Zamilkli. Myron łyknął yoo-hoo. Miło było czuć w ręku chłodne aluminium.
– Mówisz o tej „żądzy”, jakby tobie była ona obca – powiedział.
– Bo jest obca.
– Bzdura.
– Dobrze gram w golfa – odparł Win. – Poprawka: bardzo dobrze. W młodości dużo ćwiczyłem. Wygrałem niejeden turniej. Ale nigdy nie miałem ambicji, by osiągnąć jeszcze wyższy poziom.
– Widziałem cię na macie. W turniejach sztuk walki wprost tryskałeś „żądzą”.
– To całkiem inna sprawa.
– Jak to?
– Te turnieje nie są dla mnie zawodami sportowymi, których zwycięzca wraca do domu z tandetnym trofeum, chełpiąc się nim przez kolegami i znajomymi. Nie są również rywalizacją prowadzącą do pustego przeżycia, które ludzie niepewni własnej wartości uznają za chwałę. Walka to dla mnie nie sport. W walce chodzi o przetrwanie. Jeśli mogę przegrać tam – skinął w stronę niewidzialnej maty – mogę przegrać w świecie rzeczywistym. – Win podniósł wzrok w górę. – Ale…
– Zamilkł.
– Ale? – zachęcił Myron.
– W tym, co mówisz, jest coś na rzeczy.
– Tak?
Win zetknął palce dłoni.
– Dla mnie walka to sprawa życia i śmierci. Oto jak ją traktuję. Ale wspomniani przeze mnie sportowcy poszli krok dalej. Każdą, nawet najbardziej banalną rywalizację traktują jak bój na śmierć i życie. Przegrana oznacza śmierć.
Myron skinął głową. Nie bardzo się z tym zgadzał, ale co tam. Ważne, żeby Win mówił.
– Czegoś nie rozumiem – rzekł. – Jeśli w Jacku tkwi ta szczególna żądza zwycięstwa, to dlaczego nie wygrał żadnego turnieju?
– Boją stracił.
– Żądzę?
– Tak.
– Kiedy?
– Dwadzieścia trzy lata temu.
– W czasie Otwartych Mistrzostw Stanów?
– Tak – potwierdził Win. – U większości sportowców wypala się ona powoli. Znużenie albo nasycenie zwycięstwami tłumi w nich wewnętrzny żar. W przypadku Jacka było inaczej. Jego żar się nie wypalił. Zgasił go jeden silny, zimny podmuch. W sposób niemal naoczny. Dwadzieścia trzy lata temu. Przy szesnastym dołku. Piłka wylądowała w kamiennym dole. Właśnie wtedy zmieniło się mu spojrzenie.
– I teraz powróciło.
– Powróciło – potwierdził Win. – Zabrało mu to dwadzieścia trzy lata, ale znów rozpalił w sobie ogień.
Napili się. Win pociągnął łyczek. Myron pociągnął solidny haust i poczuł w przełyku miły czekoladowy chłód.
– Jak długo znasz Jacka? – spytał.
– Poznałem go, kiedy miałem sześć lat, a on piętnaście.
– Miał wtedy w sobie „żądzę”?
Win uśmiechnął się do sufitu.
– Prędzej dałby sobie wydłubać nerką łyżką do grejpfruta, niż przegrać z kimś w golfa. – Opuścił wzrok na Myrona. – Czy Jack Coldren miał w sobie tę „żądzę”? Był jej kwintesencją.
– Widzę, że go podziwiałeś.
– Tak.
– I już nie podziwiasz?
– Nie.
– Skąd ta zmiana?
– Dorosłem.
– No, no! – Myron łyknął yoo-hoo.
– Poważna sprawa. Win zaśmiał się.
– Nie zrozumiesz tego.
– Sprawdź.
Win odstawił kieliszek i bardzo wolno pochylił się do przodu.
– Co takiego wspaniałego jest w zwycięstwie? – spytał.
– Słucham?
– Ludzie kochają zwycięzcę. Podziwiają go. Zachwycają się nim, więcej, wielbią. Opisując go, używają stów takich jak bohater, odwaga i wytrwałość. Garną się do niego, chcą go dotykać. Pragną być tacy jak on. – Win rozłożył ręce. – Ale dlaczego? Jakie cechy zwycięzcy chcemy naśladować? Jego zaślepioną pogoń za czczą chwałą? Jego rozdętą samolubną obsesję, by zawiesić sobie na szyi kawałek metalu? Gotowość do poświęcenia wszystkiego, w tym ludzi, żeby w imię zdobycia tandetnej statuetki być lepszym od innych na sztucznej nawierzchni? – Spojrzał na Myrona z zamyśloną miną na zazwyczaj pogodnej twarzy. – Dlaczego oklaskujemy ten egoizm, tę miłość własną?
– Potrzeba rywalizacji nie jest niczym złym. Mówisz o ekstremach.
– Bo to właśnie ekstremalne wyczyny sportowe podziwiamy najbardziej. Twoja „potrzeba rywalizacji” z samej swej natury prowadzi do skrajności i niszczy wszystko na swojej drodze.
– Upraszczasz sprawę, Win.
– Ona jest prosta, przyjacielu.
Usiedli wygodniej. Myron utkwił wzrok w nagich belkach na sklepieniu.
– Mylisz się – rzekł po dłuższej chwili.
– Co do czego?
Myron zastanawiał się, jak mu to wyjaśnić.
– Kiedy grałem w kosza… – zaczął – kiedy sport wciągnął mnie na dobre i osiągnąłem poziom, o którym wspomniałeś… bardzo mało myślałem o wyniku, o rywalu, o pokonaniu kogoś. Byłem sam. Byłem w transie. I może zabrzmi to głupio, ale grając na najwyższych obrotach, przeżywałem coś bliskiego oświeceniu w zen.
Win skinął głową.
– Kiedy tak się czułeś?
– Słucham?
– Kiedy czułeś się najbardziej „oświecony”?
– Nie rozumiem.
– Na treningu? Nie. Podczas mało ważnego meczu, wtedy gdy twoja drużyna prowadziła trzydziestoma punktami? Nie. Ów zlany potem stan satori osiągnąłeś, przyjacielu, dzięki rywalizacji. Pragnieniu, nagiej żądzy, by pokonać godnego ciebie przeciwnika.
Myron otworzył usta do riposty, jednak górę wzięło w nim zmęczenie.
– Trudno mi znaleźć na to odpowiedź – przyznał. – W każdym razie lubię wygrywać. Dlaczego? Nie wiem. Lubię również lody. Też nie wiem dlaczego.
Win zmarszczył brwi.
– Imponujące porównanie – rzekł beznamiętnie.
– Ej, zrobiło się późno.
Od wejścia dobiegł odgłos podjeżdżającego samochodu. Do pokoju weszła uśmiechnięta młoda blondynka. Win odpowiedział jej uśmiechem. Pochyliła się i pocałowała go. Przyjął to spokojnie. Nigdy nie był niemiły wobec pań, z którymi się spotykał. Nie spławiał ich natychmiast po randce. Nie bronił im też zostać całą noc, jeśli sprawiało im to przyjemność. Niektóre mogły to uznać za życzliwość lub słabość. Niesłusznie. Win pozwalał im zostać, gdyż niewiele dla niego znaczyły. Nie żywił do nich żadnych uczuć, nie bał się, że straci dla którejś głowę.
– To moja taksówka – wyjaśniła blondynka.
Win uśmiechnął się bez wyrazu.
– Było bardzo miło – dodała.
Nawet nie mrugnął okiem.
– Gdybyś chciał, znajdziesz mnie za pośrednictwem Amandy… – Spojrzała na Myrona i jeszcze raz na Wina. – Tak, że wiesz…
– Wiem – odparł Win.
Młoda kobieta uśmiechnęła się niepewnie i wyszła.
Myron patrzył, starając się nie zdradzić miną zaskoczenia. Prostytutka! Rany boskie, prostytutka! Wiedział, że dawniej, w połowie lat osiemdziesiątych, Win korzystał z ich usług, zamawiając na tak zwany chiński wieczór dania z Hunan Grill i azjatyckie prostytutki z burdelu Noble House. Ale żeby robił to nadal, w jego wieku, w dzisiejszych czasach?!
Wtem przypomniał sobie o chevrolecie nova przed wejściem i przeszedł go dreszcz.
Obrócił się w stronę Wina. Spojrzeli na siebie bez słowa.
– Moralizujesz – odezwał się Win. – Jak miło.
– Nic nie powiedziałem.
– Pewnie. Win wstał.
– Dokąd się wybierasz?
– Wychodzę. Myronowi zabiło serce.
– Mogę pojechać z tobą?
– Nie.
– Jaki wóz bierzesz?
– Dobranoc, Myron – pożegnał go Win, nie racząc odpowiedzieć na pytanie.
Myron gorączkowo szukał rozwiązań, wiedział jednak, że to beznadziejne. Win wyjeżdżał. Nic go nie mogło powstrzymać.
Przy drzwiach Win zatrzymał się i odwrócił.
Читать дальше