Światło rzucane przez świecę pociemniało nagle i Katarzyna obróciła się ze zgrozą, ale nie, świeca nie dogasała, mogła jeszcze wystarczyć na kilka godzin. Nie chcąc jednak mieć większych kłopotów z odczytywaniem manuskryptu niż te, które nastręczyć musi sama jego starożytność, nasza bohaterka objaśniła ją delikatnie. Niestety, świeca została jednocześnie objaśniona i zgaszona. Trudno sobie wyobrazić światło dogorywające z okropniejszym skutkiem. Przez chwilę Katarzyna stała zdrętwiała z trwogi. Świeca zgasła ze szczętem, najmniejsza iskierka w knocie nie budziła nadziei, by płomyk miał rozbłysnąć ponownie. Nieprzeniknione, nieruchome ciemności zaległy pokój. Nagły podmuch wichru, który zahuczał z niespodzianą wściekłością, przyniósł nową trwogę. Katarzyna drżała na całym ciele. W przerwie, jaka teraz nastąpiła, do jej przerażonych uszu doszedł jakiś dźwięk, coś jakby odgłos oddalających się kroków i zamknięcie dalekich drzwi. Istota ludzka nie jest w stanie wytrzymać więcej. Z czołem zroszonym zimnym potem wypuściła manuskrypt z dłoni i wymacawszy rękami drogę do łóżka wskoczyła gwałtownie do pościeli, a szukając ucieczki przed strachem zakopała się głęboko pod prześcieradła. Czuła, że jest wykluczone, by zmrużyła oko tej nocy. Nie można sobie wyobrazić, by osoba, której ciekawość została obudzona tak poważną przyczyną, a uczucia tak bardzo rozkołysane, mogła zapaść w sen. I jeszcze ta straszna burza na dworze! Nie zwykła była obawiać się wichury, lecz teraz wydawało się, że każdy podmuch niesie jakieś straszliwe przesłanie. Czymże można tłumaczyć to cudowne znalezienie manuskryptu, to cudowne spełnienie porannej przepowiedni? Co w nim może być? Do kogo się może odnosić? W jaki sposób mógł tak długo pozostawać w ukryciu? I jakie to szczególnie osobliwe, że jego odkrycie stało się właśnie jej udziałem! Lecz dopóki nie pozna jego treści, nie będzie mogła zaznać ani odpoczynku, ani spokoju, postanowiła więc zabrać się do czytania od razu z pierwszym brzaskiem. Ale ileż nudnych godzin dzieli ją jeszcze od świtania! Drżała, rzucając się w pościeli i zazdroszcząc wszystkim, co śpią spokojnie. Burza szalała dalej, wokół rozlegały się przeróżne odgłosy, straszniejsze jeszcze niż wicher. W pewnej chwili zdawało jej się, że drgnęły kotary przy jej łożu, w następnej, że poruszył się zamek przy drzwiach, jakby ktoś usiłował wejść. Głuche szepty pełzały wzdłuż galerii i niejeden raz krew krzepła jej w żyłach na odgłos dochodzących z oddali jęków. Minęło wiele godzin i udręczona Katarzyna słyszała, jak wszystkie zegary w domu wybijają trzecią, kiedy burza ucichła albo też nasza heroina – sama o tym nie wiedząc – zapadła w sen.
Następnego dnia pierwszym odgłosem, jaki zbudził Katarzynę o ósmej rano, był szczęk okiennic składanych na zewnątrz muru przez pokojówkę. Nasza heroina otworzyła oczy, zdumiona, że w ogóle mogła je była zamknąć, ogarniając wzrokiem pogodny widok – ogień płonący na kominku i piękny ranek, który zawitał po nocnej burzy. Razem ze świadomością istnienia przypomniał jej się rękopis, wyskoczyła więc z łóżka natychmiast, kiedy pokojówka wyszła z pokoju, zebrała skwapliwie wszystkie rozsypane stronice, które wypadły ze zwoju, kiedy wyleciał jej z ręki, i ponownie wskoczyła do pościeli, by zażyć rozkoszy czytania na poduszce. Rozumiała teraz, że nie może liczyć na manuskrypt tak długi jak większość rękopisów w powieściach, które przejmowały ją dreszczem, zwój bowiem składał się wyłącznie z małych, osobnych kartek i sam był w gruncie rzeczy niewielki, o wiele mniejszy, niż sądziła z początku.
Chciwym wzrokiem przebiegła szybko stronicę. Drgnęła, pojmując, co czyta. Czy to możliwe, czy też oszukują ją zmysły? Leżał przed nią spisany niewprawnym, współczesnym pismem inwentarz bielizny. Jeśli mogła uwierzyć własnym oczom, miała przed sobą rachunek praczki. Chwyciła następną kartę i ujrzała spis tych samych rzeczy z pewnymi odmianami! trzecia, czwarta i piąta karta nie zawierały nic nowego. Koszule, skarpety, fulary, kamizele wyglądały ku niej z każdej karty. Dwie inne, tą samą ręką pisane, były zestawem wydatków chyba równie mało interesujących – dotyczących poczty, pudru do włosów, sznurowadeł do butów i czyścidła do bryczesów, zaś pierwsza, duża stronica, w którą zawinięto pozostałe, była, wnosząc z pierwszej mało czytelnej linijki: „Za okładanie kataplazmami klaczy kasztanki”, rachunkiem konowała. Taki oto zbiór papierów (jak teraz przypuszczała, zostawionych tam, gdzie je znalazła, przez niedbałego służącego) był przyczyną jej lęków i nadziei i pozbawił ją połowy nocnego odpoczynku. Czuła się śmiertelnie upokorzona. Czy przygoda ze skrzynią nie wystarczyła, żeby ją nauczyć rozumu? Znad poduszki widziała róg skrzyni, który jakby się unosił w karcącym geście. Jak mogła sobie wyobrażać podobne brednie! Jak mogła przypuścić, by jakiś manuskrypt sprzed wielu, wielu pokoleń mógł leżeć nie zauważony w takim pokoju jak ten, tak nowoczesnym, tak wyraźnie użytkowanym. Albo że jej pierwszej udało się otworzyć sekretarzyk, którego klucz był dostępny dla wszystkich.
Jakże mogła sobie coś podobnego wmówić! Niechże niebiosa nie dopuszczą, by Henry Tilney dowiedział się kiedykolwiek o jej szaleństwie. A przecież to wszystko jest w ogromnej mierze jego zasługa, bo gdyby ten sekretarzyk nie pasował tak akuratnie do owej opowieści o jej rzekomych przygodach, nigdy by się nim ani przez chwilę nie interesowała. Ta myśl była jej jedyną pociechą. Pragnąc jak najszybciej ukryć obmierzłe świadectwo własnej naiwności, owe paskudne papierzyska rozrzucone po całym łóżku, wstała szybko, zwinęła je niemal w taki sam zwój, w jakim je znalazła, i położyła na to sarno miejsce w sekretarzyku z najserdeczniejszym życzeniem, by żaden niefortunny przypadek nie wyciągnął ich na światło dzienne okrywając ją hańbą, choćby tylko we własnych oczach.
Pozostawało jednak w dalszym ciągu nie wyjaśnione, dlaczego miała takie trudności z otwarciem owych zamków, bo teraz manipulowała kluczykami bez trudu. W tym musiało być jednak coś tajemniczego – przez chwilę popuściła wodze fantazji, gdy nagle zaświtało jej w głowie przypuszczenie, że drzwiczki od początku były otwarte i dopiero ona je zamknęła przekręcając kluczyk. Znowu krew napłynęła jej ze wstydu do twarzy.
Spiesznie opuściła pokój, który zmuszał ją do przykrych refleksji nad własnym zachowaniem, i udała się do pokoju śniadaniowego, do którego drogę wskazała jej panna Tilney poprzedniego wieczoru. Siedział tam Henry, samotnie. Troszkę ją speszyło jego bezpośrednie pytanie, jak spała podczas burzy i łobuzerskie uwagi co do rodzaju budowli, pod której dachem mieszkają. Jak bardzo by nie chciała, żeby się domyślił jej słabości! Nie była jednak zdolna do całkowitego kłamstwa i musiała przyznać, że wichura przez pewien czas nie pozwalała jej zasnąć.
– Ale mamy teraz piękny poranek – dodała zaraz, chcąc jak najszybciej zmienić temat – a wichura i bezsenność nic nie znaczą, kiedy miną. Co za przepiękne hiacynty! Nauczyłam się ostatnio kochać hiacynty.
– W jaki sposób panią tego nauczono? Przypadkiem czy perswazją?
– Nauczyła mnie pańska siostra, sama nie wiem jak. Przez tyle lat pani Allen tak się starała, żeby mnie do nich przekonać, ale nigdy jej się nie udawało, dopiero kiedy je zobaczyłam przed kilkoma dniami na Milsom Street… Z natury nie mam. upodobania do kwiatów.
– A teraz nauczyła się pani kochać hiacynty. To bardzo dobrze. Zyskała pani nowy powód do radości, a trzeba mieć jak najwięcej źródeł zadowolenia. Ponadto, upodobanie do kwiatów to rzecz bardzo pożądana u przedstawicielki płci pięknej, jako że skłania ją do wychodzenia z domu i jest pokusą do częstych spacerów na świeżym powietrzu. Chociaż miłość do hiacyntów to raczej domatorskie uczucie, trudno przewidzieć, czy nie doprowadzi pani jeszcze kiedyś do pokochania róży.
Читать дальше