W twierdzy nad samym brzegiem Wewnętrznego Morza zadusił kapłana i przebrał się w jego szaty, lecz straże znalazły go, nim zdołał wymknąć się poza bramę. Później pilnowano go bardziej skrupulatnie, nie zdejmowano więzów nawet na noc i nie pozostawiano bez nadzoru. Kiedy wsiadł wreszcie na okręt w Cieśninach Wieprzy, straż przejęli pomorccy zabójcy o twarzach przesłoniętych brunatnymi zawojami. Żaden z nich nie odezwał się do niego ni słowem. I z wolna, z każdym dniem na niespokojnym, północnym morzu odbiegała go nadzieja.
Raz jeden widział w oddali smoczy okręt. Potem minęli Zwajeckie Wyspy, szerokim łukiem opływając Żebra Morza, które broniły dostępu do południowego brzegu Pomortu. Ani Zwajcy, których okręty popalono zeszłego roku w Cieśninach Wieprzy, ani łodzie z pirackiej Skwarny nie zapuszczały się w te wody. Teraz Mroczek byłby wdzięczny losowi, gdyby udało mu się choćby sięgnąć po jeden z żeglarskich noży o ostrzach wąskich i wygiętych od ciągłego ostrzenia. Albo gdyby zdołał wytoczyć się za burtę, ku Wewnętrznemu Morzu, które nagle wydało mu się bardziej gościnne niźli komnaty boga z Hałuńskiej Góry. Jednak nawet podczas sztormu nie rozcięto jego więzów. Pomorccy zabójcy przywiązali go konopną liną do masztu i Mroczkowi została jedynie sucha modlitwa, aby bogowie zatopili go wraz z okrętem. Jednak żaden z nich nie zamierzał słuchać jego modłów.
A teraz stał na szczycie Hałuńskiej Góry, przy rozpadlinie prowadzącej głęboko w dół, aż do korzeni skały i mrocznej siedziby boga. Przypominał sobie rozmowę z Wężymordem i własne nieopatrzne słowa: „Choćbym miał być najmarniejszym z żebraków Wewnętrznego Morza". Jednak tutaj, na progu najświętszej ze świątyń Zird Zekruna, śmierć nie wydawała się dłużej ani odrażająca, ani okrutna.
Ręce miał wciąż związane sznurem, a na szyi żelazną obrożę niewolnika. Pomorzec popchnął go szorstko ku schodom w głębi skalnej rozpadliny. Już po kilku krokach ogarnął go mrok, lecz spostrzegł, że kapłan bynajmniej nie zamierza podążyć jego śladem. Poczuł ukłucie rozpaczliwej nadziei: ot, przyczai się człek, pomyślał, między skałami, przeczeka zmroku. Toć nie może być, żeby tutaj cały czas straże stały, zresztą czasem i one się pośpią. A niech jeno z powrotem na boży świat wychynę, furda obroża: byle mnie zrazu za zbiegłego niewolnika nie powiesili, wyłgam się zmyślnie. Ot, powiem, że okręt mój w Bełtach morze potrzaskało i jam się tylko jeden na brzeg wydobył. Może być, uwierzą, a jak nie, lepsza śmierć od ostrza albo katowskiej pętli niźli powolne zdychanie z ręki boga.
Przystanął, nasłuchując, czyli kto za nim nie idzie, ale wokół było cicho i ciemno. Długo macał palcami po ścianach, aż wynalazł niewielkie wgłębienie. Wcisnął się weń, głowę wtulił w ramiona, bo przejście było niskie. Za pierwszym zakrętem przykucnął, czekając, czy też kto nie zamyśla go szukać. Siedział, wsłuchując się we własny, przyspieszony oddech, póki wreszcie nie ogarnęła go wielka błogość. No, niech się jeno z tej dziury wydobędę, pomyślał z ulgą, zapalę bogom niejedną świeczkę na ołtarzu za niespodzianą łaskawość. I wtedy właśnie coś w jego głowie przełamało się niespodzianie i boleśnie.
Ani rozumiejąc, co czyni, Mroczek wstał, powrócił na schody i począł kroczyć przed siebie w dół. Nogi pewnie odnajdowały stopnie, choć mrok gęstniał coraz bardziej. Nie wiedział, dokąd wędruje ani skąd zna drogę, lecz jakaś jego część wyła rozpaczliwie ze strachu. I nic nie mógł zrobić, zupełnie nic – jakby odebrano mu cały świat, nawet samego siebie, wszystko, prócz ciemnych schodów prowadzących do wnętrza skały.
Stopnie urwały się niespodzianie i Mroczek przystanął niepewnie. Powietrze było ciężkie i stęchłe, lecz musiała otwierać się przed nim jakaś większa przestrzeń, bowiem czuł na twarzy lekki podmuch. Nie było w tym jednak żadnej nadziei: ponad nim zalegały nieruchomo pokłady żywej skały, mocą Zird Zekruna wypiętrzone z morskiego dna w Hałuńską Górę, najpotężniejszy szczyt Pomortu. Przyprowadził mnie tutaj, pomyślał z przerażeniem Mroczek, jak bydlę na rzeź.
– Niezupełnie. – Mroczek nie potrafił zgadnąć, skąd dobiega przyciszony, głęboki głos, który zdawał się na wylot przewiercać jego umysł.
I zaraz w ciemności wokół leniwie poczęły otwierać się tuziny oczu, połyskliwych, żółtych ślepi, co wpatrywały się weń urągliwie. Kolana osłabły mu ze strachu, zatoczył się mocno na ścianę.
– Niezupełnie na rzeź – ciągnął z rozbawieniem Zird Zekrun, zaś bursztynowe ślepia zataczały w ciemności coraz ciaśniejsze kręgi. – Widzisz, kupcze, nie potrzebuję cię więcej. Nie po tym, jak rudowłosa niewiasta, której obaj pragniemy tak mocno, odrzuciła obręcz dri deonema – po cóż miałbym szukać u ciebie marnych resztek wiedzy, skoro wreszcie mogę jej zaczerpnąć u samego źródła? Przeszedłeś jednak długą drogę i twój trud zasługuje na zapłatę. Jakież dary przyniosłeś swojemu bogu, kupcze?
– Nie jesteś moim bogiem! – zaskowytał dziko Mroczek, kiedy żółte źrenice rozbłysły znienacka przy samej jego twarzy. – Moim bogiem jest Nur Nemrut Od Zwierciadeł!
– Twojego boga zaszlachtowała rudowłosa Zwajka – zaśmiał się Zird Zekrun. – Jesteś bezpańskim psem, o którego nikt się nie upomni. A ja potrzebuję pomocnika. Nic wielkiego, kupcze, nic wielkiego. Kogoś, kto pozamiata komnaty i kurz ze sprzętów zetrze. Uwarzy w kominie polewkę i przyniesie z targu nowe świece. Buty wypastuje w święto, piosenkę skoczną zaśpiewa dla odpędzenia smutku – ciągnął z drwiną. – Przyjmę cię do terminu, kupcze, a kto wie, jak daleko zajdziesz? Może i tobie królestwo wielkie pisane, zemsta krwawa i miłowanie pięknej księżniczki, której ojca zamordujesz? Może nawet nieśmiertelność? Uczeń czarnoksiężnika wiele może, kupcze, więcej niż ogarniasz swoim drobnym, robaczywym umysłem. Ale najpierw musisz wkupić się do terminu, bo nie rozrzucam moich darów na próżno. Poprzedni sługa przyniósł mi śmierć żmijów, kupcze. Czyją śmiercią ty mnie obdarujesz?
* * *
Wreszcie nie mogła czekać ani jednej nocy dłużej i czterej niemi niewolnicy wynieśli jej posłanie za zachodni mur treglańskiej świątyni, na skraj morza. Noc była ciemna i zimna, zaś przez wichurę przebijał ryk fal bijących o wysoki brzeg. Ukryty głęboko w skórach kamienny topór boga zdawał się parzyć jej ramię. Jeden z niewolników potknął się na kamiennym stopniu i lektyka zakołysała się niebezpiecznie. Firlejka krzyknęła coś, lecz jej głos ginął w tętnieniu kropel bijących o nawoskowane płótno.
Dopiero wysoko na murze rozsunęła zasłony i zimny deszcz smagnął ją po twarzy. Nie poczuła go, nie czuła właściwie nic: tej nocy wypiła podwójną dawkę uśmierzającego ból naparu. Oschle odprawiła niewolników i przez chwilę leżała nieruchomo, wypatrując bladych smug piany u podnóża muru. Firlejka zgięła się w pół, jedną ręką kurczowo uczepiona blanków, drugą zaciskając na brzuchu poły płaszcza. Z bliska jej twarz wyglądała niczym oblicze topielicy, posiniałe z zimna i strachu, oblepione mokrymi włosami.
Kiedy dowiedziała się, co mają uczynić tej nocy, pierwszy raz odwróciła się do Lelki plecami. Nie zrobię tego, powiedziała, nie okradnę mojego syna z jego dziedzictwa. A czy okradniesz go z całego życia?, spytała ostro Lelka. Czy wierzysz, że pozwolą ci go zatrzymać, kiedy nowa narzeczona przypłynie do książęcej cytadeli, a ty nie będziesz miała żadnej mocy, żeby go obronić? Żadnej mocy, dziewczyno. Wrzeciono bogini nie jest cudownym płaszczem i nie zasłoni cię przed wzrokiem drużynników, kiedy zastukają we wrota, żądając kniaziowskiego pierworodnego. Kea Kaella nie ma żadnego powodu, by strzec twojego bękarta. I nie uchroni żadnego z was przed ukamienowaniem na placu przed cytadelą, jeśli Wark wyda taki rozkaz. Pamiętasz jeszcze ten plac, Firlejko?
Читать дальше