– Ponieważ – wciąż na nią nie patrzył; wybierał z piasku u jej stóp drobne kamyczki i ciskał je ku morzu – to była jedyna rzecz, którą mogłem ci podarować. Nie zrozum mnie źle, Zarzyczko. Gdybym mógł odczynić targ zawarty z Zird Zekrunem, na nowo przeszedłbym całą drogę aż nad brzeg źródła Ilv, choćby na kolanach, jak w starych baśniach. Gdybym mógł oglądać cię szczęśliwą i wolną od przekleństwa. Ale tak nie będzie. Nie przymuszę boga, aby cofnął klątwę, zaś nawet jego śmierć nie przyniesie żadnej ulgi. Nic nie zdoła cię uwolnić. Taka jest prawda. Choćbyś na nowo przywołała żmijów – z zapomnianych legend i uśpionych gwiazd. Jednak jeśli znajdziesz sposób, by umrzeć już teraz, przed czasem wyznaczonym przez Zird Zekruna, nie będę cię zatrzymywał. Nie mam prawa cię zatrzymywać. Jesteś wolna. Tamtej nocy powiedziałaś, że nie czeka cię nic prócz goryczy.
Wydęta fala uderzyła w głazy i podpełzła aż do jej trzewików jasnym, spienionym językiem. Poczuła, jak coś w niej przełamuje się jak wzburzona fala, wygładza i napływa do oczu.
– Naprawdę? – spytała.
– Och, Zarzyczko – ujął jej rękę. – Czasami myślę, że jesteś głosem żmijów, który przemawia do mnie spoza śmierci. Moją żmijową harfą, która pamięta wszystkie utracone melodie i przywraca dawne sny. Skrzydlate węże nieba ścigają mnie w twoich oczach. Nawet tamtej nocy sok gałęzi relei tętnił wspomnieniami żmijów.
– Nie przywoływałam ich.
– Nie musisz ich przywoływać. To one wołają do ciebie – nagle jego twarz zmieniła się i stężała.
Pobiegła za jego wzrokiem: coś połyskiwało tam słabo spod żwiru i piasku. Przymrużyła oczy. Srebrny pierścionek, pomyślała lekko, metalowy krążek na szczęście przed nadchodzącą zimą? Lecz Wężymord nie wydawał się rozbawiony.
– Co to? – spytała, czując jego zdumienie i przestrach.
– Poczekaj tu – powiedział nie swoim głosem, idąc po brzegu Wewnętrznego Morza, po kostki w wodzie.
Pochylił się, ale nie widziała, co /nalazł w piasku u stóp uścieskiej cytadeli. Dopiero, kiedy do niej wrócił, powtórzyła niespokojnie:
– Co to?
– Moja śmierć. Drwina bogów – powiedział, przyklękając przed nią, jak wówczas, w świątyni Zird Zekruna na południowym krańcu Żalników, i włożył jej w dłonie kawałek zimnej stali. – Weź ją.
Popatrzyła w dół: w dłoniach trzymała gładko kutą, srebrzystą obręcz. Rozpoznała ją natychmiast. Obręcz dri deonema, która spoczywała na skroniach Szarki podczas karnawału, podarunek Fei Flisyon Od Zarazy. Obróciła ją w palcach, chłodną i na pozór pozbawioną wszelkiej mocy. Jeden z jedenastu znaków wykutych u zarania dziejów w kuźni Kii Krindara, pomyślała. Moc równie potężna jak Sorgo, miecz – zabójca bogini, który nosił na plecach jej brat.
Jego śmierć, pomyślała, i spojrzała ku Cieśninom Wieprzy. A także śmierć rudowłosej Zwajki, bo żywa nie pozwoliłaby wyrwać sobie potęgi Zaraźnicy. Może również śmierć Koźlarza i siwego Zwajcy, który wyniósł mnie na rękach z ruin wieży Nur Nemruta. Błękitnookiej wiedźmy, zbójcy z Przełęczy Zdechłej Krowy, zwajeckiego kniazia. Jeżeli jest prawdą, że Koźlarz poprowadził ich przeciwko Zird Zekrunowi, na zatracenie. Być może jedyne, co pozostało, to ów martwy kawałek metalu, które fale Wewnętrznego Morza cisnęły mi pod nogi.
Albo podarunek. Zanadto dobrze pamiętała obrazy martwych bogów w myślach Zird Zekruna i przedśmiertny wrzask Bad Bidmone. Nawet zamysły bogów można pokrzyżować, pomyślała, zaciskając mocniej palce na gładkiej obręczy.
– Nigdy więcej nie mów do mnie w ten sposób – powiedziała wreszcie. – Nie waż się mówić o śmierci żadnego z nas. Nie po tym, jak wróciłam do ciebie z otchłani soku gałęzi relei. Jestem córką uścieskich alchemiczek, które wynalazły ogień, co nie gaśnie pod wodą, i dziedziczką Thornveiin, która potrafiła leczyć wszystkie choroby świata. Jestem alchemiczką i znajdę sposób, choćby miało mi to zająć całe życie i jeszcze dłużej. Znajdę sposób, żeby nas uwolnić i na powrót sprowadzić żmijów.
Jednak jej słowa brzmiały bardzo słabo w poszumie Wewnętrznego Morza.