— Kiedyś miałem serce — powiedział apatycznie pacjent w archiwum. — Teraz bije mi tam coś innego.
Inny nalegał, żeby go pochować, bo już śmierdzi.
I wiele innych, cały katalog precyzyjnie wycelowanych zaburzeń, których Rorschach na razie nam nie zaaplikował. Somnambulizm. Agnozje. Jednostronna nieuwaga. ConSensus zaserwował mi paradę osobliwości, która każdy mózg zmusiłaby do osłupienia własną kruchością: kobieta umierająca z pragnienia, mająca pod ręką wodę, nie dlatego, że nie widziała kranu, ale ponieważ go nie poznała. Człowiek, dla którego nie istniała lewa strona świata, który nie mógł ani spostrzec, ani wyobrazić sobie lewej strony swego ciała, pokoju, wiersza tekstu. Dla którego samo pojęcie „lewy” było nie do pomyślenia.
Czasem jednak swobodnie o czymś myślimy, a jednak tego nie widzimy, choć mamy to przed sobą. Przed nosem znienacka materializują się wieżowce, osoba rozmawiająca z nami podczas chwilowej nieuwagi zmienia się w kogoś innego — a my nie zauważamy. To nie czary. To nawet nie omyłka. Nazywają to „ślepotą z nieuwagi” i jest dobrze znana co najmniej od stulecia — taka skłonność oka do niezauważania rzeczy, które ewolucyjne doświadczenie sklasyfikowało jako nieprawdopodobne.
Znalazłem także przeciwieństwo ślepowidzenia Szpindla, chorobę, w której niewidzący wierzą, że są ślepi, lecz niewidomi upierają się, że widzą. Sama idea jest absurdalna do szaleństwa — a tu proszę, odklejone siatkówki, wypalone nerwy wzrokowe, same prawa fizyki nie pozwalają na jakiekolwiek widzenie: wpadają na ściany, potykają się o meble i wymyślają nieskończone groteskowe wytłumaczenia własnej niezdarności. Ktoś inny znienacka wyłączył światła. Za oknem mignął kolorowy ptak i odwrócił moją uwagę od przeszkody. Widzę świetnie, proszę pana. Z moimi oczami wszystko w porządku.
Szpindel nazywał to „wskaźnikami w głowie”. Ale były tam i inne rzeczy. Na przykład model świata, w którym w ogóle nie wyglądamy na zewnątrz; nasze świadome jaźnie widzą w głowie tylko symulację, interpretację rzeczywistości, bez końca odświeżaną danymi wejściowymi ze zmysłów. A co się stanie, gdy zmysły zawiodą, ale model, zepsuty przez jakiś uraz czy guz, się nie odświeży? Jak długo będziemy się gapić w tę nieaktualną interpretację, w kółko obracając te same stare dane w desperackim, podświadomym akcie uczciwego wyparcia? Ile trzeba czasu, żeby dotarło do nas, że widziany świat już nie odzwierciedla tego, w którym mieszkamy? Ze jesteśmy ślepi?
Według archiwów czasami trwa to całe miesiące. U jednej nieszczęsnej kobiety trwało ponad rok.
Odwołania do logiki całkowicie tu zawodzą. Jak mogłeś widzieć ptaka, skoro tu nie ma okna? Skąd wiesz, gdzie kończy się postrzegany przez ciebie półświat, jeśli nie widzisz tej drugiej połówki dla przeciwwagi? Skoro nie żyjesz, jak możesz czuć zapach własnego rozkładu? Jeśli nie żyjesz, Amando, to kto do nas mówi?
Bez sensu. W kleszczach zespołu Cotarda albo jednostronnej nieuwagi nie przekonają cię żadne argumenty. Natomiast w szponach obcego artefaktu wiesz, że twoja jaźń zniknęła, że rzeczywistość kończy się na linii środkowej. Wiesz to z taką samą niezachwianą pewnością, z jaką każdy zna położenie własnych kończyn, z tą wbudowaną świadomością niepotrzebującą dalszych potwierdzeń. Czymże jest wobec niej rozum? Czymże jest logika?
We wnętrzu Rorschacha nie ma na nie miejsca.
* * *
Za szóstą orbitą zadziałał.
— Mówi do nas — powiedziała James. Oczy za szybką miała rozszerzone. Wokół nas bebechy Rorschacha pływały i pełzały na skraju pola widzenia; nadal trzeba było się wysilić, żeby nie zwracać uwagi na to złudzenie. Obce słowa łaziły mi poniżej pnia mózgu jak małe zwierzątka, gdy próbowałem skoncentrować się na pierścieniu palczastych występów sterczących jak paliki ze ściany.
— Nie mówi — powiedział Szpindel z drugiej strony tętnicy. — Po prostu znowu masz halucynacje.
Bates się nie odezwała. Dwa trepy polatywały na środku, rozglądając się po trzech osiach.
— Tym razem to coś innego — upierała się James. — Geometria nie jest symetryczna. Wygląda prawie jak dysk z Fajstos. — Obróciła się powoli, wskazała w dół korytarza. — Tu chyba jest silniejsze…
— Daj Michelle — poprosił Szpindel. — Może ona tchnie w ciebie trochę rozumu…
James zaśmiała się niewyraźnie.
— Nie odpuszczasz, co? — Zakręciła pistoletem i odpłynęła w głębszy mrok. — Tak, tu faktycznie jest silniejsze. Tu jest treść, nałożona na…
Rorschach odciął ją, szybko jak błyskawica.
Nigdy nie widziałem, żeby coś poruszało się tak szybko. Żadnej ociężałości, do której przyzwyczaiły nas Rorschachowe przegrody, ani leniwości skurczu; tęczówka zwarła się momentalnie. Nagle tętnica po prostu kończy się trzy metry od nas matowoczarną błoną zdobioną w filigranowe spirale.
A Banda Czworga jest po drugiej stronie.
Trepy zareagowały natychmiast, z sykiem laserów. Bates krzyczała:
— Za mnie! Pod ściany!
Wyskoczyła w powietrze jak akrobatka na przyspieszonym filmie, zajmując dogodną pozycję, oczywistą przynajmniej dla niej. Przesunąłem się na bok. Powietrze cięły drżące nitki przegrzanej plazmy. Dostrzegłem kątem oka, że Szpindel przywarł do ściany naprzeciwko. A ściany pełzały. Widziałem, jak lasery zbierają żniwo — przegroda łuszczyła się pod ich naporem, jak spalony papier, z kruchych brzegów sączył się czarny tłusty dym i…
Nagła światłość, wszędzie. Tętnicę zalała feeria rozproszonego we wszystkie strony światła, pod tysiącami zmiennych kątów padania i odbicia. Jakbyśmy się znaleźli we wnętrzu wycelowanego w słońce kalejdoskopu. Światło…
…ostry jak igła ból w boku, w lewej ręce. Odór spalonego mięsa. Krzyk, ucięty.
— Jesteś tam, Susan? Ty giniesz pierwsza.
Światło wokół przygasło; rój mroczków w głowie mieszał je z chronicznymi półwizjami podrzuconymi tam wcześniej przez Rorschacha. W hełmie irytująco świergotał alarm, przebicie, przebicie… dopóki inteligentna tkanina skafandra nie zmiękła i nie zestaliła się na nowo w miejscach dziur. Coś mnie potwornie kłuło w lewym boku. Czułem się jak przypalony żelazem.
— Keeton! Sprawdź Szpindla! — Bates wstrzymała lasery.
— Keeton!
Racja. Szpindel.
Szybka była nietknięta. Laser stopił wylaminowaną na szkle siatkę Faradaya, ale skafander już zdążył zasklepić otwór. Dziura pod spodem, czyściutko wywiercona pośrodku czoła, pozostała. Oczy poniżej niej wpatrywały się w nieskończoność.
— I co? — zapytała Bates. Mogła odczytać jego wskazania równie łatwo jak ja, ale Tezeusz umiał dokonać pośmiertnej odbudowy.
O ile mózg był nieuszkodzony.
— Nic.
Ustało wycie wierteł i pił; rozjaśniło się. Odwróciłem głowę od zwłok Szpindla. Trepy wycięły otwór we włóknistym miąższu przegrody. Jeden przecisnął się na drugą stronę.
Wśród dźwięków pojawił się nowy — cichutkie, zwierzęce zawodzenie, udręczone i dysharmonijne. Przez moment myślałem, że Rorschach znów do nas szepcze; jego ściany jakby się delikatnie kurczyły wokół mnie.
— James? — warknęła Bates. — James!
To nie James. To mała dziewczynka w ciele kobiety w pancernym skafandrze, oszalała z przerażenia.
Trep przepchnął ją, zwiniętą w kłębek, z powrotem ku nam. Bates dotknęła jej delikatnie.
— Susan? Suze, wracaj. Jesteś bezpieczna.
Читать дальше