– Dokąd mam pana poetę wynieść? – zapytał.
Obecni przy tym goście, którzy jeszcze przed chwilą starali się pogodzić obu rywali, nie mogli powstrzymać się od śmiechu; trzydziestolatek kroczył przez pokój, trzymając wysoko w górze Jaromila, który rzucał się w powietrzu jak zrozpaczona, delikatna ryba. W końcu doniósł go do drzwi balkonu. Otworzył je, postawił poetę na progu i zamachnął się nogą.
Rozległ się wystrzał, Lermontow chwycił się za serce, a Jaromil upadł na lodowaty beton balkonu.
O, Czechy, sława wystrzałów tak często zmienia się u was w hecę kopniaków!
Ale czy mamy wyśmiewać się z Jaromila za to, że jest parodią Lermontowa? Czy mamy może wyśmiewać się z malarza, że naśladował Andre Bretona, bo tak jak on nosił skórzany płaszcz i chował wilczura. Czyż i Andre Breton nie był imitacją czegoś wzniosłego, do czego chciał być podobny? Czy parodia nie jest wiecznym przeznaczeniem człowieka?
Zresztą, nie ma nic prostszego, niż zmienić sytuację.
Rozległ się wystrzał, Jaromil chwycił się za serce, a Lermontow upadł na lodowaty beton balkonu.
Ma na sobie galowy mundur carskiego oficera i podnosi się z ziemi. Jest katastrofalnie opuszczony. Nie ma tu historiografii literackiej z jej balsamami, które nadałyby wzniosły sens jego upadkowi. Nie ma pistoletu, w którego wystrzale zniknęłoby chłopięce poniżenie. Jest tu tylko śmiech, który dobiega przez okno i na zawsze go znieważa.
Podchodzi do poręczy i patrzy na dół. Niestety jednak, balkon nie jest na tyle wysoki, by mógł mieć pewność, że się zabije, jeśli skoczy. Jest zimno, marzną mu uszy, marzną mu nogi, przestępuje i nie wie, co począć. Boi się, że otworzą się drzwi balkonu i pojawią się w nich roześmiane twarze. Został schwytany. Jest w pułapce fraszki.
Lermontow nie boi się śmierci, ale boi się śmieszności. Chciałby skoczyć w dół, lecz nie skoczy, gdyż wie, że o ile samobójstwo jest tragiczne, o tyle nieudane samobójstwo budzi śmiech.
Zaraz, zaraz. Co to za dziwne zdanie? Przecież, czy samobójstwo powiedzie się, czy nie, jest to jeden i ten sam czyn, do którego prowadzą te same pobudki i ta sama odwaga! Cóż więc odróżnia tu tragiczne od śmiesznego? Tylko przypadek powodzenia? Co właściwie odróżnia małość od wielkości? Powiedz, Lermontowie! Czy tylko rekwizyty? Pistolet czy kopniak? Tylko kulisy, które podsuwa ludzkiemu zdarzeniu Historia?)
Dosyć! Na balkonie jest Jaromil, ma na sobie białą koszulę z rozluźnionym krawatem i trzęsie się z zimna.
Wszyscy rewolucjoniści kochają płomienie. Percy Shelley także marzył o śmierci w ogniu. Kochankowie z jego wielkiego poematu zginęli razem na stosie. Pod ich postaciami Shelley ukazał siebie i swoją żonę, ale pomimo to zginął w odmętach wód. Jednakże przyjaciele poety, jak gdyby chcieli naprawić tę semantyczną pomyłkę śmierci, ułożyli na morskim brzegu wielki stos, na którym spalili jego ciało, obgryzione przez ryby.
Czyżby i z Jaromila śmierć chciała zadrwić, skoro posyła mu naprzeciw mróz zamiast żaru?
Bowiem Jaromil chce umrzeć; myśl o samobójstwie wabi go jak głos słowika. Wie, że przyszedł tu przeziębiony, wie, że zachoruje, ale nie wróci z powrotem do pokoju, nie może już znieść upokorzenia. Wie, że tylko objęcia śmierci mogą go ukoić, te objęcia, które wypełni całym swym ciałem i duszą i będzie w nich nieskończenie wielki; wie, że tylko śmierć może go pomścić i oskarżyć o morderstwo tych, którzy się śmieją. Pomyślał, że położy się pod drzwiami i pozwoli opiekać się od spodu zimnem, aby ułatwić śmierci zadanie. Usiadł na ziemi; beton był tak lodowaty, że po chwili nie czuł już pośladków; chciał się położyć, ale nie miał na tyle odwagi, by przytknąć plecy do zmrożonej ziemi, więc znowu wstał.
Mróz obejmował go całego, był wewnątrz jego lekkich półbucików, był pod spodniami i pod spodenkami, od góry wsunął mu rękę pod koszulę. Jaromil szczękał zębami, bolało go gardło, nie mógł przełykać, kichał i chciało mu się sikać. Rozpiął sobie skostniałymi palcami rozporek; sikał potem przed siebie na ziemię i widział, jak ręka, która trzyma przyrodzenie, trzęsie mu się z zimna.
Przytupywał z bólu na betonowej posadzce, ale za nic na świecie nie otworzyłby drzwi do tych, co się śmiali. Ale co z nimi? Czemu sami nie przyjdą do niego? Czy są aż tacy źli? Czy tacy pijani? A właściwie jak długo już stoi na mrozie?
W pokoju zgaszono nagle wiszącą u sufitu lampę, pozostawiając jedynie przytłumione światło.
Jaromil podszedł do okna i zobaczył, że nad tapczanem świeci się mała lampka z różowym abażurem; przyglądał się długo, aż w końcu zobaczył dwa nagie ciała w uścisku.
Szczękał zębami, trząsł się i patrzył; na wpół zaciągnięta zasłona nie pozwalała mu stwierdzić z pewnością, czy ciało kobiety przykryte ciałem mężczyzny należy do instruktorki, ale wszystko wskazywało na to, że tak; włosy tej kobiety były czarne i długie.
Ale kim jest ten mężczyzna? Mój Boże, przecież Jaromil wie, kto to jest! Przecież to wszystko już kiedyś widział! Zima, śnieg, górska równina i w rozświetlonym oknie Ksawery z kobietą! Ale przecież od dziś Ksawery i Jaromil mieli być jedną istotą. Czemu Ksawery go zdradza? Mój Boże, dlaczego na jego oczach kocha się z dziewczyną?!
W pokoju było ciemno. Nie było niczego słychać ani widać. W jego myślach także niczego nie było: ani złości, ani żalu, ani upokorzenia; w jego myślach było tylko straszliwe zimno.
Nie mógł już tego wytrzymać; otworzył szklane drzwi i wszedł do środka; nie chciał niczego widzieć, nie rozglądał się na prawo ani na lewo, tylko szybko przeszedł przez pokój.
Na korytarzu świeciło się światło. Zbiegł po schodach na dół i otworzył drzwi pokoju, gdzie zostawił swoją marynarkę; było tam ciemno, jedynie słaba poświata przenikająca z przedpokoju oświetlała niewyraźnie kilka śpiących postaci, które głośno oddychały. Wciąż trząsł się z zimna. Macał rękami po krzesłach, by namacać marynarkę, ale nie mógł jej znaleźć. Kichnął; ktoś ze śpiących przebudził się i ofuknął go.
Wyszedł do przedpokoju. Tam wisiał jego zimowy płaszcz. Włożył go na koszulę, ubrał kapelusz i wybiegł z willi.
Kondukt już wyszedł. Na przedzie koń ciągnie wóz z trumną. Za wozem idzie pani Wolkerowa i widzi, jak spod czarnego wieka sterczy róg białej poduszeczki; ten przytrzaśnięty róg jest jakby wyrzutem, że ostatnie łoże jej chłopca (ach, ma dwadzieścia cztery lata) jest niestarannie posłane; czuje nieodparte pragnienie poprawienia tej poduszki pod jego głową.
Potem trumna leży w kościele otoczona wieńcami. Babcia, która cierpi na martwicę, musi sobie palcem unieść powiekę, żeby cokolwiek widzieć. Ogląda trumnę, ogląda wieńce; na jednym z nich jest wstęga z nazwiskiem Martynowa.
– Wyrzućcie to rozkazuje. Jej stare oko, nad którym palec przytrzymuje bezwładną powiekę, wiernie strzeże ostatniej drogi Lermontowa, mającego dwadzieścia sześć lat.
Jaromil (ach, jeszcze nie ma dwudziestu lat) jest w swoim pokoju i ma wysoką gorączkę. Lekarz stwierdził zapalenie płuc.
Za ścianą słychać głośną sprzeczkę lokatorów, a dwa pokoje, w których mieszka wdowa z synem, są wysepką ciszy. Ale mama nie słyszy hałasu z sąsiedniego pokoju. Myśli tylko o lekarstwach, gorącej herbacie i zimnych okładach. Jeszcze gdy był malutki, siedziała nad nim nieprzerwanie wiele dni, by go wynieść, poczerwieniałego i rozpalonego, z państwa umarłych. Teraz będzie przy nim siedzieć tak samo gorliwie, długo i wiernie.
Читать дальше