– Nie! To ty mnie posłuchaj! Kradzież planów to był mój pomysł i nie pozwolę, żeby on wziął całą winę na siebie!
– Gdybyśmy ich nie zabrali, on sam by je wy¬kradł.
– Zapewne. Co dowodzi, że cały czas mówił prawdę
– Generał Moreau myśli inaczej.
– Jak to?
– Uważa, że twój mąż chciał sprzedać plany temu, kto najwięcej zapłaci. Armia Napoleona sta¬nowi zagrożenie dla wielu krajów. Każdy chętnie kupiłby tak cenne informacje.
– Ja… nie interesuje mnie, po co chciał je zdobyć i komu sprzedać. To nie ma już naj mniejszego znaczenia. Ja go kocham, Jules, i pomogę mu. Nic, co powiesz, mnie nie powstrzyma.
St. Owen cicho zaklął.
– Wypuść mnie, Jules. Wynajmę dorożkę i sama tam pojadę. Nie ma powodu, żebyś się w to anga¬żował. I tak zrobiłeś bardzo dużo. Ale od tej chwi¬li to już wyłącznie moja sprawa.
Jules mocno pociągnął lejce i mały powóz gwał¬townie się zatrzymał.
– Naprawdę myślisz, że pozwolę ci jechać tam samej?
– Jules, proszę cię. Muszę to zrobić.
Jasnowłosy mężczyzna spojrzał na nią twar¬do i westchnął.
Wyznanie im prawdy niczego nie załatwi, bo pewnie stracą was oboje, aby mieć pewność, że in¬formacj a nie przedostanie się dalej.
– A co innego mogę zrobić?
– Spróbować go stamtąd wydostać.
Nadzieja wstąpiła w serce Aleksy.
Czy istnieje choćby cień szansy, że się uda? – Właśnie cień, ale to lepsze niż nic.
– Więc… jak mielibyśmy to zrobić?
Jules zawrócił konia w boczną uliczkę, oddalając się od hotelu Marboeuf.
Na placu Denfert-Rocherau, w pobliżu północnego końca rue de la Tombe-Issoire, jest wej¬ście db katakumb. Miejsce nie jest pilnie strzeżo¬ne, gdyż zwykle nie ma takiej potrzeby. Możemy dostać się do tunelu, który przecina się z koryta¬rzem pod prefekturą
– Byłeś tam kiedyś?
Raz. Oni korzystają z tego tunelu dość często, a my kilka miesięcy temu próbowaliśmy wyciągnąć z lochu jednego z naszych.
– Udało się?
Nie. Usłyszeli nas. Jeden z moich przyjaciół został pojmany, jeden zabity. Dwaj uciekli.
Nerwowo oblizała wargi.
– Przykro mi.
Wzruszył ramionami.
Może tym razem będziemy mieli więcej szczęścia.
Tak… musimy w to wierzyć. – Pomyślała jednak z niepokojem, co się stanie, czy katakumby staną się miejscem wiecznego spoczynku dla trzech nowych ciał obok tysięcy innych.
* * *
Victor Lafon stał za drzwiami u szczytu scho¬dów.
– Nie ma jej – powiedział porucznik Colbert.
– Uciekła z Jules'em St. Owenem.
– Sacre bleu! – Victor uderzył pięścią w drzwi.
– Musiał się dowiedzieć, że już po nią jedziemy!
– Może to zwykły zbieg okoliczności. A może wysłała kochankowi wiadomość, że mąż został we¬zwany, i wykorzystali sposobność, żeby uciec.
– Możliwe, ale wątpię. Postawcie blokady na drogach wyjazdowych z miasta. Nie wypuszczać nikogo, kto w najmniejszym stopniu wyda się po¬dejrzany.
– A co z Falonem? Mamy go dalej naciskać w sprawie planów?
– Jeszcze nie. On nie wie, że próba kradzieży się powiodła, a ja nie chcę mu na razie dawać tej sa¬tysfakcji. Poza tym są inne pytania, które wymaga¬ją odpowiedzi. – Zacisnął szczęki, lecz po chwili rozluźnił się. – Być może dostaliśmy do ręki wyma¬rzoną broń. Kiedy skończy pan swoje zadania, niech pan wraca do mnie i wtedy zobaczymy…
Porucznik zasalutował.
– Tak jest. Niebawem będę z powrotem. Tymczasem Victor wrócił na dół. Falon był nie- przytomny, krępujące go liny wbijały mu się w pierś, głowa zwisała do przodu, kosmyki czar¬nych włosów opadały na twarz.
– Ocuć go – powiedział Victor do sierżanta. Osiłek chrząknął i sięgnął po blaszane wiadro z wodą, którą chlusnął na pokrwawioną twarz ma¬jora i hałaśliwie odrzucił puste naczynie na bok. Falon jęknął i otworzył oczy.
– A więc nadal jesteś wśród żywych. To dobrze, majorze, bo mam dla ciebie interesujące wiado¬mości.
– Nic, co powiesz, nie jest w stanie mnie zainte¬resować, Victor. – Popatrzył na swoich oprawców przez opadające powieki. Bolały go wszystkie ko¬ści, żebra, mięśnie i stawy. Nie chciał patrzyć na ściany, bo wiedział, co tam jest. Gdyby to zro¬bił, przerażenie pomogłoby go złamać. To wszyst¬ko było częścią ich gry.
A w kwestii pozyskiwania informacji… Sierżant doskonale znał się na sW9jej robocie.
– Więc uważasz, że nie wiem nic interesującego
– rzekł Lafon. – Ale może zaciekawi cię informacja, że gdy ty byłeś… zajęty tutaj, twoja żoneczka uciekła z kochankiem.
Damien uniósł brwi.
– Naprawdę? A któryż to kochanek?
– Jules St. Owen. – Lafon dał mu chwilę, żeby to sobie rozważył. – N a pewno go sobie przypominasz: przystojny blondyn, bardzo bogaty i wpływowy. Wi¬dywała się z nim regularnie od pewnego czasu.
– Chyba zwariowałeś, jeśli myślisz, że w to uwierzę.
– Tak? St. Owena widziano kilka razy przed waszym domem, a nasi ludzie śledzili twoją żonę, któ¬ra dwukrotnie wybrała się z nim na randkę do Cafe de Valois. – Pułkownik wszedł w krąg światła, pa¬dającego z pochodni. – Pomyśl o tym, Falon. Mo¬że przypomnisz sobie, jak z nią tańczył na cesar¬skim balu… jak zawsze umiał ją wypatrzyć z pała¬cu generała Moreau. Skoro ja to zauważyłem, to ty na pewno też. Przypomnij sobie… a może dostrze¬żesz ziarno prawdy w moich słowach.
Coś się w nim poruszyło. Z początku może nie¬wielkie, niedające podstaw do niepokoju ziarenko wątpliwości. Przynajmniej część z tego, co mówił Lafon, było prawdą. Sto Owen był wyraźnie zainte¬resowany Aleksą, a w pewnym okresie Damien są¬dził, że ona to zainteresowanie odwzajemnia.
Wątpliwości wciąż rosły, nabierały groźnych roz¬miarów, nie pozwalały się zignorować.
– Po co mi to mówisz? Nawet gdyby to była prawda, jaką ty miałbyś z tego korzyść?
– Odpowiedzi na kilka naszych pytań. Teraz, gdy już wiesz, jak lojalna jest twoja żona, może powiesz nam prawdę na temat swojej własnej lojalności. Chcemy wiedzieć, od kiedy nas szpiegujesz.
– Pracuję dla ciebie, Victor. Od ośmiu lat. Jeśli nie wiesz tego, to jesteś głupcem.
– Jesteśmy skłonni pójść na ugodę. Ta kobieta zdradziła cię już drugi raz. Zapomnij o niej i za¬cznij myśleć o sobie. Odpowiedz na nasze pytania, a wtedy zastanowimy się, czy cię wypuścić.
Damien splunął Lafonowi pod nogi.
– Idź do diabła!
– Sierżancie, może ty przekonasz majora, żeby odpowiedział na nasze pytania?
Lecz Damien nie myślał już o serii brutalnych ciosów, które zaraz otrzyma. Myślał o Aleksie i o tym, że Victor Lafon mówił prawdę. Znał go od ośmiu lat. Francuz nie był kłamcą, a przynaj¬mniej nie umiał kłamać w przekonujący ~posób. Aleksa wyjechała ze?t. Owenem. Pozostawało jednak pytanie: dlaczego?
Dostał pierwszy cios w żołądek i poczuł w głowie przyprawiający o mdłości ból. Lecz nadal potrafił myśleć tylko o żonie i Sto Owenie. A może Jules dowiedział się o aresztowaniu, zrozumiał, co grozi Aleksie, i pojechał, żeby jej pomóc? To całkiem możliwe, chociaż wydawało się mało prawdopodobne, aby tak szybko dotarła do niego ta alarmu¬jąca wiadomość. A nawet gdyby chciał pomóc, dla¬czego miałby to robić? Dlaczego ryzykowałby ży¬cie dla kobiety, którą ledwie zna?
Pozostawała kwestia spotkań, o których wspo¬mniał Lafon. Dlaczego jeździła do tej kawiarni? Czy był jeszcze jakiś inny powód oprócz tego, co wydedukował Lafon?
Читать дальше