– Ona już dla mnie istnieje – szepnęłam.
– Nic dziwnego – przytaknęła Sara. – I już teraz poruszyłabyś dla niej niebo i ziemię.
Zakrzątnęła się po pokoju.
– Gdybyś czegoś potrzebowała, wystarczy zawołać, słyszysz?
– Zaczekaj.
Sara przystanęła w progu.
– Jak…? – Reszta pytania nie przeszła mi przez gardło, ale ona zrozumiała mnie i tak.
– Taka jest wola Pana – odpowiedziała cicho. – Można ją znieść. Nie można tylko przeboleć.
Chyba musiałam zasnąć, bo wydawało mi się, że zaraz potem słońce chyliło się już ku zachodowi, a pod drugą ścianą, na łóżku Katie, leżał wyciągnięty Coop. Kiedy tylko drgnęłam, wstał, podszedł i ukląkł obok mnie.
– Jak się czujesz?
– W porządku. Nie mam już skurczów.
Spojrzeliśmy po sobie, zdjęci nagłym strachem, bo nie wiedzieliśmy, co to może oznaczać.
– Zadzwoniłem do sędziny – powiedział szybko Coop, żeby zmienić temat. – Powiedziała, że ławnicy wciąż jeszcze obradują, a ona, jeśli będzie trzeba, przetrzyma ich, dopóki nie staniesz na nogach. – Odchrząknął. – Mówiła też, że modli się za nas.
– Świetnie – odparłam spokojnym tonem. – Przyda nam się każda pomoc.
– Mogę cię o coś zapytać? – Coop wyciągnął nitkę z kołdry. – Wiem, że nie pora na to i że w ogóle obiecałem tego nie robić, ale i tak ci to powiem: chcę, żebyś za mnie wyszła. Z nas dwojga to nie ja jestem prawnikiem, nie powymyślam żadnych argumentów, żeby cię przekonać. Ale musisz coś wiedzieć: kiedy Katie zadzwoniła dziś do mnie i powiedziała, że jesteś w szpitalu, ze strachu nie mogłem prawie oddychać. Bałem się, że miałaś wypadek. A kiedy już się dowiedziałem, że chodzi o dziecko, miałem w głowie tylko jedną myśl: dzięki Bogu. Dzięki Bogu, że to nie Ellie. I teraz mam przez to straszne wyrzuty sumienia. Wciąż się zastanawiam, czy w ogóle zasłużyłem na to szczęście, które mnie spotkało, skoro takie myśli przychodzą mi do głowy. Zacząłem sobie wyobrażać, jak bym się czuł, gdybym stracił to dziecko, ten dar od losu, którego absolutnie się nie spodziewałem. I wiem, że bardzo bym cierpiał, ale to jednak byłoby nic w porównaniu z tym, co bym przeszedł, gdyby zabrakło mi ciebie. Tego… – głos załamał mu się nagle -…tego bym nie przeżył.
Uniósł moją dłoń do ust i zaczął całować kostki palców.
– Jeszcze będziemy mieli dzieci. Może nie teraz, może kiedyś. I to będą nasze dzieci. Możemy mieć ich nawet dziesiątkę, po jednym na każdy pokój w naszym wielkim domu. – Coop uniósł głowę. – Tylko powiedz mi, że tego chcesz.
Już raz od niego odeszłam; zrobiłam to dlatego, że chciałam sprawdzić, czy potrafię dojść na sam szczyt, chodzić po świecie własnymi ścieżkami. Tymczasem te miesiące, które przeżyłam u Fisherów, ukazały mi, że warto, naprawdę warto mieć kogoś, na kogo zawsze można liczyć, gdyby człowiek na tej swojej własnej ścieżce nagle się potknął.
Za drugim razem odtrąciłam go ze strachu. Bałam się, że jeśli powiem mu „tak”, to zrobię to tylko ze względu na dziecko, że będzie mną kierować wyłącznie poczucie odpowiedzialności. Ale teraz – teraz już nie było wiadomo, czy to dziecko w ogóle przyjdzie na świat. Pozostaliśmy sami: ja, Coop i ten straszliwy ból, który tylko on jeden potrafił zrozumieć.
Ile razy jeszcze muszę to odrzucić, zanim zrozumiem, że właśnie tego szukałam od samego początku?
– Dwanaście – odpowiedziałam mu.
– Co dwanaście?
– Dzieci. Planuję mieć dwunastkę. W dużym domu. Oczy mu zabłysły.
– W olbrzymiej rezydencji – obiecał, całując mnie w usta. – Boże, jak ja cię kocham.
– Ja też cię kocham. – Parsknęłam śmiechem, kiedy zaczął gramolić się na łóżko, żeby położyć się obok mnie. – A jeśli pomożesz mi dojść do łazienki, pokocham cię jeszcze mocniej.
Błysnął zębami w uśmiechu i po chwili poczułam, jak jego ramiona oplatają mnie i dźwigają w górę.
– Poradzisz sobie? – zapytał, niosąc mnie korytarzem.
– Robię to od trzydziestu siedmiu lat. Mam wprawę.
– Wiesz, że nie o to pytam – powiedział łagodnie.
– Wiem. – Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, aż wreszcie musiałam odwrócić wzrok, nie mogąc znieść smutku w jego spojrzeniu. – Dam radę, Coop.
Zamknęłam za sobą drzwi i podciągnęłam koszulę nocną, szykując się na widok kolejnej ciemnej, napęczniałej podpaski. Spojrzałam w dół i zaczęłam płakać na głos.
Coop natychmiast wpadł do środka, trzaskając drzwiami o ścianę. W oczach miał dziki strach.
– Co jest? Co się stało?
Łzy płynęły po moich policzkach niepowstrzymanym, wszechogarniającym strumieniem.
– Niech będzie trzynaścioro – powiedziałam, a na mojej twarzy zakwitł słoneczny uśmiech. – Tego też się chyba doczekamy, mimo wszystko.
Dopiero kiedy w butelce zantaku, preparatu na wrzody, było już widać dno, George Callahan zrozumiał, że sprawa Katie Fisher wykańcza go psychicznie, dosłownie pożera żywcem. Ta łatwizna, ten jego pewniak, okazał się bardziej powikłany, niż można było przypuszczać. George zachodził w głowę, który z ławników blokuje pozostałych. Może ten facet z celtyckim tatuażem w kształcie pierścienia daddagh ? Może tamta kobieta, która ma czwórkę dzieci? Potem prokurator zaczął się zastanawiać, czy zdąży po lunchu skoczyć do apteki – czy może telefon odezwie się dokładnie w momencie, kiedy zjedzie na autostradę. I czy Ellie Hathaway, tak jak on, przez ostatnie trzy noce nie zmrużyła oka.
– No, no – odezwała się Lizzie Munro, odsuwając od siebie talerz – pierwszy raz zdarzyło mi się zjeść więcej od ciebie.
George skrzywił się.
– Wychodzi na to, że mam delikatniejszy żołądek, niż mi się wydawało.
– Nie chcę ci zarzucać opieszałości zawodowej, ale gdyby tylko chciało ci się mnie spytać, to dowiedziałbyś się, że u nas każda ława przysięgłych będzie miała opory przed skazaniem amisza.
– Czemu?
Lizzie wzruszyła ramieniem.
– Na amiszów patrzy się tutaj jak na aniołów, którzy zstąpili z nieba. Kto powie głośno, że amisz oskarżony o morderstwo jest winny, zburzy cały porządek świata, zrobi piekło na ziemi.
– Tak szybko jej też nie uniewinnią. – George otarł usta serwetką. – Słyszałem od Ledbetter, że ławnicy poprosili o protokoły przesłuchań obu psychiatrów.
– To faktycznie ciekawe. Są niezgodni w kwestii stanu umysłu oskarżonej. To by wskazywało na to, że podejrzewają ją o coś złego.
George prychnął.
– Ellie Hathaway ujęłaby to zupełnie inaczej, zapewniam cię.
– Ellie Hathaway na razie nie będzie niczego ujmować. Nie słyszałeś?
– O czym?
– Leży w szpitalu. – Lizzie wzruszyła ramionami. – Krążą plotki, że podobno chodzi o komplikacje ciążowe.
– Ellie Hathaway w ciąży? – Prokurator pokręcił głową. – Boże! Ona ma tyle instynktu macierzyńskiego co czarna wdowa.
– Tak… – powiedziała Lizzie w zamyśleniu. – Wszędzie ich pełno, tych czarnych wdów.
Ellie dostała awans: z łóżka w pokoju Katie na kanapę w dużym pokoju na dole. Pozwolono jej też wstać, ale tylko raz – kiedy miała pojechać z Coopem na badanie. Położnik stwierdził co prawda, że jej stan jest dobry, ale widać było, że nie jest zachwycony. Coop, nie odstępujący Ellie nawet na krok, zostawił ją pod czujną opieką Sary, a sam musiał wracać do pracy, gdzie czekał na niego pacjent o skłonnościach samobójczych. Gdy matka Katie wyszła po kurczaka na obiad, Ellie po raz pierwszy ucieszyła się, że nie jest w pełni sił.
Читать дальше