Zmęczona kręceniem się w tym emocjonalnym ekwiwalencie kołowrotka dla chomików, prawie się ucieszyłam na widok przedmieść Bartley – chylących się ku upadkowi, ubogich domków i małych firemek, które szpecą dojazd do większości prowincjonalnych miast.
Minęłam stację benzynową, na której moi rodzice tankują samochody, pralnię chemiczną, dokąd mama zanosi płaszcze do czyszczenia, kościół prezbiteriański, do którego chodzili przez całe życie, w którym zostali ochrzczeni, połączeni węzłem małżeńskim, gdzie ochrzcili swoje córki i przy którym zostaną pochowani.
Skręciłam w znajomą ulicę. Na kolejnej przecznicy dom, w którym się wychowałam, stał w zimowej szacie. Różane krzewy zostały starannie przycięte. Idealnie utrzymana trawa połyskiwała od szronu. Dom stał pośrodku dużego ogrodu, otoczony krzewami róż, które hoduje mój ojciec. Na drzwiach wejściowych wisiał olbrzymi bożonarodzeniowy wieniec, spleciony z winorośli i ozdobiony małymi złotymi trąbkami, a przez duże okno panoramiczne w salonie można było dostrzec ubraną choinkę. Rodzice odmalowali dom, kiedy Varena i Diii się zaręczyli, i teraz lśniąco biały oczekiwał na uroczystości weselne.
Zaparkowałam obok podjazdu, na betonowej zatoczce, którą rodzice wylali, kiedy Varena i ja zaczęłyśmy prowadzić. Poza tym ciągle miałyśmy gości i rodziców niecierpliwiło, że ktoś im wiecznie zastawia wjazd do garażu.
Wysiadłam z samochodu i przez dłuższą chwilę patrzyłam na dom, rozprostowując nogi po podróży. Kiedy tutaj mieszkałam, wydawał się ogromny. Zawsze uważałam się za szczęściarę, że mieszkam w takim domu.
A teraz zobaczyłam w nim dość zwyczajny budynek z lat pięćdziesiątych, z podwójnym garażem, salonem, gabinetem, dużą kuchnią, jadalnią, trzema sypialniami i dwoma łazienkami.
Na tyłach garażu był jeszcze warsztat mojego ojca, który wprawdzie nigdy w nim nie majsterkował, ale każdy mężczyzna powinien mieć swój warsztat. Na podobnej zasadzie w kącie sypialni rodziców stała maszyna do szycia: każda kobieta powinna mieć maszynę do szycia – chociaż mama co najwyżej przeszywała nią pęknięty szew. My, rodzina Bardów, posiadamy także cały garnitur rodzinnych sreber, z których nigdy nie jadamy. Pewnego dnia Varena i ja podzielimy go między siebie i troska o srebrną zastawę spadnie na nasze barki. Ciężkie, bogato zdobione srebrne naczynia są zbyt wytworne i zbyt niewygodne, żeby z nich korzystać.
Z tylnego siedzenia wzięłam walizkę i torebkę i ruszyłam w stronę drzwi. Moje stopy stawały się cięższe z każdym krokiem.
Wróciłam do domu.
Drzwi otworzyła Varena. Wymieniłyśmy szybkie, oceniające spojrzenia i niepewny uścisk.
Varena dobrze wyglądała.
Kiedy byłyśmy młodsze, to ja byłam ładniejsza. Moje oczy były bardziej niebieskie niż jej, miałam też subtelniejszy nos i pełniejsze usta. Teraz nie ma to już dla mnie większego znaczenia, ale dla Vareny, jak sądzę, nadal ma, i to duże. Jej długie włosy mają bardziej rudobrązowy odcień niż niegdyś moje. Varena nosi niebieskie szkła kontaktowe, które wzmacniają kolor jej oczu do tego stopnia, że wygląda to prawie nienaturalnie. Ma też lekko zadarty nos, większy biust i pupę i jest ode mnie jakieś pięć centymetrów niższa.
– Jak tam przygotowania do ślubu? – zapytałam. Otworzyła szerzej oczy i zatrzepotała rękami.
Za nią dostrzegłam stoły do gromadzenia prezentów.
– Nieźle! – skomentowałam, z uznaniem kiwając głową.
Stołów było trzy (założę się, że rodzice wypożyczyli je z kościoła), a każdy z nich długi, nakryty śnieżnobiałym obrusem i dokładnie zastawiony różnorakimi dobrami: kieliszkami, kompletami obrusów i serwetek, porcelaną, srebrem stołowym – szczególnie dużo było srebrnych sztućców – jak również wazonami, nożami do rozcinania listów, albumami do zdjęć, nożami i deskami kuchennymi, tosterami, kocami…
– Ludzie są tacy kochani – powiedziała Varena. Byłam pewna, że to jej standardowa odpowiedź – nie twierdzę, że tak nie myślała, ale na pewno powtórzyła to już dziesiątki razy kolejnym gościom.
– No cóż, wcześniej nie mieli okazji wydać na nas choćby centa – zauważyłam, unosząc brew.
Ani Varena, ani ja dotychczas nie wyszlyśmy za mąż, inaczej niż część naszych znajomych ze szkoły średniej, którzy zdążyli się już dwukrotnie rozwieść.
Do salonu weszła moja matka. Była blada, ale zawsze jest blada, podobnie zresztą jak ja. Varena lubi się opalać, a ojciec opala się nieuchronnie, ponieważ większość czasu spędza w ogrodzie.
– Słoneczko moje! – zawołała moja matka i mocno mnie przytuliła.
Jest niższa ode mnie, bardzo szczupła, o włosach tak jasnoblond, że wydają się białe. Jak wszyscy w naszej rodzinie ma niebieskie oczy, ale ich kolor jakby spłowiał w ciągu ostatnich pięciu czy sześciu lat. Nigdy nie potrzebowała okularów, słyszy doskonale, a dziesięć lat temu pokonała raka piersi. Nie nosi modnych ubrań, a jednak nigdy nie wygląda na źle ubraną.
Długie miesiące, całe lata rozłąki jakby zniknęły. Czułam się tak, jakbym się z nimi widziała ledwie wczoraj.
– A gdzie tata? – zapytałam.
– Poszedł do kościoła po jeszcze jeden stół – wyjaśniła Varena, starając się powściągnąć uśmiech. Matka też przywołała do porządku unoszące się kąciki warg.
– Dał się wciągnąć w wir przygotowań?
– Przecież go znasz – powiedziała Varena. – Jest po prostu zachwycony. Czekał na to od lat.
– W Bartley to będzie wesele dziesięciolecia – stwierdziłam.
– Może i tak – odparła Varena i wszystkie ruszyłyśmy korytarzem w stronę mojego dawnego pokoju – pod warunkiem że pani Kingery przyjedzie na uroczystość.
Utyskiwanie w jej głosie zabrzmiało trochę beznamiętnie, jak gdyby ta troska czy skarga była już tak zadawniona, że emocje zdążyły wygasnąć.
– Matka Dilla nie przyjdzie na ślub? – nie mogłam uwierzyć. – Jest taka stara, taka schorowana czy… co?
Moja matka westchnęła.
– Właściwie nie wiemy, na czym polega problem – powiedziała.
Przez chwilę wpatrywała się w przestrzeń, tak jakby wytłumaczenie zachowania przyszłej teściowej Vareny znajdowało się na trawniku za oknem.
Varena wzięła ode mnie torebkę i otworzyła szafę, żeby ją powiesić za rączki na haczyku. Walizkę sama ustawiłam na komódce z lustrem, która była moją radością i dumą, kiedy miałam szesnaście lat. Varena spojrzała na mnie ponad ramieniem.
– Podejrzewam, że pani Kingery przepadała za pierwszą żoną Dilla i teraz nie może się pogodzić z tym, że zajmę jej miejsce – stwierdziła. – W końcu to tamta urodziła Dillowi Annę i w ogóle.
– Pani Kingery powinna się raczej cieszyć, że Anna będzie miała taką fajną macochę – oświadczyłam, chociaż nigdy wcześniej się nie zastanawiałam, jaką macochą będzie Varena.
– To by było rozsądne podejście do sprawy – powiedziała matka z westchnieniem. – Sama już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, a wprost zapytać nie mogę.
Ja tam bym mogła. Wiedziałam jednak, że nikt by sobie tego nie życzył.
– Ale na próbie chyba się pojawi, prawda?
Moja matka i siostra wymieniły zatroskane spojrzenia.
– Mamy taką nadzieję – odpowiedziała Varena. – Ale najwyraźniej nawet Diii nie potrafi przewidzieć, co ona zrobi.
Matka Dilla (Dillarda) Kingery'ego nie wyjechała jeszcze z jego rodzinnego miasteczka, Pine Bluff, o ile się nie mylę.
– Od jak dawna spotykasz się z Dillem? – zapytałam.
– Od siedmiu lat – odparła z promiennym uśmiechem Varena. Na to pytanie oczywiście także odpowiadała już dziesiątki razy, odkąd ogłosili swoje zaręczyny.
Читать дальше