– Kiedy?
– Dwie godziny temu. Nie chcieli mi nic powiedzieć.
– Bo nie ma nic do powiedzenia. Traktują mnie przyzwoicie, ja traktuję przyzwoicie ich.
Jodie skinęła głową.
– A więc wreszcie spełniłeś ich oczekiwania. Zawahała się. – Wezwą cię na świadka? – spytała. – Będzie proces?
Potrząsnął głową.
– Nie będzie procesu.
– Będzie pogrzeb, tak? Wzruszył ramionami.
– Nie ma żyjących krewnych. W tym rzecz.
Jodie znowu się zawahała, jakby przygotowywała się do zadania najważniejszego pytania.
– Co teraz czujesz? – spytała. – Odpowiedz mi jednym słowem.
– Spokój.
– Zrobiłbyś to samo? W tych samych okolicznościach? Teraz on zastanawiał się przez chwilę
– W tych samych okolicznościach? – powtórzył. – Bez wahania.
– Będę pracowała w Londynie. Przez dwa lata.
– Wiem. Stary mi powiedział. Kiedy wyjeżdżasz?
– Pod koniec miesiąca.
– Nie chcesz, żebym pojechał z tobą?
– Będę bardzo zajęta. Biuro jest małe, a roboty wiele.
– Poza tym to cywilizowane miasto. Jodie skinęła głową.
– Tak. To cywilizowane miasto. A ty, chcesz ze mną pojechać?
– Na całe dwa lata? Nie. Ale może odwiedzałbym cię od czasu do czasu?
Uśmiechnęła się niewyraźnie.
– Byłoby wspaniale. Reacher milczał.
– To okropne – rzekła nagle Jodie. – Przez piętnaście lat nie mogłam żyć bez ciebie, a teraz dowiaduję się, że nie mogę żyć z tobą.
– Wiem. To wyłącznie moja wina.
– Czujesz to samo? Reacher spojrzał jej w oczy.
– Chyba tak.
– Mamy czas do końca miesiąca – powiedziała Jodie. Skinął głową.
– To i tak więcej, niż ma większość ludzi. Możesz wziąć sobie wolne popołudnie?
– Mogę wszystko. Jestem wspólniczką. Robię, co mi się podoba.
– No to idziemy.
Odstawili puste kieliszki na parapet. Przedarli się przez tłum do wyjścia. Wszyscy bez wyjątku odprowadzili ich wzrokiem, a kiedy znikli, powrócili do swych bardzo ważnych rozmów.
***