Podniosłem wzrok. Coffey przesunął się trochę na bok i zobaczyłem, że Harry stoi po drugiej stronie korytarza, obok celi Delacroix, który przed przyjazdem Coffeya był naszym jedynym więźniem. Del był drobnym łysawym mężczyzną o zatroskanej twarzy księgowego, który zdaje sobie sprawę, że wkrótce wyjdą na jaw jego machinacje. Oswojona mysz siedziała mu na ramieniu.
Percy Wetmore zajrzał do celi, którą obejmował właśnie w posiadanie John Coffey. Wyjął już wcześniej z wykonanego na miarę olstra swoją hikorową pałkę i uderzał nią teraz w otwartą dłoń jak ktoś, kto chce się pobawić ulubioną zabawką. Nagle poczułem, że nie mogę znieść dłużej jego obecności. Może sprawił to niezwykły o tej porze roku upał, może infekcja, która paliła mnie żywym ogniem w kroczu i nie pozwalała znieść dotyku flanelowej bielizny, a może świadomość, że egzekucję tego czarnego faceta poprowadzi idiota, który najwyraźniej chciał go najpierw trochę ociosać. Być może sprawiły to wszystkie te trzy rzeczy naraz. Tak czy inaczej zapomniałem na krótką chwilę o politycznych koneksjach Wetmore’a.
– Trzeba pomóc przy przeprowadzce ambulatorium, Percy – powiedziałem.
– Tym zajmuje się Bili Dodge.
– Wiem, że się tym zajmuje – stwierdziłem. – Idź mu pomóż.
– To nie należy do moich obowiązków – odparł Percy. – Do moich obowiązków należy pilnowanie tego złamasa. – Słowem “złamas”, które stanowiło skrót określenia “kutas złamany”, Percy zwykł określać dużych mężczyzn. Nie lubił ich. Nie był tak chudy jak Harry Terwilliger, ale natura poskąpiła mu wzrostu. Upierdliwy facet, jeden z tych, którzy chętnie wszczynają bójki, zwłaszcza kiedy wiadomo z góry, że przeciwnik nie ma żadnych szans. W dodatku bardzo czuły na punkcie swoich włosów. Bez przerwy je czesał.
– W takim razie spełniłeś już swój obowiązek – oświadczyłem. – Idź do ambulatorium.
Percy wysunął do przodu dolną wargę. Bili Dodge i jego ludzie dźwigali pudła, pościel, nawet żelazne łóżka; całe ambulatorium przenoszono do nowego drewnianego baraku po zachodniej stronie więzienia. Upał i ciężka fizyczna robota. Percy Wetmore nie lubił ani jednego, ani drugiego.
– Mają tylu ludzi, ile trzeba – mruknął.
– Więc idź tam i udawaj, że jesteś szefem – powiedziałem, podnosząc głos. Zobaczyłem, że Harry się krzywi, ale wcale się tym nie przejąłem. Jeśli gubernator każe dyrektorowi Mooresowi wyrzucić mnie za to, że nacisnąłem na odcisk temu palantowi, kogo wyznaczą na moje miejsce? Wetmore’a? Wolne żarty. – Naprawdę nie obchodzi mnie, co będziesz robił, Percy, pod warunkiem że jakiś czas cię tu nie będzie.
Przez chwilę myślałem, że się zbuntuje i będę musiał się z nim użerać, mając tuż obok siebie Coffeya, który stał przez cały czas bez ruchu niczym największy na świecie zepsuty zegar. Ale Percy wsadził swoją pałkę do olstra – tego głupiego megalomańskiego gadżetu – i ruszył dumnym krokiem do wyjścia. Nie pamiętam, który ze strażników pełnił tego dnia dyżur za biurkiem – pewnie jeden z żółtodziobów, co to nigdy nie zagrzali u nas długo miejsca – ale Percy’emu nie spodobał się chyba wyraz jego twarzy.
– Przestań szczerzyć zęby, gamoniu, bo ci je powybijam – warknął, przechodząc obok niego. Zabrzęczały klucze, korytarz oświetliła na chwilę smuga dziennego światła i Percy Wetmore przynajmniej na jakiś czas dał nam od siebie odpocząć. Mysz Francuza przebiegała z jego jednego ramienia na drugie, poruszając swoimi maleńkimi wąsikami.
– Spokój, Panie Dzwoneczku – szepnął Delacroix i mysz przystanęła na lewym ramieniu, zupełnie jakby rozumiała, co do niej mówi. – Nie ruszaj się i siedź cicho. – Jego śpiewny luizjański akcent sprawił, że te proste słowa zabrzmiały jakoś egzotycznie, z cudzoziemska.
– Połóż się, Del – powiedziałem. – Odpocznij sobie. Ciebie też nie powinno to interesować.
Delacroix posłuchał mnie. Zgwałcił i zabił młodą dziewczynę, a potem porzucił jej ciało za budynkiem, w którym mieszkała, oblał je naftą i podpalił, wyobrażając sobie naiwnie, że usunie w ten sposób dowody zbrodni. Od ognia zajął się cały dom i w pożarze zginęło sześć kolejnych osób, w tym dwoje dzieci. Była to jedyna zbrodnia, którą popełnił, i teraz pozostał po prostu łagodnym mężczyzną o zatroskanej twarzy, łysinie na czubku głowy i potarganych włosach zachodzących na kołnierzyk koszuli. Wkrótce miał zasiąść na Starej Iskrówie, a Stara Iskrówa miała położyć kres jego życiu… lecz to coś, co dokonało owej okropnej zbrodni, dawno zniknęło i teraz Delacroix leżał spokojnie na swojej pryczy, pozwalając biegać po sobie swemu małemu popiskującemu kompanowi. Na swój sposób to właśnie było najgorsze; Stara Iskrówa nigdy nie wypalała tego, co tkwiło w ich wnętrzu, a środki, które im dzisiaj wstrzykują, nigdy tego nie usypiają. To coś opuszcza ich ciało i przesiada się na kogoś innego, a my zabijamy łupinę, w której nie kołacze się już życie.
– Czy będziesz grzeczny, jeśli pozwolę Harry’emu cię rozkuć? – zapytałem olbrzyma.
Kiwnął głową – w podobny sposób, w jaki nią przedtem pokręcił – w dół, do góry i z powrotem do pozycji na wprost. Ani na chwilę nie odrywał ode mnie swoich dziwnych oczu. Był w nich jakiś spokój, ale niekoniecznie taki, który wzbudzałby bezwarunkowe zaufanie. Dałem znak Harry’emu, który podszedł i rozpiął łańcuchy. Nie okazywał teraz cienia strachu, chociaż klęczał między potężnymi niczym pnie drzew nogami Coffeya, zdejmując kajdany z jego kostek. To rozwiało trochę moje obawy. Harry’ego denerwował Percy, a ja wierzyłem w jego intuicję. Wierzyłem w intuicję wszystkich moich stałych pracowników z wyjątkiem Percy’ego.
Miałem przygotowaną krótką mowę, której wysłuchiwali wszyscy nowo przybyli, wahałem się jednak, czy wygłosić ją Coffeyowi, tak dalece odbiegał od normy, nie tylko z powodu swego wzrostu.
Kiedy Harry się cofnął (Coffey stał nieruchomo podczas całej ceremonii rozkuwania, łagodny jak perszeron), przyjrzałem się swojemu nowemu lokatorowi i postukałem kciukiem w podkładkę do papierów.
– Potrafisz mówić, duży?
– Tak, proszę pana szefa, potrafię mówić – odparł. Miał głęboki, dudniący cicho głos, który przywodził na myśl dopiero co włączony silnik traktora. Nie zaciągał, jak czyni to typowy Południowiec, w jego wymowie były jednak pewne południowe naleciałości, które później zauważyłem. Tak jakby mieszkał na Południu, ale z niego nie pochodził. Nie mówił ani jak analfabeta, ani jak człowiek wykształcony. Jego sposób wysławiania się był, podobnie jak wiele innych rzeczy, kompletną zagadką. Najbardziej niepokoiły mnie jego oczy – widoczny w nich rodzaj spokojnej nieobecności, tak jakby przez większość czasu przebywał zupełnie gdzie indziej.
– Nazywasz się John Coffey.
– Tak, proszę pana szefa, tak jak napój, tylko inaczej się pisze.
– To znaczy, że potrafisz pisać? Pisać i czytać?
– Tylko własne nazwisko, szefie.
Westchnąłem, po czym uraczyłem go krótką wersją swojej mowy. Już wtedy doszedłem do wniosku, że nie będzie sprawiał żadnych kłopotów – w czym jednocześnie się myliłem i miałem rację.
– Nazywam się Paul Edgecombe – oznajmiłem. – Jestem kierownikiem bloku E, naczelnym strażnikiem. Jeśli będziesz ode mnie czegoś chciał, poproś mnie po nazwisku. Jeśli mnie tu nie będzie, poproś tego drugiego strażnika. Nazywa się Harry Terwilliger. Albo pana Stantona lub Howella. Rozumiesz?
Читать дальше