– Dobrze.
Chwilę później usłyszała, jak wychodzi z sali. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że zdjął jej pasy. Mogła swobodnie wstać i wyjść z pokoju, ale nie zrobiła tego.
Odwróciła się twarzą do poduszki i płakała.
W południe pielęgniarka przyszła zdjąć jej kroplówkę. Zostawiła tacę z lunchem. Abby nawet nie spojrzała na jedzenie, tacę zabrano nietkniętą.
O drugiej do sali wszedł doktor Wettig. Stanął przy łóżku, przeglądając jej kartę. Dziwnie cmokał, sprawdzając wyniki jej badań. W końcu spojrzał na nią.
– Doktor DiMatteo. Nie zareagowała.
– Detektyw Katzka powiedział mi, iż twierdzi pani, że nie piła zeszłej nocy alkoholu.
Milczała. Wettig westchnął.
– Pierwszym krokiem do powrotu do zdrowia jest przyznanie, że ma pani problemy. Powinienem wcześniej się zorientować i zdać sobie sprawę, z czym zmagała się pani przez cały czas. Teraz wszystko stało się jasne. Czas jakoś temu zaradzić.
Spojrzała na niego.
– Po co? – spytała obojętnie.
– Chodzi o to, że w dalszym ciągu ma pani przed sobą przyszłość, o którą warto walczyć. Stawiane wobec pani zarzuty są poważne, ale jest pani inteligentną osobą. Na pewno czeka panią kariera w innym zawodzie.
Jej odpowiedzią było milczenie. Utrata pracy wydawała jej się teraz mało ważna w porównaniu ze zniknięciem Marka.
– Poprosiłem doktora O’Connora, żeby cię zbadał – powiedział Wettig. – Wpadnie tutaj wieczorem.
– Nie potrzebuję oceny psychiatry.
– Sądzę, że jednak tak. Potrzebujesz pomocy. Musisz jakoś pozbyć się tych dziwnych urojeń. Nie zgodzę się na wypuszczenie cię ze szpitala, jeżeli O’Connor nie wyjaśni sytuacji. Może zdecyduje, że powinnaś zostać przeniesiona na oddział psychiatryczny. Tę decyzję pozostawiam jemu. Nie możemy pozwolić, żebyś znowu zrobiła sobie krzywdę, tak jak zeszłej nocy. Bardzo się o ciebie martwimy, Abby. Ja się o ciebie martwię. Dlatego właśnie poprosiłem o zrobienie badań psychiatrycznych. To dla twojego dobra, wierz mi.
Spojrzała prosto na niego.
– Niech się pan wypcha.
Odczuła satysfakcję, kiedy cofnął się od jej łóżka. Zamknął kartę.
– Zajrzę tutaj później, doktor DiMatteo – powiedział i wyszedł. Długo wpatrywała się w sufit. Kilka chwil wcześniej, przed przyjściem Wettiga, czuła się zbyt słaba, żeby walczyć. Teraz wszystkie jej mięśnie były napięte, a w żołądku czuła znany skurcz. Bolały ją ręce, spojrzała na nie i zdała sobie sprawę, że ma zaciśnięte pięści.
– Wypchajcie się wszyscy. – Usiadła. Zawroty głowy minęły po krótkiej chwili. Za długo leżała. Nadszedł czas działania. Musiała działać i przejąć kontrolę nad swoim życiem.
Przeszła przez pokój i uchyliła drzwi. Pielęgniarka podniosła głowę znad papierów i spojrzała prosto na Abby. Na identyfikatorze widniał napis „W. Soriano, pielęgniarka oddziałowa”.
– Czy czegoś pani potrzebuje?
– Nie, nie. – Pielęgniarka szybko wycofała się, zamykając za sobą drzwi. Do cholery, trzymali ją tutaj jak więźnia. Chodziła po sali na bosaka, starając się obmyślić następny ruch. Nie mogła teraz zastanawiać się nad Markiem. Gdyby sobie na to pozwoliła, leżałaby teraz skulona na łóżku i płakała. Właśnie o to im chodziło.
Podeszła do stojącego pod oknem krzesła i usiadła. Zastanawiała się, co jeszcze mogła zrobić, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Zeszłej nocy Mark powiedział, że Mohandas był po ich stronie, ale Mark zniknął. Nie mogła ufać Mohandasowi. Nie mogła ufać nikomu w tym szpitalu. Podniosła słuchawkę aparatu stojącego na szafce przy łóżku. Był sygnał. Zadzwoniła do Vivian, ale połączyła się tylko z automatyczną sekretarką. Przypomniała sobie, że Vivian jest ciągle w Burlington.
Zadzwoniła do domu, wstukała kod dostępu i przesłuchała wiadomości zostawione dla niej. Był jeszcze jeden telefon od Vivian i z tonu jej głosu Abby domyśliła się, że sprawa była pilna. Chao podała raz jeszcze swój numer w Burlington.
Abby zadzwoniła na ten numer.
Tym razem odebrała Vivian.
– Masz szczęście, że mnie zastałaś. Właśnie miałam się stąd wymeldować.
– Wracasz do domu?
– O szóstej mam lot do Logan. Posłuchaj, ta wyprawa była jak pogoń za niewidzialnymi duchami. W Burlington nie było żadnych operacji pobrania organów.
– Skąd wiesz?
– Sprawdziłam nawet lotnisko i wszystko dookoła. W te noce, kiedy przeprowadzano transplantacje, nie było rejestracji żadnych nocnych lotów do Bostonu. Burlington to dla nich tylko przykrywka. A Tim Nicholls załatwiał tylko oficjalne papiery.
– A teraz zniknął.
– Albo się go pozbyli.
Przez chwilę obie milczały. Potem Abby wolno powiedziała.
– Mark zniknął.
– Co?
– Nikt nie wie, gdzie on jest. Detektyw Katzka mówił, że nie mogą znaleźć jego samochodu. Mark nie odpowiada na swój pager. – Umilkła czując, że płacz znowu ściska jej gardło.
– Och, Abby… – Głos Vivian zadrżał.
W ciszy, jaka nagle zapadła, Abby usłyszała kliknięcie. Ściskała słuchawkę tak kurczowo, że bolały ją od tego palce.
– Vivian? – powiedziała.
Rozległo się kolejne kliknięcie i na linii zapadła martwa cisza.
Przycisnęła klawisz rozłączający i chciała jeszcze raz wybrać numer Vivian, ale w słuchawce nie było sygnału. Spróbowała zadzwonić na centralę, stukała w przyciski. Bez rezultatu. Szpital odłączył jej telefon.
Katzka stał na wąskim chodniku mostu Tobin Bridge i patrzył na wodę w dół pod sobą. Mystic River płynęła z zachodu, potem łączyła się z Chelsea River, by wreszcie wpaść do Zatoki Bostońskiej. Musiał długo spadać – pomyślał Katzka, wyobrażając sobie siłę, z jaką ciało uderzyło o powierzchnię wody. Niemal na pewno był to upadek śmiertelny.
Odwrócił się i patrzył na przejeżdżające tamtędy samochody. Było późne popołudnie i na drodze panował dość duży ruch. Katzka śledził w myślach przypuszczalny bieg wypadków, który doprowadził do zrzucenia ciała do rzeki. Prądy zaniosły trupa aż do zatoki. Najpierw musiał płynąć pod powierzchnią, może nawet przy samym dnie. W końcu wewnętrzne gazy ciała doprowadziły do jego rozdęcia. Mogło to trwać od kilku godzin do kilku dni, zależnie od temperatury wody i szybkości, z jaką rozmnażały się bakterie produkujące gazy. W pewnym momencie ciało wypłynęło na powierzchnię.
Dopiero wtedy je odnaleziono. Musiał upłynąć dzień lub dwa. Było rozdęte i trudne do zidentyfikowania.
Katzka odwrócił się do policjanta patrolowego stojącego niedaleko. Musiał przekrzyczeć szum samochodów.
– O której zauważył pan samochód?
– Około piątej rano. Był zaparkowany przy północnym zjeździe.
O tam. – Wyciągnął rękę ponad jadącymi samochodami. – Ładne zielone BMW. Zatrzymałem się przy nim.
– Nie widział pan nikogo w pobliżu tego BMW?
– Nie. Wyglądało, że ktoś je zostawił. Sprawdziłem numery, żeby wiedzieć, czy nie zostało skradzione. Pomyślałem, że pewnie kierowca miał jakieś problemy z silnikiem i zostawił samochód, żeby sprowadzić pomoc. Stwarzał niebezpieczeństwo dla innych, zadzwoniłem więc, żeby go stąd odciągnęli.
– Nie było w nim kluczyków ani żadnej wiadomości?
– Nie. Nic, W środku było zupełnie czysto.
Katzka spojrzał jeszcze raz w dół, na rzekę. Zastanawiał się, jak głęboka była w tym miejscu i jak szybki był jej nurt.
– Próbowałem zadzwonić do domu Doktora Hodella – dodał policjant – ale nikt nie odpowiadał. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że zniknął.
Читать дальше