Zwinął się w ciasną kulkę i śnił mu się jakiś koszmar. Dotknęłam jego ramienia. Odsunął sięgwałtownie.
Jason? wyszeptałam.
Jęknął, odsuwając się jeszcze dalej.
Jason? spróbowałam ponownie, tym razem głośnej, ale nie za głośno, bo nie chciałam obudzićRee. Jason, obudź się.
Kołysał się i kołysał, i kołysał.
Położyłam obie dłonie na jego plecach i mocno nim potrząsnęłam. Wyskoczył z łóżka i szamotał siępo pokoju, wpadł na krzesło, potknął się o lampę podłogową.
Nie dotykaj mnie, kurwa! zawołał, wycofując się w kąt. Zabiłem cię! Nie żyjesz, nie żyjesz, nieżyjesz.
Wyszłam z łóżka i wyciągnęłam ręce.
Ćśś, ćśś, ćśś. Jason, to tylko sen. Obudź się, skarbie, proszę. To tylko sen.
Włączyłam lampkę obok łóżka, mając nadzieję, że światło pomoże mu wrócić do rzeczywistości.
Odwrócił twarz, chwycił zasłonę i trzymał ją przed sobą jakby zakrywał swoją nagość.
Odejdź jęknął. Proszę, proszę, proszę, po prostu odejdź.
Ale ja tego nie zrobiłam. Przesunęłam się o krok w jego kierunku. A potem jeszcze jeden. Siłą wolizmuszając męża do tego, aby się obudził, a córkę do tego, aby dalej spała.
W końcu bardzo powoli odwrócił się twarzą do mnie. Wciągnęłam gwałtownie powietrze, gdywpatrywałam się w ogromne, ciemne oczy, nadal pełne strachu, wręcz oszalałe z przerażenia. Cośkliknęło w mojej głowie i wszystkie części układanki wskoczyły w końcu na swoje miejsce.
Och, Jason szepnęłam.
I w tamtej chwili dotarło do mnie, że popełniłam straszny, ale to straszny błąd.
Taksówka zatrzymała się przed domem Aidana krótko po dwudziestej drugiej. Nie od razu wysiadł.
Spokojnie odliczył pogniecione banknoty, ukradkiem zerkając na okoliczne krzaki. Czy to był cień rododendrona pani H., czy kolejny zbir z warsztatu Vita? A to ciemne miejsce po prawej? Fotografowie chowający się na drzewach? A co z całą zaciemnioną ulicą biegnącą za nim? Może gdzieś tam krył się Jason Jones, szykując się, aby go wykończyć.
Pieprzyć to. Po prostu rusz się.
Aidan wcisnął dwanaście dolców w dłoń kierowcy, zebrał swoje pranie i wygramolił się z taksówki, ściskając w dłoni klucze od domu. Udało mu się dotrzeć do drzwi, kiedy taksówka jeszcze nie ruszyła z miejsca. Upuścił worki na śmieci, wsunął klucz do zamka i za pierwszym razem udało mu się go otworzyć, choć trzęsły mu się ręce i tak był nabuzowany adrenaliną i strachem, że ledwie mógł
funkcjonować.
Usłyszał, jak taksówkarz zwiększa obroty silnika i odjeżdża. Muszę się ruszyć, muszę się ruszyć, muszę się ruszyć.
Otworzył drzwi, wrzucił do środka torby z praniem, następnie zamknął drzwi za sobą kopniakiem i oparł się o nie, w końcu w domu.
Osunął się na podłogę, osłabły z ulgi. Nadal żył. Nie napadł go żaden zbir, sąsiedzi nie pikietowali pod jego domem, a przez okna nie zaglądali żadni dziennikarze. Zgraja dokonująca samosądu dopiero miała się zjawić. Zaczął się śmiać, ochryple, może nieco histerycznie, dlatego że nie czuł się tak zaszczuty od czasów więzienia. Tyle że teraz był wolnym człowiekiem ale czy to znaczyło, że ma na co czekać? Czy kiedykolwiek skończy się odbywanie przez niego kary?
Zmusił się do tego, aby wstać, podniósł worki z praniem i przeciągnął je przez korytarz. Musiał się spakować. Musiał się przespać. Musiał stąd uciec. Stać się nową osobą. Najlepiej lepszą osobą. Taką, która mogła w nocy spokojnie spać.
Poszedł do swojego pokoju i położył worki na kwiecistej sofie. I właśnie się odwracał, żeby pójść do łazienki, kiedy na twarzy poczuł wiatr. Czuł przeciąg wpadający do niewielkiego pokoju.
Szklane przesuwne drzwi były otwarte.
I wtedy do Aidana dotarło, że nie jest sam.
D.D. kończyła właśnie papierkową robotę, kiedy odezwała się przypięta do paska komórka.
Rozpoznała numer Wayne'a Reynoldsa i przyłożyła telefon do ucha.
Sierżant Warren.
Macie nie ten komputer rzucił Wayne. W jego głosie słychać było lekką zadyszkę, jakby biegł.
Słucham?
Dostałem e mail od Ethana. Chłopak jest bystrzejszy niż myśleliśmy. Wysłał Sandy e mail zainfekowany trojanem…
Co?
To taki wirus, który pozwala na dostęp do czyjegoś komputera. No wie pani, miły e mail, który umożliwia nadawcy wkraść się do wnętrza twardego dysku…
Kurwa mać powiedziała D.D.
Taki już jest mój siostrzeniec. Okazało się, że uznał, iż nie działam wystarczająco szybko i nie chronię Sandy przed jej mężem, postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce i samemu zdemaskować Jasona.
D.D. słyszała w tle tupot nóg na klatce schodowej.
Gdzie pan, u licha, jest?
W pracowni. Właśnie skończyłem rozmawiać przez telefon z Ethanem i pędzę do samochodu.
Powiedziałem mu, że podjadę po niego i spotkamy się na miejscu.
Gdzie? zapytała z oszołomieniem.
Wygląda to tak: Ethan nadal ma dostęp do komputera Sandy i według niego w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin kilkunastu użytkowników wykorzystywało go do wyszukiwania online różnych wiadomości.
Czy to część ekspertyzy? Technicy komputerowi logują się tam, gdzie wcześniej Jason?
W żadnym wypadku. Nigdy nie pracuje się na materiale źródłowym. Gdyby wasi ludzie mieli komputer Jasona, nie powinniśmy widzieć żadnej aktywności.
Nie rozumiem.
Nie macie jego twardego dysku. Wykiwał was. Podmienił albo środek komputera, albo całe cholerstwo. A tymczasem ukrył prawdziwy komputer w cholernie dogodnym miejscu.
Gdzie? Do diabła, za dwadzieścia minut będę mieć nakaz!
„Boston Daily". Ethan odczytał adresy e mailowe użytkowników i wszystkie należały do „Boston Daily". Podejrzewam, że Jason postawił komputer w redakcji, prawdopodobnie na pierwszym z brzegu biurku. Muszę przyznać, że sukinsyn jest łebski. Stalowe drzwi przeciwpożarowe jęknęły w tle, a potem trzasnęły, gdy Wayne opuścił budynek.
D.D. usłyszała brzęk kluczy i odgłos kroków Wayne'a. Zamknęła oczy, próbując przetworzyć te nowiny, przewidzieć konsekwencje prawne.
Cholera powiedziała w końcu. Nie przychodzi mi do głowy ani jeden sędzia, który pozwoliłby mi zarekwirować wszystkie komputery w redakcji dużej gazety.
Nie trzeba tego robić.
Nie trzeba?
Ethan w tej chwili na iPhonie matki śledzi aktywność komputera. Kiedy tylko ktoś się na nim zaloguje, zobaczy adres e mailowy. Co znaczy, że musimy jedynie być tam wtedy, zlokalizować użytkownika po tym adresie, a komputer, z jakiego będzie korzystać, jest tym, którego szukamy.
Rozległ się kolejny stłumiony dźwięk. Chwileczkę, otwieram drzwi.
D.D. usłyszała skrzypnięcie, charakterystyczne dla otwierania drzwi w samochodzie, a potem ich trzaśnięcie. Zabrała z oparcia krzesła marynarkę. Musiała przygotować szybko nakaz, zwięźle uzasadnić takie awangardowe poszukiwania, a potem zdecydować, do którego sędziego zadzwonić o tak późnej porze…
Jestem rzucił Wayne. Jadę po Ethana. Pani załatwia nakaz. Spotkamy się na miejscu.
Ja jadę po Ethana poprawiła go, wychodząc z biura. Miller załatwi nakaz. Pan nie może się tam znaleźć.
Ale…
Nie może być pan sam na sam ze świadkiem ani w miejscu, gdzie się znajduje komputer podejrzanego. Konflikt interesów, fałszowanie dowodów, przymuszanie świadka. Mam kontynuować?
Читать дальше