Do salonu wszedł, a właściwie wbiegł, chłop jak dąb w gubernatorskiej liberii i już od progu zaterkotał:
– Wasza jaśniewielmożność, Froł Grigorycz proszą! Żeby jaśnie pan raczył przybyć jak najprędzej! Chryja się u nas zrobiła, czysty dom wariatów! Froł Grigorycz mówią, że bez jaśnie pana nie da rady! Mam sanie księcia, migiem dojedziem.
– Co za „chryja”? – Radca dworu się nachmurzył, ale wstał i zrzucił szlafrok. – Dobrze, jedźmy i zobaczmy.
Pod szlafrokiem miał białą koszulę z czarnym krawatem.
– Masa, kamizelkę i surdut, biegiem! – krzyknął Fandorin, chowając papiery do teczki. – A pan, Tulipanow, będzie się musiał przejechać ze mną. Doczytam po drodze.
Anisij był gotów udać się za jego jaśniewielmożnością, gdzie tylko ten każe, co też zademonstrował, pospiesznie zrywając się z krzesła.
W najśmielszych marzeniach nie przypuszczał goniec Tulipanow, że będzie miał kiedyś zaszczyt przejechania się ekwipażem generała-gubernatora.
A ekwipaż był wspaniały – prawdziwa kareta na płozach. W środku wybita atłasem, siedzenia juchtowe, a w kącie piecyk z mosiężną rurą. Co prawda, nierozpalony.
Lokaj siadł na koźle i czwórka chwackich książęcych kłusaków ruszyła z kopyta.
Miękkie siedzenie, przeznaczone dla o wiele szlachetniejszych pośladków, łagodnie, niemal pieszczotliwie zakołysało się pod Anisijem, który pomyślał: Ech, przecież nikt mi nie uwierzy.
Pan Fandorin z chrzęstem złamał lakową pieczęć na jakiejś depeszy. Zmarszczył wysokie, gładkie czoło.
Ależ przystojny – bez zawiści, ze szczerym zachwytem pomyślał Tulipanow, obserwując z ukosa, jak radca dworu szarpie swój cienki wąs.
Do wielkiego domu na Twerskiej dolecieli w pięć minut. Powóz skręcił nie na lewo, do urzędu, ale na prawo, w stronę paradnego podjazdu i prywatnych apartamentów „wielkiego księcia moskiewskiego”, Wołodi Wielkie Gniazdo, Jurija Dołgorukiego, czy jak tam jeszcze nazywano wszechmocnego Władimira Andriejewicza.
– Pan wybaczy, Tulipanow – rzucił pospiesznie Fandorin, otwierając drzwiczki – ale na razie nie mogę pana od siebie puścić. Później napiszę parę słów do p-pułkownika. Ale najpierw muszę się uporać z tą „chryją”.
Anisij wylazł za Erastem Pietrowiczem, wszedł do marmurowego dworzyszcza, ale tu pozostał nieco w tyle – onieśmielił go dostojny odźwierny ze złoconą buławą. Strasznie zaczął się bać poniżenia – że pan Fandorin zostawi go u stóp schodów jak jakiegoś psiaka. Pokonał jednak miłość własną i gotów już był wybaczyć jego jaśnie wielmożności: no bo jakże tu wprowadzać na gubernatorskie pokoje człeczynę w takim szynelu i czapce z pękniętym daszkiem?
– Czemu pan tam utknąłeś? – Erast Pietrowicz, już w połowie schodów, obejrzał się niecierpliwie. – Proszę szybciej. Widzi pan, co się tu wyprawia.
Dopiero teraz dotarło do Anisija, że w domu gubernatora zaiste dzieje się coś niezwykłego. I że jeżeli się dobrze przyjrzeć, to dostojny odźwierny ma minę nie tyle wyniosłą, ile niepewną. Jacyś energiczni mężczyźni wnosili z ulicy do westybulu kufry, pudła, skrzynie z zagranicznymi napisami. Przeprowadzka czy co?
Tulipanow w podskokach dopędził radcę dworu i starał się nie odstawać odeń więcej niż na dwa kroki, co niekiedy zmuszało go do niepoważnego kurcgalopku, jako że jego jaśniewielmożność kroki stawiał długie i szedł bardzo szybko.
Och, jak pięknie było w gubernatorskiej rezydencji! Prawie jak w świątyni Pańskiej: różnobarwne (może nawet porfirowe?) kolumny, brokatowe portiery, posągi greckich bogiń. A żyrandole! A obrazy w złotych ramach! A lśniące jak lustro posadzki z intarsjami!
Anisij obejrzał się na posadzkę i nagle ujrzał, że jego okropne kamasze pozostawiają na cudownej podłodze mokre, brudne ślady. O Boże, żeby tylko ktoś nie zauważył!
W dużej sali, w której nie było żywej duszy, a pod ścianami stały fotele, radca dworu powiedział:
– Niech pan tu posiedzi. I potrzyma t-teczkę.
Ruszył ku wysokim, ozdobionym złotem drzwiom, kiedy te nagle się otwarły. Najpierw buchnął zgiełk podnieconych głosów, a potem do sali weszły cztery osoby: postawny generał, wysoki jegomość o cudzoziemskim wyglądzie, w kraciastym płaszczu z pelerynką, chudy łysy starzec z przeogromnymi bakenbardami i urzędnik w mundurze frakowym i binoklach.
W generale Anisij rozpoznał samego księcia Dołgorukiego i, rozdygotany, wyprężył się jak struna.
Z bliska jaśnie oświecony książę nie wyglądał tak chwacko i świeżo, jak kiedy patrzyło się nań z tłumu: cała twarz w bardzo głębokich zmarszczkach, kędziory nienaturalnie bujne, a długie wąsy i bakenbardy zbyt kasztanowe jak na siedemdziesiąt pięć lat.
– Eraście Pietrowiczu, nareszcie! – wykrzyknął gubernator. – On tak kaleczy francuski, że słowa nie można zrozumieć, a po rosyjsku w ogóle ani dudu. Pan zna angielski, proszę mi wytłumaczyć, czego on ode mnie chce! I jak go tu w ogóle wpuszczono?! Od godziny się z nim użeram i ciągle nic!
– Jakże można go było nie wpuścić, wasza ekscelencjo, skoro to lord i u pana bywa?! – płaczliwie zapiszczał okularnik, najwyraźniej już nie po raz pierwszy. – Skąd mogłem wiedzieć…
Tu wtrącił się Anglik, zwracając się do nowo przybyłego i gorączkowo wymachując jakimś dokumentem, od góry do dołu upstrzonym pieczęciami. Erast Pietrowicz zaczął beznamiętnie tłumaczyć:
– To nieuczciwe, w cywilizowanych krajach tak się nie postępuje. Byłem u tego starszego pana wczoraj, podpisał akt sprzedaży domu i przypieczętowaliśmy naszą umowę uściskiem dłoni. A teraz, proszę sobie wyobrazić, ten pan się rozmyślił i nie chce się wyprowadzić. Jego wnuk, mister Speyer, powiedział, że ten stary dżentelmen przenosi się do Domu Weterana Wojen Napoleońskich, że będzie mu tam dobrze, bo obsługę zapewniają świetną, a ta posesja jest na sprzedaż. To niehonorowo teraz się wycofywać, tym bardziej że pieniądze już zostały wpłacone. I to niemałe pieniądze, sto tysięcy rubli. A oto akt sprzedaży!
– On tym papierkiem już dawno wymachuje, ale nie chce go dać do ręki – zauważył łysy starzec, który do tej pory milczał. Najwyraźniej był to właśnie Froł Grigorjewicz Wiediszczew.
– Ja… jestem dziadkiem Speyera? – wybełkotał książę. – Mnie… do przytułku?!
Urzędnik podkradł się z tyłu do Anglika i wspinając się na palce, zdołał zerknąć na tajemniczy dokument.
– Rzeczywiście, sto tysięcy, i potwierdzone notarialnie – przyznał. – I nasz adres: Twerska, dom księcia Dołgorukiego.
Erast Pietrowicz zapytał:
– Władimirze Andriejewiczu, kto to jest Speyer? Książę otarł chustką purpurowe czoło i rozłożył ręce.
– Speyer to bardzo miły młody człowiek. Ze wspaniałymi rekomendacjami. Przedstawił mi go na bożonarodzeniowym balu… mmm… kto taki? A nie, przypomniałem sobie! Nie na balu! Polecił mi go w specjalnym liście książę Saxen-Limburski. Speyer to wspaniały młodzieniec o doskonałych manierach, złote serce i taki nieszczęśliwy! Brał udział w bitwie o Kuszkę* [*Afgańska twierdza nad rzeką o tej samej nazwie, zdobyta przez wojska rosyjskie w 1885 roku (wszystkie przypisy tłumacza).], otrzymał ranę w kręgosłup, od tej pory ma bezwładne nogi. Porusza się na wózku, ale nie upadł na duchu. Zajmuje się filantropią, zbiera datki dla sierot i sam ofiarowuje ogromne sumy. Był tu wczoraj rano z tym zwariowanym Anglikiem, powiedział, że to znany angielski filantrop, lord Pittsbrooke. Prosił, żebym pozwolił pokazać Anglikowi dom, bo on jest znawcą i miłośnikiem architektury. Czyż mogłem odmówić biednemu Speyerowi takiej drobnostki? Właśnie Innokientij ich oprowadzał. – Dołgoruki ze złością wskazał na urzędnika, a ten aż plasnął w dłonie.
Читать дальше