest to jedno z miejsc, w którym on i Jens szukali osadników — odparł Barney spokojnie. Tego wieczoru miał cierpliwość dla każdego.
— Znów racja. Ale teraz powinieneś zadać sobie pytanie, dlaczego Jens zdecydował się szukać osadników tu, a nie gdzie indziej. Może mu pan to wyjaśni, profesorze?
Hewett zdjął okulary i delikatnie otarł wargi serwetką.
— Jesteśmy tutaj — zaczął — ponieważ we wczesnych latach sześćdziesiątych Helga Ingstad przeprowadziła na tym terenie prace wykopaliskowe. Znaleziono pozostałości dziewięciu budynków, a analiza metodą C — 14 odkrytych na stanowisku szczątków, pozwoliła datować je na mniej więcej rok tysięczny.
— Masz pojęcie, co to oznacza? — spytał Charley.
— Wyjaśnijcie — odparł Barney w roztargnieniu, nucąc rytmiczną melodii „Ruszajmy, Wikingowie”, lejtmotyw całego filmu, grany cicho przez Spidermana gdzieś na dalszym planie.
— Teraz mamy rok 1006 — ciągnął Charley. — W obozie poniżej stoi dziewięć budynków, z których dwa; te spalone dla potrzeb filmu, są w ruinie i wymagają odbudowy. A zatem osada normańska w Epaves Bay powstała w XI wieku dlatego, że jej ślady odkryto w wieku XX. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z pętlą czasu — pętlą, która nie ma ani początku, ani końca. Przybyliśmy tu, by zostawić ślady, które zostaną odkryte po to, by doprowadzić nas do tego miejsca, abyśmy tu zostawili ślady…
— Dość — Barney uniósł rękę. — Miałem już kontakt z taką pętlą. Teraz będziesz pewnie chciał mi wmówić, że to, co przekazują sagi jest prawdą, za którą my ponosimy odpowiedzialność. Albo że Ottar to w rzeczywistości Thorfinn Karlsefni, facet, który założył pierwszą osadę w Winlandzie.
— Oczywiście — powiedział Ottar. — To ja!
— Co rozumiesz przez to „To ja”? — spytał Barney wybałuszając oczy.
— Thorfinn Karlsefni, syn Thorda Końskiej Głowy, syn Thorhildy Rjupa, córki Thorda Gellira… — Nazywasz się Ottar.
— Oczywiście. Ottar jest imieniem, którym nazywają mnie na co dzień, skrótem. Moim prawdziwym imieniem jest Thorfinn Karlsefii, syn Thorda…
— Pamiętam fragmenty sagi o Karlsefnim — przerwał mu Charley. — Studiowałem ją pisząc scenariusz. W sadze mówi się, że przybył on do Winlandu przez Islandię i ożenił się z dziewczyną o imieniu…
Gudrid!
— To przecież filmowe imię Slithey — wydusił z siebie Barney.
— Poczekaj, to nie wszystko — podnieconym głosem oznajmił Charley. — Pamiętam, że Gudrid miała mu urodzić syna w Winlandzie. Dano mu imię Snorey.
— Snorey — Barney poczuł dziwne mrowienie na karku. — Jeden z krasnoludków z Królewny Śnież…
— Nie rozumiem dlaczego wszyscy tak się tym przejmują — stwierdził profesor Hewett. — Od kilku tygodni wiemy o istnieniu takich pętli czasu. Powinniśmy raczej przedyskutować nie wyjaśnione szczegóły mechanizmu powstawania takiej pętli.
— Ale znaczenie tego faktu, profesorze! Znaczenie! Jeśli to prawda, to jedynym powodem, dla którego Wikingowie osiedlili się w Winlandzie jest nasza decyzja, by nakręcić film o osiedleniu się Wikingów w Winlandzie.
— Powód równie dobry jak każdy inny — spokojnie odparł profesor.
— Potrzeba tylko trochę czasu, żeby się do tego przyzwyczaić — mruknął Barney.
Mówiono potem, że przyjęcie było godne najwyższego uznania. Przeciągnęło się aż do świtu, toteż niewiele udało się zrobić następnego dnia. Ale minęło już poprzednie napięcie, poza tym znakomita większość członków ekipy przestała już być potrzebna. Znikali po kilku na raz, niektórzy na wakacje na Starą Katalinę, większość jednak chciała wracać prosto do domu. Odjeżdżali uszczęśliwieni, wymachując radośnie grubymi plikami kart godzinowych. W departamencie finansowym Climactic Studios długo w noc paliły się światła. Gdy, ku satysfakcji Barneya, film został już zmontowany, skopiowany i nawinięty na szpule, w obozie pozostała jedynie garstka ludzi, głównie niezbędnych przy ostatecznej likwidacji pleneru kierowców.
— Nie wiem, czy będzie pan miał jeszcze kiedyś okazje oddychać tak czystym powietrzem — odezwał się Dallas i popatrzył ze szczytu wzgórza na rozpościerającą się poniżej osadę Wikingów.
— Będę tęsknił za czymś więcej — odpad Barney. — Zaczynam sobie zdawać spraw, że z początku myślałem wyłącznie o filmie. Teraz, gdy film mamy już poza sobą, wiem; że wszystko to było czymś znacznie ważniejszym niż ktokolwiek z nas mógł sobie wtedy wyobrazić. Rozumiesz?
— Skapowałem. Ale niech pan pamięta, że wielu chłopaków zobaczyło Paryż tylko dlatego, że rząd wysłał ich tam, żeby tłukli Szkopów. Różnie w życiu bywa, oj różnie!
— Wydaje mi się, że masz rację ; Barney zaczął ssać prawą dłoń. — Ale nie mów tak. Przypomina mi to aż nazbyt paradoksalną pętle czasu.
— Co się panu stało w rękę?
— Nic takiego. Chyba drzazga.
— Niech pan pójdzie do pielęgniarki, żeby to panu wyjęła zanim zamknie cały swój kram.
— Chyba masz rację. Powiedz wszystkim, że ruszamy za dziesięć minut.
Pielęgniarka uchyliła drzwi przyczepy i wyjrzała z niej podejrzliwie.
— Przykro mi, nieczynne.
— Mnie również przykro. Proszę otworzyć, to punkt pierwszej pomocy!
Pielęgniarka mruknęła coś na temat zakresu pierwszej pomocy, ale otworzyła gabinet.
— Nie daje rady wyciągnąć tego pincetą — stwierdziła po chwili, nie bez odcienia złej woli w głosie. Wytnę panu maleńki kawałek skóry skalpelem.
Cały zabieg nie trwał nawet minuty i dopóki maleńkiej ranki nie posmarowano jodyną, myśli Barneya skupione były na znacznie poważniejszych zagadnieniach.
— Auuu! — wrzasnął.
— To nie mogło zaboleć, Mr Hendrickson, nie takiego dużego chłopca jak pan. — Pielęgniarka wyszła i zaczęła szukać czegoś w sąsiednim pomieszczeniu. — Przykro mi, ale skończyły się plastry. Na razie owinę to panu gazą.
Zaczęła bandażować mu dłoń. W tym momencie Barney zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje i wybuchnął gromkim śmiechem.
— Drzazga — powtórzył i spostrzegł, że ubrał się dziś w najlepsze, tweedowe spodnie i lotniczą, skórzaną kurtkę. — Założę się, że ma pani tutaj merkurochrom, jestem tego pewien.
— Dziwne pytanie. Pewnie że mam.
— A zatem niech pani zabandażuje te rękę dokładnie, ślicznie i aż po sam łokieć. Już ja mu pokażę, temu skurwysynowi sadyście!
— Co? Komu?
— Mnie! A komu? Potraktowałem siebie w taki sposób i teraz zamierzam zrobić to samo ze sobą. Przypuszczam, — że będę musiał tak się ze sobą obejść…
Pielęgniarka nie odważyła się wypowiedzieć już ani jednego słowa. Założyła Barneyowi szeroki i wielki opatrunek jak sobie tego życzył i nawet nie zaprotestowała, gdy oblał go taką ilością merkurochromu, że co najmniej połowa spłynęła na nieskazitelnie czystą podłogę gabinetu. Zamknęła tylko drzwi na klucz natychmiast po tym, jak wyszedł, gaworząc coś radośnie do siebie.
— Jesteś ranny? — zagadnął go Ottar.
— Niezupełnie. Nie zwracaj na to uwagi. Miej oko na tych Indian.
— Nie obawiam się ich. Zetniemy mnóstwo drzew. Zbijemy majątek na Islandii. Zabierasz Gudrid?
— Na parę minut, w twojej epoce. Co się stanie potem, zależy już tylko od niej. Żegnaj, Ottarze.
— Far heill [18] Do widzenia
Barney. Nakręć jeszcze jeden film i płać mi „Jackiem Danielsem”.
Читать дальше