– Wobec tego wiesz, gdzie są drzwi wyjściowe, tak? Przytaknęła.
– Reba, dotknij mojej piersi. Podnieś ręce powoli. Spróbować wydrapać mu oczy?
Kciukiem i palcami delikatnie objął jej szyję na wysokości krtani.
– Nie próbuj tego, o czym myślisz, bo ścisnę. Po prostu dotknij mojej piersi. Pod samym gardłem. Czujesz ten klucz na łańcuchu? Zdejmij mi go przez głowę. Ostrożnie… o tak. A teraz przekonam się, czy mogę ci ufać. Idź zamknąć drzwi na klucz i przynieś mi go z powrotem. No, idź. Poczekam tutaj. Ale nie próbuj uciekać. Nie masz szans.
Trzymała klucz na dłoni, a łańcuch uderzał ją po udzie. W butach odszukanie drogi było o wiele trudniejsze, ale nie zdjęła ich. Pomagało jej tykanie zegara.
Dywan, podłoga i znowu dywan. Duża kanapa. Skręć w prawo.
Czego najlepiej spróbować? Czego? Wrócić i próbować go oszukać czy brać nogi za pas? Czy innym udało się go nabrać? Oddychała tak głęboko, że zakręciło jej się w głowie. Nie mdlej. Nie umieraj.
Wszystko zależy od tego, czy drzwi są otwarte. Sprawdź, gdzie on jest.
– Dobrze idę? – spytała, choć świetnie wiedziała, że tak.
– Jeszcze jakieś pięć kroków.
W porządku, głos dochodził z sypialni.
Poczuła powiew na twarzy. Drzwi były uchylone. Starała się trzymać dokładnie na linii drzwi i głosu w sypialni. Wsunęła klucz do dziurki pod klamką. Od zewnątrz.
Teraz! Przez drzwi, zatrzasnąć je i przekręcić klucz. Na dół, po rampie, bez laski, próbując sobie przypomnieć, gdzie stoi furgonetka, biegiem. Biegiem. Wpada w coś – krzaki – krzyczy. Krzyczy: „Ratunku! Na pomoc! Ratunku, ratunku!" Biegnie po żwirze. W oddali klakson ciężarówki. Więc tam jest autostrada. Szybki chód, coraz szybszy, i bieg; co sił w nogach, skręcając, gdy żwir przechodził w trawę; zygzakiem, ale po alejce.
Za plecami ciężki tupot nóg po żwirze. Schyliła się, podniosła garść kamieni, odczekała, aż będzie całkiem blisko, i rzuciła. Usłyszała, jak kamienie zabębniły po nim.
Odwróciła się, pchnięta w ramię. Wielka ręka pod brodą, na jej szyi, i ściska, ściska, a krew dudni jej w uszach.
Wierzgnęła nogą do tyłu i trafiła go w kostkę. A potem zapadła w coraz głębszą ciszę.
W ciągu dwóch godzin skompletowano listę białych pracowników płci męskiej, w wieku od dwudziestu do pięćdziesięciu lat, którzy mieli furgonetki. Zawierała dwadzieścia sześć nazwisk.
Wydział komunikacji stanu Missouri dostarczył danych o kolorze włosów tych ludzi, ale nie traktowano tego jako informacji podstawowej – Smok mógł przecież nosić perukę.
Sekretarka Fiska, panna Trillman, sporządziła kopie tej listy i rozesłała je, gdzie trzeba.
Porucznik Fogel przeglądał listę, gdy rozległ się dzwonek jego radiotelefonu.
Zamienił parę zdań z przełożonymi, po czym zakrył słuchawkę.
– Panie Crawford… to znaczy Jack… Kilka minut temu w miasteczku uniwersyteckim – to prawie w centrum miasta, koło Uniwersytetu Waszyngtona – zastrzelono niejakiego Ralpha Mandy'ego. Biały, trzydzieści osiem lat. Leżał na podwórku przed domem, w którym mieszka niejaka Reba McClane. Sąsiedzi twierdzą, że ona pracuje w Baederze. Drzwi frontowe są otwarte, a jej nie ma w domu.
– Dandridge! – zawołał Crawford. – Reba McClane, znasz taką?
– Pracuje w ciemni. Jest niewidoma. Pochodzi z Colorado.
– A znasz jakiegoś Ralpha Mandy'ego?
– Mandy? – rzekł Dandridge. – Randy Mandy?
– Ralph Mandy. Pracuje u was taki? Lista personelu wykazała, że nie.
– Może to jakiś zbieg okoliczności – powiedział Fogel.
– Może… – mruknął Crawford.
– Mam nadzieję, że Rebie nic się nie stało – wtrąciła się panna Trillman.
– Zna ją pani? – zapytał Graham.
– Rozmawiałyśmy kilka razy.
– A jeśli chodzi o Mandy'ego?
– Nie znam go. Tylko raz widziałem ją w towarzystwie mężczyzny, kiedy wsiadała do furgonetki pana Dolarhyde'a.
– Do furgonetki pana Dolarhydea, panno Trillman? A jakiego koloru jest ta furgonetka?
– Niech się zastanowię… Ciemnobrązowa albo nawet czarna.
– Gdzie pracuje pan Dolarhyde? – zapytał Crawford.
– Jest kierownikiem produkcji – odparł Fisk.
– A gdzie jest jego biuro?
– Na końcu korytarza.
Crawford odwrócił się do Grahama, ale ten już wychodził.
Biuro pana Dolarhydea było zamknięte. Otworzyli je wytrychem dozorcy.
Graham wyciągnął rękę i zapalił światło. Stanął w progu i omiótł wzrokiem wnętrze pokoju. Panował tam niezwykły porządek. Nigdzie nie było widać żadnych przedmiotów osobistych. Na półkach stały jedynie podręczniki techniczne.
Lampa na biurku stała po lewej stronie krzesła, a więc Dolarhyde był praworęczny. Należało czym prędzej znaleźć odcisk lewego kciuka praworęcznego mężczyzny.
– Poszukajmy na notatniku z zaciskiem – rzucił do Crawforda, stojącego za nim w korytarzu. – Powinien otwierać zacisk lewym kciukiem.
Zaczęli przeglądać szuflady, gdy naraz wzrok Grahama przyciągnął terminarz na biurku. Graham przerzucił zabazgrane strony po sobotę, dwudziestego ósmego czerwca, datę zabójstwa Jacobich.
Kartki terminarza na czwartek i piątek poprzedzające ten weekend były zupełnie czyste.
Spojrzał więc na ostatni tydzień lipca. Czwartek i piątek również były bez żadnych zapisków. Była za to notatka wpisana pod środą:,,Am 552 3.45-6.15". Graham natychmiast ją przepisał.
– Chcę wiedzieć, co to za lot.
– Daj, ja to sprawdzę, a ty poszperaj tutaj – powiedział Crawford i ruszył do telefonu po drugiej stronie korytarza.
Graham przyglądał się właśnie tubie kleju do sztucznych szczęk, leżącej w szufladzie biurka, kiedy Crawford zawołał od drzwi:
– To był lot do Atlanty, Will. Zwijamy go.
Zimna woda na twarzy, spływająca na włosy. Rebie kręciło się w głowie. Leżała na czymś twardym i pochyłym. Odwróciła się. To jakieś drewno. Zimny, mokry ręcznik ocierał jej twarz.
– Reba – Spokojny głos Dolarhyde'a. – Jak się czujesz?
Cofnęła się przed tym głosem.
– Uch…
– Oddychaj głęboko. Minęła minuta.
– Jak myślisz, dasz radę wstać? Spróbuj.
Objął ją w pół, pomagając jej utrzymać się na nogach. Żołądek poszedł jej do gardła. Poczekał, aż jej minie.
– W górę, po rampie. Pamiętasz, gdzie jesteś? Kiwnęła głową.
– Reba, wyjmij klucz z drzwi. Wejdź do środka. Teraz zamknij drzwi na klucz i zawieś mi go na szyi. Dobrze. Upewnijmy się jeszcze, czy na pewno są zamknięte.
Usłyszała szczęk klamki.
– Świetnie. A teraz idź do sypialni, znasz drogę. Potknęła się i upadła na kolana, zwieszając głowę. Podniósł ją za ramiona i pomógł jej dojść do sypialni.
– Usiądź na tym krześle. Usiadła.
– A TERAZ DAJ Ml JĄ.
Chciała się zerwać, lecz przytrzymały ją olbrzymie dłonie.
– Siedź spokojnie, bo nie zdołam go utrzymać z dala od ciebie – ostrzegł Dolarhyde.
Świadomość wracała jej powoli, niechętnie.
– Proszę cię, spróbuj – powiedziała.
– Dla mnie już wszystko się skończyło, Reba.
Wstał i zaczął przy czymś majstrować. Smród benzyny przybrał na sile.
– Wyciągnij rękę. Dotknij tego. Nie chwytaj, dotknij. Poczuła coś na kształt stalowego nosa, zupełnie gładkiego w środku. Wylot luf dubeltówki.
– To dubeltówka. Magnum, kaliber dwanaście. Czy wiesz, co ona potrafi?
Skinęła głową.
– Opuść rękę. – Zimne lufy dotknęły zagłębienia w jej szyi
Читать дальше