Prezydent czekał cierpliwie na otwarcie mających prawie metr grubości drzwi.
Za jego plecami stali w milczeniu Frank Cutler i ośmiu pozostałych agentów Secret Service – Cutler co trzy minuty sprawdzał, czy w słuchawce ma sygnał „wszystko czyste” od obu Grup Osłaniających. Sygnały popiskiwały czysto i wyraźnie.
Wreszcie drzwi stanęły otworem i prezydent zajrzał za nie.
– O… mój… Boże… – jęknął.
– Stawiam na superbombę – powiedział Elvis Haynes i rozparł się na krześle.
Elvis, Schofield, Gant i Matka siedzieli w jednym z oszklonych biur przy wrotach hangaru. Byli z nimi komandor Grier i komandor porucznik Dallas, komandosi piechoty morskiej stacjonujący na pokładach prezydenckich helikopterów, oraz trzech pozostałych agentów Secret Service.
Niezbyt subtelny podział na „władzę” i „roboli” sprawił, że wszyscy urzędnicy z Białego Domu, którzy pozostali na górze, siedzieli w oszklonym biurze po drugiej stronie wrót albo pracowali na pokładach helikopterów, które – jak twierdzili, bardziej pasowały do ich stanowisk niż spartańsko urządzone pomieszczenia sił powietrznych.
Poza tym – jak wyraził się Nicholas Tate, zapraszając Gant do pozostania z nim na pokładzie Marine One – mieli tam lepszą kawę, „taką, co łatwiej wchodzi”.
Gant poszła z Schofieldem i resztą.
Wycior Hagerty siedział z ludźmi z Białego Domu.
– Mowy nie ma, człowieku – zaprotestował niski kapral w okularach, Gus Gorman. – Superbomba nie istnieje.
Gorman był chudy, a okulary o grubych szkłach, wielki nos i cienka, koścista szyja sprawiały, że wyglądał jak zmutowany gryzoń. Nawet w mundurze wyjściowym nie wyglądał zbyt seksownie. Był ceniony przez żołnierzy za niemal fotograficzną pamięć i cięty dowcip, a jego przydomek – „Mózgowiec” – nie był obelgą, lecz komplementem.
– Gówno prawda – mruknął Elvis. – DARPA zrobiła ją w latach dziewięćdziesiątych, razem z marynarką…
– Ale nie funkcjonowała. Potrzebny był jakiś pierwiastek, występujący wyłącznie w meteorytach, którego nigdy nie udało się znaleźć na Ziemi.
– Ależ wy jesteście łatwowierni… – doleciał z przeciwległej części biura cichy głos.
Wszyscy – z Schofieldem włącznie – odwrócili się.
Powiedział to nowy w oddziale sierżant – poważny młody człowiek o nosie buldoga i ciemnobrązowych oczach. Nie odzywał się często, więc kiedy już się odezwał, traktowano to jako wielkie wydarzenie. Początkowo uważano, że jest to oznaka pogardy wobec kolegów i koleżanek z oddziału, szybko jednak okazało się, że sierżant Buck Riley junior po prostu nie lubi mówić bez potrzeby.
Riley junior był synem bardzo szanowanego sierżanta sztabowego piechoty morskiej, Bucka Rileya seniora, którego Schofield znał znacznie lepiej od innych komandosów korpusu.
Poznali się w walce – kiedy Schofield znalazł się w niezłym szambie w Bośni, Rileya seniora wysłano po niego w misji ratunkowej. Zostali przyjaciółmi i Schofield włączył go do swojego oddziału. Niestety on także uczestniczył w nieszczęsnej misji na Antarktydzie i został zamordowany przez człowieka, którego nazwisko Schofield miał rozkaz zachować w tajemnicy na podstawie Ustawy o tajemnicy państwowej.
Sierżant Buck Riley junior – cichy, spokojny i poważny – z dumą nosił kryptonim ojca. Był znany w jednostce jako „Book II”.
Book II popatrzył na Elvisa i Mózgowca.
– Naprawdę wierzycie, że DARPA zbudowała bombę, mogącą zniszczyć za jednym zamachem jedną trzecią kuli ziemskiej?
– Oczywiście – odparł Elvis.
– Ja wcale tak nie uważam – stwierdził Mózgowiec.
– Nic takiego nie zbudowali – oświadczył autorytatywnie Book II. – To jedynie legenda, kolportowana po to, aby miłośnicy teorii spiskowej mieli sobie o czym porozmawiać przez Internet, a kochające plotki baby w korpusie były szczęśliwe. Dać wam jeszcze kilka przykładów? Słyszeliście o tym, że FBI posyła swoich ludzi do więzień jako głęboko zakonspirowanych agentów? O tym, że na wypadek wybuchu wojny atomowej siły powietrzne Stanów Zjednoczonych trzymają w hangarach na wszystkich większych amerykańskich lotniskach cywilnych bombowce z bronią jądrową na pokładzie?
O tym, że USAMRIID * wynalazł lek na AIDS, ale nie wolno mu go wprowadzić na rynek?
* [USAMRIID (United States Army Medical Research Institute of Infectous Diseases) – Instytut Badawczy Chorób Zakaźnych Armii Stanów Zjednoczonych (przyp. tłum.).]
O tym, że siły powietrzne stworzyły napęd magnetyczny, pozwalający niemal wszystkim pojazdom unosić się w powietrzu? O tym, że przegrany oferent przetargu na budowę „niewidzialnego” bombowca zaproponował budowę samolotu, mogącego osiągnąć całkowitą niewidzialność dzięki wykorzystaniu jądrowej refrakcji powietrza – i zbudował taką maszynę, choć przegrał przetarg? Słyszeliście którąś z tych opowiastek?
– Ja nie – odparł Elvis. – Ale są ekstra.
– A pan, kapitanie? – Book II zwrócił się do Schofielda. – Słyszał pan którąś z tych historii?
Schofield popatrzył na młodego sierżanta.
– Słyszałem ostatnią, ale pozostałych nie*.
* [Czytelnicy, którzy znają poprzedni tom przygód Shane’a Schofielda, Stacja lodowa, z pewnością pamiętają, że w książce tej Schofield latał takim samolotem (przyp. tłum.).]
Odwrócił się i zaczął rozglądać. Zmarszczył czoło. Czegoś tu brakowało… Nagle zrozumiał.
– Hej, a gdzie jest chorąży Webster?
Prezydent Stanów Zjednoczonych z otwartymi ustami patrzył przez skośne okna obserwacyjne.
Przed sobą, pośrodku wysokiego pomieszczenia, miał duży, samotnie stojący sześcian, wykonany z przezroczystego jak szkło materiału.
Sześcian miał wielkość sporego pokoju mieszkalnego i zarówno od ścian, jak i od sufitu pomieszczenia dzieliła go spora odległość. Z obu stron sześcianu znajdowały się rusztowania.
Uwagę prezydenta przyciągnęło jednak to, co znajdowało się w środku sześcianu. Nie był w stanie oderwać od tego oczu.
– Sześcian jest wykonany z wytrzymującego duże naprężenia poliwęglanu i ma niezależne źródło tlenu. Jest całkowicie szczelny – mówił pułkownik Harper. – Gdyby zagrożona została jego spójność strukturalna, ciśnienie wewnątrz zostanie automatycznie podniesione, aby do wnętrza nie mogły się dostać żadne skażenia. – Harper wskazał na jednego z trzech naukowców, którzy spotkali ich wcześniej na pasie przed hangarem. – Panie prezydencie, chciałbym przedstawić panu doktora Gunthera Bothę, człowieka, który zainicjował projekt Fortuna.
Prezydent podał rękę naukowcowi. Był to gruby, pięćdziesięcioośmioletni, łysiejący mężczyzna o szerokiej twarzy, mówiący z gardłowym południowoafrykańskim akcentem.
– Miło mi pana poznać, panie prezydencie.
– Doktor Botha pochodzi z…
– Wiem, skąd doktor Botha pochodzi – powiedział prezydent. – Czytałem wczoraj jego akta.
Gunther Botha był kiedyś pracownikiem sławetnego batalionu medycznego sił obronnych Afryki Południowej. Choć nie jest to powszechnie znane, w latach 80. XX wieku Afryka Południowa była drugą – po Związku Radzieckim – potęgą w produkcji broni biologicznej, przeznaczonej w pierwszym rzędzie do użycia przeciwko czarnej ludności.
Kiedy apartheid upadł, Gunther Botha zrezygnował z dotychczasowego zajęcia i znalazł nowe – jako członek Komisji Prawdy i Pojednania. Potajemne zatrudnienie go przez rząd Stanów Zjednoczonych w 1996 roku przypominało przejmowanie hitlerowskich naukowców po II wojnie światowej. Specjaliści tacy jak Botha są bardzo trudni do pozyskania.
Читать дальше