– Sam nie mógł tego dokonać – rzekł Colbert.
– Ani na chwilę nie opuścił gabinetu generała.
– Falon nie zabrał planów, ale jest jedną z niewielu osób, które wiedziały o ich istnieniu. Mam pewność, że to on stoi za tą kradzieżą, a z czasem wykryjemy jego wspólnika.
– A co z tą kobietą?
– Wysłałem już ludzi, żeby ją przyprowadzili.
– Przecież ona nie mogła tego zrobić.
– To mało prawdopodobne. Ma w sobie dość odwagi, żeby spróbować, ale Pierre nie widział, że¬by wczorajszej nocy gdzieś wychodziła, a gdyby na¬wet wyszła, kobiecie trudno by było to zrobić w po¬jedynkę
– Może więc Sto Owen maczał w tym palce? Wiemy, że się z nim spotykała.
– Jules zawsze umiał postępować z kobietami. Nie mamy powodów, żeby go podejrzewać o co¬kolwiek poza schadzkami z kochanką. Jednak w przeszłości czasem nie zgadzał się z polityką ce¬sarza. Więc nie zaszkodzi go przesłuchać.
Colbert skinął głową.
– Całkiem możliwe, że ta kobieta jest kluczem do wszystkiego – stwierdził Victor. – Major najwy¬raźniej darzy ją uczuciem. Może uda się z nim po¬handlować, obiecać mu jej bezpieczny powrót do domu w zamian za zwrot dokumentów.
– Na ile znam Falona, wydaje mi się, że prędzej.będzie chciał wynegocjować swój bezpieczny po¬wrót do Anglii niż powrót swojej żony.
– Może masz rację. Tak czy inaczej, niebawem wszystko stanie się jasne. I odzyskamy plany. I do¬wiemy się, komu chciał je sprzedać.
– A ja myśałem…
– Ze co? Ze odda je Brytyjczykom? Nasi informatorzy nigdy nie potwierdzili, że istniały jakiekol¬wiek przejawy jego lojalności do ojczyzny. Sądzę, że chciał je sprzedać temu, kto da najwyższą cenę. Jest co najmniej pół tuzina krajów, które zapłaciły¬by małą fortu.nę za tak cenne plany.
– Dieu de Ciel, nigdy mi to nie przyszło do głowy!
– Może dlatego generał Moreau właśnie mnie przydzielił to zadanie. Znam majora znacznie dłu¬żej niż ktokolwiek inny. Jeśli ktokolwiek mógłby odkryć prawdę, to tylko ja.
Colbert uśmiechnął się.
– Z pomocą sierżanta Piquerela.
Victor zerknął na ciężkie drewniane drzwi, uzmysłowił sobie, dokąd prowadzą, i wzdrygnął się Potem westchnął, kręcąc głową.
– Tortury to obrzydliwa sprawa. Miałem nadzie¬ję, że nie będą konieczne, ale szczerze mówiąc, nie spodziewam się, by major. powiedział cokolwiek dobrowolnie.
Colbert poszedł za jego spojrzeniem, usłyszał głuche uderzenia pięści, Których nie tłumiły nawet grube drzwi.
– Nigdy go nie lubiłem, ale wiem, że pan, chcąc nie chcąc, darzył go szacunkiem. Przykro mi, że sprawy przybrały taki obrót.
– W czasie wojny takie sytuacje się zdarzają, n'est ce pas?
– D'accord, panie pułkowniku. Niestety, tak właś¬nie bywa.
Victor otworzył drzwi i spojrzał w dół na schody.
Przejście było pogrążone w ciemności, wnętrze pra¬wie niewidoczne. Starał się nie myśleć o tym, co kry¬je mrok, koncentrując się na małym kręgu światła u podnóża schodków.
Na sfatygowanym drewnianym biurku stała oliwna lampa, zaś w małych mosiężnych uchwy¬tach, przymocowanych do ścian tunelu, tkwiły po¬chodnie. Sierżant Piquerel z zaciśniętymi pięścia¬mi sta~ na szeroko rozstawionych nogach. Major siedział przywiązany do krzesła. Jedno oko było tak opuchnięte, że nie mógł go otworzyć, warga przecięta i mocno nabrzmiała.
Victor opanował się.
– Dajcie mi znać, kiedy przywiozą kobietę – po¬wiedział do Colberta, ruszając po schodach. Sły¬sząc te złowieszczo brzmiące słowa, Falon pod¬niósł głowę, wyprostował obite, wymęczone ciało i wbił w niego pełne nienawiści, przeszywające spojrzeme.
* * *
Zmęczona Aleksa odeszła od okna, jednak na¬pięcie ogarniające jej ciało wciąż nie ustępowało. Na zewnątrz było ciemno, księżyc i gwiazdy były prawie niewidoczne… i nadal nie było żadnych wiadomości od męża. Poruszane wiatrem gałęzie smagały okna, szelest liści po szybach wzmagał na¬pięcie i wystawiał na próbę i tak już mocno zszar¬gane nerwy.
Wyszła z pokoju, żeby na dole znaleźć sobie ja¬kieś zajęcie – cokolwiek, co mogłoby zająć myśli -lecz gdy była w połowie korytarza, usłyszała głośne walenie do drzwi, naglące do pośpiechu i gwałtow¬ne. Zaschło jej w ustach. Ze ściśniętym z niepoko¬ju sercem pospieszyła do wejścia.
Po drodze wyprzedził ją Pierre, który mamro¬cząc coś pod nosem, pierwszy dopadł drzwi, żeby uciszyć intruza. Aleksa pobiegła za nim po czarno¬-białej, marmurowej podłodze.
– Bonsoir, monsieur – powiedział służący. – Czego pan sobie życzy?
Aleksa wstrzymała oddech.
– Jules! Co się stało… – urwała, widząc jego peł¬ną niepokoju twarz.
– Obawiam się, że musimy porozmawiać. To sprawa najwyższej wagi. – Ignorując małego ciem¬nowłosego lokaja, wszedł do środka, chwycił ją za nadgarstek i pociągnął przez hol.
– Jules, na litość boską, co się dzieje? – Gdy zna¬leźli się w gabinecie i zamknęli drzwi, odwróciła się do niego twarzą.
– Coś się wydarzyło. Idź na górę i zabierz płaszcz, nałóż też mocne buty. Musimy stąd uciekać.
– Dlaczego? Co się stało? – Niespokojne oblicze Jules'a sposępniało jeszcze bardziej.
– Aresztowali twojego męża za kradzież planów. W pracowni Salliera stwierdzono ich brak już dziś po południu.
– Ale przecież oni wiedzą, że nie mógł ich ukraść. Cały czas był wtedy z nimi!.
– Sądzą, że to on wszystko zorganizował. Zoł¬nierze już tu jadą. Po ciebie.
– Wielki Boże!
– Musisz zachować spokój. Tak jak mówiłem, weź płaszcz i buty. Szybciej, Alekso, nie mamy zbyt dużo czasu.
Kiwnęła głową i biegiem wróciła na górę Wal¬cząc z ogarniającym ją przerażeniem, w pośpiechu spakowała małą torbę podróżną, założyła brązowe pantofle, chwyciła czarną pelerynę z kapturem. Przy drzwiach Jules ujął ją za ramię i razem wybie¬gli z domu. Pomógł jej wsiąść do swojej małej dwu¬kółki i sam wskoczył do środka.
– Dokąd… dokąd jedziemy?
Do hotelu Marboeuf. Tam czeka na nas Ber¬nard z przygotowanym do drogi wozem. Wywiezie cię na północ. Jest jeszcze szansa, że zdążysz na łódź odpływającą z Hawru.
Nie zareagowała na jego słowa. Myślała tylko o aresztowaniu Damiena.
Do hotelu Marboeuf? – powtórzyła automatycznie.
Tak. Bernard wywiezie cię z miasta.
– A co z Damienem?
Uścisnął jej dłoń.
Przykro mi, cherie, ale nie możemy nic zrobić. Zesztywniała. W końcu zaczynała myśleć trochę jaśniej.
Co to znaczy, że nie możemy nic zrobić? Damien jest niewinny. Musimy go wydostać.
Jules tylko pokręcił głową – Gdzie on jest?
Dłuższą chwilę nie odpowiadał.
W katakumbach. Pod prefekturą policji znajduje się loch. Lecz ostatecznie zostanie umieszczony w więzieniu La Force.
W katakumbach… Boże, jak oni mogli? – Łzy napłynęły do jej oczu, wyobraźnia podsuwała maka¬bryczne obrazy. Słyszała o tym miejscu. Od czasów rzymskich pod miastem były kamieniołomy, z któ¬rych wydobywano wapień. W latach Wielkiego Terroru stały się masowym grobowcem dla tysięcy,więźniów, którzy stracili głowy pod ostrzem giloty¬ny. Trudno było jej znieść świadomość, że Damien jest przetrzymywany w jednej z tych okropnych cel w otoczeniu starych kości i gnijących ciał.
– Muszę go wydostać – powiedziała cicho, ocie¬rając łzy z policzków. – Nie zostawię go tam.
– Posłuchaj mnie, cherie…
Читать дальше