Nagle po prawej dostrzegłem wielki, masywny głaz, ciemny i szorstki w dotyku, przydrożny znak, wielką, kamienną czaszkę. W świetle księżyca głęboko rzeźbione rysy były ponure i ostre, w czarnych zagłębieniach kryły się oceany nocy. Bracia, medytujemy tutaj. Kontemplujmy czaszkę pod twarzą. Więc ukląkłem. I — używając technik, których nauczył mnie pełen miłości brat Antoni — wysłałem przed siebie duszę, otoczyłem nią kamienną czaszkę, oczyściłem się z wszelkiej podległości śmierci. Znam cię, czaszko! Czaszko, nie lękam się ciebie! Czaszko, pod skórą noszę twą siostrę! I roześmiałem się z czaszki, i zabawiłem się zmieniając ją, najpierw w gładkie, białe jajo, później w kulę z różowego alabastru z mnóstwem żółtych żyłek, później w kryształową sferę, której głębię poznałem. Sfera ukazała mi złote wieże Atlantydy, włochatych mężczyzn w kosmatych futrach, wywijających koziołki przed bykami namalowanymi na ścianach zadymionej jaskini. Pokazała mi Olivera, nieruchomego i zmordowanego, spoczywającego w ramionach Neda. Przekształciłem sferę w chropowatą czaszkę, prymitywnie wyrzeźbioną w czarnym kamieniu i — zadowolony — wróciłem nierówną ścieżką do Domu Czaszek. Nie wszedłem do podziemnego przejścia, lecz ominąłem budynek, przeszedłem wzdłuż fasady długiego skrzydła, w którym przyjmowaliśmy nauki braci i doszedłem aż do jej końca; tam gdzie zaczynała się ścieżka dochodząca do pól uprawnych. W świetle księżyca poszukałem chwastów i nie znalazłem ich. Pogładziłem małe krzaczki pieprzu. Pobłogosławiłem jagody i korzenie. Oto święte pożywienie, oto pożywienie prawdziwe, oto pożywienie życia wiecznego. Uklęknąłem między rzędami na zimnej, mokrej, błotnistej ziemi i modliłem się, by przebaczenie dosięgło także mnie, za moje winy. Poszedłem później do kopczyka usypanego na zachód od Domu Czaszek. Wspiąłem się nań, zdjąłem szorty i — nagi pośród nocy — wykonałem święte ćwiczenia w oddychaniu, kucając, wdychając ciemność, mieszając ją wewnętrznym oddechem, wyciągając z niej moc i obdarzając tą mocą organy wewnętrzne. Moje ciało rozpłynęło się, nie miało masy i ciężaru. Unosiłem się, tańcząc, na kolumnie powietrza. Wstrzymywałem oddech na stulecia. Leciałem przez eony. Zbliżyłem się do prawdziwego stanu łaski. Teraz należało przeprowadzić rytuał gimnastyki, więc odbyłem go, poruszając się z wdziękiem i zręcznością, jakich nie osiągnąłem nigdy przedtem. Skłony, piruety, skręty, skoki. Wzlatywałem w powietrze, klaskałem w dłonie, badałem sprawność każdego z mięśni. Sprawdzałem się aż do ostatecznych granic.
Nadchodził świt.
Padł na mnie pierwszy promień słońca wstającego zza wzgórz na wschodzie. Przyjąłem pozycję słonecznego lotosu i wparzyłem się w rosnący na horyzoncie punkt różanego światła; wypiłem oddech słońca. Moje oczy stały się bliźniaczymi przewodami, święty ogień przeskakiwał przez nie i wnika w labirynt mego ciała. A ja kontrolowałem go, kierowałem tym wspaniałym blaskiem, jak tylko chciałem, kierując ciepło tam, gdzie sprawiało mi to największą przyjemność: do lewego płuca, do śledziony, do wątroby, do prawego kolana. Słońce przerwało linię horyzontu i wypłynęło na niebo, już w pełni widoczne, doskonała kula; czerwień poranka szybko zmieniła się w złoto dnia i ja zaczerpnąłem swą cząstkę z jego promieniowania.
W końcu, w ekstazie, powróciłem do Domu Czaszek. Kiedy zbliżałem się do wejścia, z tunelu wyłoniła się postać — Timothy. W jakiś sposób Timothy znalazł swe miejskie ubranie. Twarz miał surową i napiętą, zaciśnięte szczęki, cierpienie w oczach. Kiedy mnie zobaczył, skrzywił się, splunął. W żaden inny sposób nie zdradzając, że mnie widzi, minął mnie szybko i przeszedł przez polankę w stronę ścieżki.
— Timothy? Nie zatrzymał się.
— Timothy, dokąd idziesz? Odpowiedz mi. Obrócił się, obdarzając mnie spojrzeniem pełnym lodowatej pogardy i powiedział:
— Zmywam się stąd, człowieku. Po jaką cholerę snujesz się tu tak wcześnie?
— Nie możesz odejść.
— Nie mogę?
— Roztrzaskasz Naczynie.
— Pieprzę Naczynie. Myślisz, że mam zamiar spędzić resztę życia w tym królestwie durniów?
Potrząsnął głową i mówił dalej, łagodniej.
— Eli, słuchaj, oprzytomniej, dobrze? Próbujesz żyć w nierealnym świecie. To się nie da zrobić. Musimy wrócić do rzeczywistości.
— Nie.
— Tych dwóch to beznadziejny przypadek, lecz może ty jeszcze potrafisz myśleć racjonalnie. Możemy zjeść śniadanie w Phoenix i złapać pierwszy samolot do Nowego Jorku.
— Nie.
— To ostatnia szansa.
— Nie, Timothy.
Timothy wzruszył ramionami i odwrócił się.
— W porządku. Więc zostań ze swoimi szalonymi przyjaciółmi. Ja mam dość, człowieku, po prostu dość.
Stałem jak wrośnięty w ziemię, a on przeciął polankę, przeszedł między dwiema małymi kamiennymi ustawionymi na piasku czaszkami i doszedł do początku ścieżki. Nie było sposobu, bym przekonał go, że ma zostać. Od początku wiadomo było, że ta chwila musi nadejść: Timothy różnił się od nas, brakowało mu naszych urazów i naszych motywów, nie było żadnego sposobu, by zmusić go do poddania się pełnemu tokowi Próby. Przez długi ułamek chwili rozważałem, jakie mam wyjście, i szukałem komunii z siłami rządzącymi przeznaczeniem tego Naczynia; zapytałem, czy nadszedł właściwy czas, i odpowiedziano mi: tak, oto czas. Więc pobiegłem za Timothym. Kiedy dobiegłem do rzędu czaszek, klęknąłem na chwilę i wydobyłem z ziemi jedną z nich. Musiałem nieść ją w obu rękach; przypuszczam, że ważyła dziesięć, może nawet piętnaście kilogramów. I — znów biegnąc — dogoniłem Timothy’ego w miejscu, w którym zaczynała się ścieżka. Jednym, pełnym gracji ruchem podniosłem czaszkę w górę i uderzyłem go nią w tył głowy; od bazaltowej kuli poprzez me palce przeszło wrażenie ustępującej kości. Timothy upadł bez krzyku. Kamienna czaszka pokryła się krwią, upuściłem ją i została tam, gdzie upadła. Złote włosy Timothy’ego zaplamione były czerwienią, czerwona plama rosła zdumiewająco szybko. Powiedziałem sobie: muszę teraz znaleźć świadków, muszę poprosić o odprawienie odpowiednich rytuałów. Obejrzałem się na Dom Czaszki. Świadkowie już tam byli: Ned, nagi, i brat Antoni w swych spłowiałych szortach stali przed domem. Podszedłem do nich.
Ned skinął głową — widział wszystko. Padłem przed bratem Antonim na kolana, a on położył chłodną dłoń na mym rozpalonym czole i powiedział łagodnie:
— A Dziewiąte Misterium jest to: ceną życia jest zawsze życie. Wiedz, o Szlachetnie Urodzony, że wieczność musi wyrównywać się zagładą. I powiedział: „I jak żyjąc codziennie umieramy, tak przez śmierć będziemy żyli wiecznie”.
Próbowałem ściągnąć Olivera do pomocy w pogrzebaniu Timothy’ego, lecz on schronił się w swym pokoju jak Achilles w namiocie i cała robota spadła wyłącznie na Eliego i na mnie. Oliver nie otwierał drzwi, na pukanie nie odpowiadał nawet gniewnym warknięciem. Zostawiłem go w spokoju i dołączyłem do czekającej na zewnątrz grupki. Eli, stojący obok powalonego Timothy’ego, wyglądał anielsko; przemieniony, świecący własnym światłem. Twarz miał zarumienioną, w porannym świetle jego ciało błyszczało od potu. Wokół niego stało czterech braci, czterech Powierników, Antoni, Miklos, Javier i Franciszek. Byli spokojni i wydawali się wdzięczni za to, co zaszło. Brat Franciszek przyniósł ze sobą narzędzia grabarzy, kilofy i łopaty. — Cmentarz — powiedział brat Antoni — znajduje się niedaleko stąd, na pustyni.
Читать дальше