Choć Asiajuk wielkodusznie zaproponował Silnie, by przesiadła się wraz ze swymi dziećmi do umiak, dziewczyna odpowiedziała mu za pomocą sznurka, że woli jednak swój kajak. Taliriktug wiedział, że jego żona nigdy nie zgodziłaby się, by którekolwiek z jej dzieci – z pewnością nie Kanneyuk, dwumiesięczna dziewczynka – przebywało tak blisko psów, i to na tak ograniczonej przestrzeni. Ich dwuletni syn, Tuugaq – „Kruk” – nie bał się psów, ale rodzice i tak woleli zatrzymać go przy sobie; siedział w kajaku, w niewielkim skrawku wolnej przestrzeni między Taliriktugiem i Silną. Maleńka Kanneyuk (której sekretne imię sixam ieua brzmiało Arnaaluk) leżała w amoutiq Silny, wielkim kapturze przeznaczonym do noszenia dzieci.
Wyruszyli w drogę o poranku, a gdy odbijali od brzegu, piętnastu pozostałych członków grupy Ludzi Chodzących Z Bogiem śpiewało im pożegnalną pieśń:
Ai yei yai ya na
Ye he ye ye yi yan e ya quana
Ai ye yi yai yana.
***
Drugiego wieczora, na dzień przed tym, jak ich łodzie miały zmienić kurs i ruszyć na południe, oddalając się od angilak ąikiątaą, czyli „największej wyspy”, którą James Ross przed wielu laty nazwał Ziemią Króla Williama, ignorując przy tym fakt, że tubylcy wielokrotnie określali ją w jego obecności mianem ąikiątaą – zatrzymali się na noc o niecałą milę od miejsca, gdzie niegdyś znajdował się obóz ratunkowy.
Taliriktug poszedł tam sam.
Był tam już wcześniej. Przed dwoma laty, zaledwie kilka tygodni po narodzinach Kruka, przyszedł tu z Silną. Działo się to niecały rok po tym, jak mężczyzna, którym niegdyś był Taliriktug, został zdradzony, pojmany i postrzelony jak pies, lecz już wtedy tylko nieliczne ślady świadczyły o tym, że znajdowało się tu duże obozowisko zamieszkane przez ponad sześćdziesięciu Anglików. W śniegu tkwiły fragmenty płótna z rozerwanych przez wiatr namiotów, a na ziemi widać było niewyraźne kręgi, pozostałości po ogniskach i większych namiotach.
Zostały też kości.
Taliriktug znalazł kilka kości długich, kawałek nadgryzionego kręgosłupa i jedną, pozbawioną żuchwy czaszkę. Trzymając ją w dłoni, mężczyzna zwany niegdyś Crozierem modlił się, by nie była to czaszka doktora Goodsira.
Pozbierał wszystkie te pogryzione przez nanuą resztki i złożył w grobowcu – kopcu ułożonym z kamieni. Na szczycie kopca zatknął widelec, naśladując zwyczaje Prawdziwych Ludzi i Ludzi Chodzących Z Bogiem, którzy wraz ze swymi zmarłymi posyłali do świata duchów ich ulubione przedmioty i narzędzia. Jednocześnie jednak zdawał sobie sprawę, że Eskimosi uznaliby to za nieprzyzwoite marnotrawstwo cennego metalu.
Potem spróbował odmówić jakąś prostą modlitwę.
Modlitwy w języku Inuktitut, które słyszał w ciągu ostatnich kilku miesięcy, nie nadawały się do tego miejsca i tych okoliczności. Próbując jednak nauczyć się tego trudnego języka – choć wiedział, że i tak nigdy nie będzie mógł wymówić głośno ani jednego słowa – przetłumaczył na własny użytek fragment Modlitwy Pańskiej.
Tego wieczora, stojąc przy grobowcu swych towarzyszy, próbował odmówić ją w myślach.
Nalegaumt kailaule. Pijornajatpinatuale nuname sorlo kilangme…
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje…
Przed dwoma laty doszedł tylko do tego miejsca, teraz uznał jednak, że to w zupełności wystarczy.
Wracając do swej żony z miejsca, które niegdyś zwane było obozem ratunkowym – od czasu jego ostatniej wizyty Prawdziwi Ludzie z południa zabrali widelec i otworzyli grobowiec, rozrzucając kości zmarłych – Taliriktug pomyślał z uśmiechem, że nawet jeśli dożyje biblijnych siedemdziesięciu lat, nigdy nie opanuje języka Prawdziwych Ludzi.
Każde słowo, nawet proste rzeczowniki, miało wiele wariantów, a subtelności odmiany przerastały wyobraźnię mężczyzny w średnim wieku, który zaciągnął się na statek jako kilkunastoletni chłopiec i nigdy nawet nie uczył się łaciny. Bogu dzięki nigdy nie będzie musiał mówić głośno w tym języku. Próby zrozumienia dłuższych i bardziej skomplikowanych wypowiedzi przyprawiały go o ból głowy podobny do tego, którego doświadczał, gdy Silna zaczęła dzielić z nim sny.
Choćby Wielki Niedźwiedź. Zwykły niedźwiedź polarny. Ludzie Chodzący Z Bogiem i Prawdziwi Ludzie, których poznał w ciągu ostatnich dwóch lat, nazywali go nanuq , co było stosunkowo proste, słyszał jednak również inne wersje tej nazwy, które można było zapisać za pomocą alfabetu łacińskiego – Prawdziwi Ludzie nie znali pisma – jako nanoq, tiamwak, nannuraluk, takoaq, pisugtooq i ayualunaq . Ostatnio dowiedział się także od Inupijuka, myśliwego z południa (który w rzeczywistości wcale nie był taki głupi, jak twierdził Asiajuk), że wiele grup Prawdziwych Ludzi z południa określało Wielkiego Niedźwiedzia mianem Tornarssuk.
Przez kilka wypełnionych bólem miesięcy – wracał wówczas do zdrowia i uczył się na nowo jeść i przełykać – nie miał żadnego imienia i było mu z tym całkiem dobrze. Kiedy grupa Asiajuka zaczęła nazywać go Taliriktug – „Silne ramię” – po tym, jak podczas polowania sam wyciągnął z wody ciało zabitego niedźwiedzia, choć wcześniej nie poradził sobie z tym zaprzęg psów i trzech myśliwych (nie dokonał tego dzięki jakiejś nadludzkiej sile – po prostu jako jedyny zauważył, że lina harpuna zaplątała się między lodowymi głazami), nie miał nic przeciwko nowemu imieniu, choć równie dobrze mógłby się bez niego obejść. Asiajuk powiedział mu, że teraz nosi pamięć duszy wcześniejszego Silnego Ramienia, który zginął z rąk kabloona.
Kilka miesięcy wcześniej, kiedy wraz z Ciszą przybył do wioski, by jego żona mogła skorzystać podczas porodu z pomocy tamtejszych kobiet, dowiedział się, że jej imię w języku Prawdziwych Ludzi, Inuktitut, brzmi Silna. Imię to pasowało do niej jak ulał, gdyż podobnie jak ona sama, zawierało zarówno ducha Silny, bogini powietrza, jak i Sedny, bogini morza. Jej drugie, tajemne imię sixam ieua pozostawało mu nieznane, gdyż Silna nie chciała ani nie mogła przekazać mu go w żaden sposób, czy to w snach, czy też za pomocą sznurka.
Znał swoje sekretne imię. Podczas pierwszej, wypełnionej cierpieniem nocy, kiedy Tuunbaq zabrał jego język i stare życie, wyśnił swoje sekretne imię. Nie mógł jednak zdradzić go nikomu, nawet Silnie, którą w myślach i snach wciąż nazywał Ciszą.
***
Wioska nazywała się Taloyoak. Większość jej mieszkańców – łącznie było ich około sześćdziesięciu – żyła w namiotach, choć kilka rodzin zamieszkiwało również lodowe domy, a nawet chaty z darni, przyklejone do stromego urwiska.
Tubylcy nazywali siebie Oleekatalik, co dało się przetłumaczyć jako „Ludzie z Pelerynami”, choć skóry, które nosili na ramionach, przypominały raczej szerokie szale niż peleryny. Wódz wioski był mniej więcej w wieku Taliriktuga i prezentował się całkiem nieźle, choć nie miał już w ogóle zębów, co sprawiało, że wyglądał na znacznie starszego, niż był w rzeczywistości. Nazywał się Ikpakhuak, czyli Brudas, choć zdaniem Taliriktuga nie był wcale brudniejszy ani nie śmierdział bardziej niż jego pobratymcy.
Żona Ikpakhuaka, znacznie od niego młodsza, nazywała się Higilak, co jak wyjaśnił Asiajuk, z drwiącym uśmieszkiem na ustach, oznaczało „Dom z Lodu”. Jednak przyjęcie, jakie zgotowała Higilak niespodziewanym gościom, wcale nie było chłodne; wraz ze swym mężem podjęła ich gorącą strawą i obdarowała licznymi prezentami.
Читать дальше