– Z kim rozmawiałeś? Z nią?
Pan Mąż próbuje wyminąć Różę, odpycha ją lekko, jak zwykle używa wymijającej odpowiedzi, to odpychające.
– Nie wiem, o kim mówisz, rozmawiałem w sprawach zawodowych.
– Co noc śni mi się, że mnie zdradzasz…
– No i co? Mam cię przepraszać za twoje sny? Mam robotę, proszę cię, daj mi teraz spokój.
Pan Mąż patrzy na nią martwo, Róża boi się tego spojrzenia, wie, co ono oznacza, tak martwo patrzą ludzie, którzy kłamią w żywe oczy; jej oczy właśnie się ożywiły, nabiegły łzami, Róża więdnie od kłamstw Pana Męża. Sama nigdy nie potrafiła kłamać, kiedy tylko próbowała kogoś ołgać, rumieniec ją zdradzał, nawet kiedy chodziło o drobne łgarstwa dla świętego spokoju, przychodziło jej to z najwyższym trudem i natychmiast tak zniesmaczało, że nie mogąc kłamstwa w ustach utrzymać, pąsowiała, martwiła się, czy okłamywany rzeczywiście jej uwierzył, sprawdzała, patrząc mu w oczy, a z tego sprawdzania lągł się od razu półuśmiech i demaskacja; takie to było jej kłamanie na niby. Róża nie jest naiwna, tylko dobroduszna: przyjmuje, że w ludzkiej naturze nie ma miejsca dla bezinteresownego zła, myśli, że zło zaczyna się tam, gdzie kończy się bezinteresowność; Róża nie wierzy, że człowiek może krzywdzić drugiego człowieka bez powodu, podobnie nigdy nie mogła zrozumieć ludzi, którzy bezprzyczynnie kłamią.
Pan Mąż na przykład kłamie po to, żeby nie wyjść z wprawy, w jego zawodzie to bardzo ważne, systematyczna kłamstwomówność czyni mistrza; Pan Mąż kilka razy mierzył się z wykrywaczem kłamstw i wygrywał pokaźne sumy na zakładach z zaprzyjaźnionym detektywem; zaprzyjaźniony detektyw po tym, jak dwa razy sam przegrał pokaźną sumę, zwołał innych detektywów, którzy obstawili maszynę i przegrali jeszcze pokaźniejsze sumy; Pan Mąż mógłby zarabiać na życie wyłącznie kłamstwem, detektyw proponował spółkę: brałby na siebie organizację występów, a Pan Mąż raz, może dwa razy w miesiącu miał kłamać jak z nut, nie wymyślono bowiem takiego wykrywacza, który by w nim zdołał kłamstwo wykryć; jak już wiemy, Pan Mąż nie stał się człowiekiem kłamstewek i drobnych interesów, woli kłamać globalnie, nazywa to przekonywaniem ludzi. Pan Mąż wie, że geniusz kłamstwa musi być przekonywający, a do tego trzeba spełniać dwa warunki: zawsze mówić to, w co ludzie chcą uwierzyć, i zawsze kłamać tak, żeby wierzyć sobie samemu. Pan Mąż nie czuje się winny krzywoprzysięstwu, czyż bowiem nieodpowiedzialna przysięga nie jest już kłamstwem w zarodku? Ludzie nie powinni przyrzekać sobie wierności aż do śmierci, bo nie przyszłość do nich należy, tylko sumienia; Pan Mąż sumiennie okłamuje Różę dla jej własnego dobra, nie powinna się denerwować.
Róża patrzy w oczy Pana Męża, kłamstwo nie mieści się jej w głowie, ma nadzieję, że w głowie Pana Męża też się całe nie zmieści, wodzi wzrokiem po jego twarzy i szuka kłamstwa w drgnieniu powiek, w kąciku ust, niekochane oczy patrzą na Pana Męża z bardzo bliska i nie widzą nic żywego; Róża nie da mu przejść, łapie go za krocze, ściska tak, żeby bolało, dom aga się jeszcze jednego kłamstwa:
– Przysięgnij, że mnie nie zdradzasz…
Pan Mąż byłby przysiągł, że jest wierny, ale właśnie mu dzwoni komórka, Róża zaciska dłoń na jego jądrach i wyjmuje mu telefon z kieszeni; Pan Mąż naprawdę cierpi. Numer się nie wyświetla, w słuchawce ktoś odpowiada na głos Róży milczeniem i zaraz się rozłącza; Pan Mąż wyswobadza się z uścisku, wykręca Róży rękę i odbiera telefon, cedząc przez zęby groźbę:
– Nie rób tego więcej.
Rachunek cierpienia też musi się zgadzać, Pan Mąż przytrzymuje w bolesnym wygięciu rękę Róży dokładnie tak długo, jak ona trzymała go za jaja, nie, jeszcze dłużej, Pan Mąż nie chce być sprawiedliwy, chce dać jej nauczkę; Róża go zawiodła, niech teraz trochę pozawodzi z bólu. Pan Mąż współczuje Róży, ale nie może jej pomóc, chce, żeby pamiętała ten ból długo, tak jak on do dziś pamięta, jak to w szkolnych czasach klasowy osiłek uwielbiał mu wykręcać rękę na przerwach, a kiedy Pan Mąż zwracał uwagę, że to boli, osiłek zaczynał filozofować: „Ma boleć, musi boleć, ból jest pouczający, im wcześniej nauczysz się go doświadczać, tym lżej ci będzie iść przez życie”; osiłek był prymusem i absolutnym pupilkiem nauczycieli, więc nie sposób było na niego skutecznie naskarżyć, dużo później Pan Mąż się dowiedział, że ten chłopak toczka w toczkę powtarzał nauki, które mu szeptał do ucha ojciec, bezkarnie molestujący go przez jedenaście lat; zanim chłopak powiesił się w swojej skrytce na poddaszu, zdążył wysłać listy do kilku osób, co do których był pewien, że nie zatuszują jego cierpień; pan Mąż wybaczył mu więc lekcje bólu między lekcjami, zresztą, wszyscy byli uczniami osiłka, miał wystarczającą przewagę wzrostu i kilogramów, nie uznawał lizusostwa, nikt nie mógł znać dnia ani godziny, w której zostanie zaciągnięty na bolesne nauki, wszyscy mu wybaczyli, choć nie każdy zdobył się na to, żeby zasilić klasową wycieczkę na jego pogrzeb, niektórzy nigdy nie przynieśli usprawiedliwień, ale wybaczyli mu, to pewne; Pan Mąż, zadając ból Róży, nie musi liczyć na jej przebaczenie, bo właśnie zasnęła, bidulka, i niczego nie będzie pamiętać, jaka szkoda, cała lekcja na marne.
Pan Mąż dzisiejszej nocy bardzo ciężko pracuje, w pocie czoła produkuje rozkosz, rozpędził się jak szalona lokomotywa, lecz kogóż to łomocze w rytmie fabrycznych tłoków tak udatnie, że oklaski słychać w całym domu, któż to poddaje się posapującemu przodownikowi tak ochoczo, kto pozwala się fedrować ile wlezie, poczekajmy, z tej pozycji nie widać dokładnie; Pan Mąż już zaczyna finałowe odliczanie, właśnie zapowiedział, że zaraz się spuści, ale słyszy wymamrotaną prośbę, żeby jeszcze nie, nie teraz, za chwilę, ale Pan Mąż już nie może zwolnić, wyładowuje cały zapas amunicji w kilku ratach, wszystko do środka, jak pan bóg przykazał, Pan Mąż musi wreszcie kogoś zapłodnić, idzie wyż demograficzny, wpływowi biznesmeni pozwalają sobie na trzecią pociechę, podczas gdy on nawet nie zaczął się rozmnażać. Niestety nie dowiemy się, czyjeż to ciało było dla Pana Męża takie gościnne, bo właśnie na nie oklapł wyczerpany, wszystkie szczegóły nam zasłonił, zaraz, spójrzmy na łydkę smukłą z bransoletką całkiem zmysłowo dobraną, popatrzmy na palce u stopy kurczące się rytmicznie, jakby próbowały złapać uciekający orgazm, przyjrzyjmy się tym wypielęgnowanym i pomalowanym na czarno paznokciom, to bez wątpienia młoda i atrakcyjna kobieta. Róża, która śpi w sąsiednim pokoju snem spokojnym i osobiście przez Pana Męża uregulowanym, też jest młoda i atrakcyjna; Pan Mąż ma dobry gust.
Adam własnoręcznie rozciął gips na przedramieniu Pięknisia, wygląda na to, że kość się zrosła prawidłowo, trzeba tylko odbudować mięśnie, Adam będzie kontrolował przebieg rehabilitacji, jeśli Piękniś posłusznie się do niej zastosuje, niebawem znów sobie pobryka. Adam moczy szmatkę w misce i przemywa jego skórę; lubi myć całego Pięknisia, obmywać go z zapachu ulicy, lubi mieć go przy sobie mokrego, ale i wycierać go potem ręcznikiem, obcinać mu paznokcie u nóg (u rąk Piękniś sam sobie obgryza), ścierać odciski, balsamować pachnącym kremem, pielęgnować, depilować; Adam lubi wszystko, na co mu Piękniś pozwala, jest dla niego najczulszym i najostrożniejszym pielęgniarzem, bo choć Piękniś do płochliwych nie należy, wciąż nie może sobie poradzić z tym, co się stało, co się dzieje każdego dnia, nie oswoił jeszcze nieznanej dotąd przyjemności, którą czerpie z posiadania bezgranicznie i bezwarunkowo oddanego kochanka, służącego mu wiernopoddańczo na każde zawołanie.
Читать дальше