Smoky usiadł obok Alice. Leżała na trawie, opierając głowę na naturalnym wzniesieniu, a dłonie splotła na pełnym brzuchu. Smoky wyrwał źdźbło trawy i przygryzał je.
— Czy mogę cię o coś zapytać? — odezwał się.
— Co? — Lekko potarła zaspane oczy.
— Kiedy braliśmy ślub… — powiedział. — Pamiętasz ten dzień?
— Mhm. — Uśmiechnęła się.
— Chodziliśmy wśród gości, dawali nam prezenty.
— Mhm.
— I wielu z nich mówiło wtedy dziękuję. — Zielone źdźbło kiwało się w rytm jego słów. Widział to. — Zastanawiałem się, dlaczego to oni dziękowali nam, a nie odwrotnie.
— My też dziękowaliśmy.
— Ale dlaczego oni dziękowali? O to mi chodzi.
— No cóż — powiedziała i zamyśliła się. Przez wszystkie te lata zadawał tak niewiele pytań, że kiedy już o coś spytał, zastanawiała się głęboko nad właściwą odpowiedzią, po której nie musiałby niczego dociekać. Nie żeby chciał dociekać. Często dziwiła się, że tego nie robi. — Ponieważ — odparła — małżeństwo zostało jakby obiecane.
— Tak? I co?
— Cieszyli się, że przyszedłeś. I że obietnica się spełniła.
— Och.
— Że wszystko pójdzie tak, jak ma pójść. Przecież nie musiałeś. — Położyła dłoń na jego dłoni. — Nie musiałeś.
— Nie patrzyłem na to w ten sposób — powiedział Smoky i zamyślił się. — Dlaczego tak bardzo przejmowali się tym, co zostało obiecane? Jeśli zostało obiecane tobie.
— No wiesz. Wielu z nich to krewni. Cząstka rodziny. Chociaż lepiej o tym nie wspominać. To znaczy są przyrodnimi braćmi lub siostrami tatusia albo ich dziećmi, albo dziećmi ich dzieci.
— No tak.
— August.
— O tak.
— Więc ich to interesuje.
— Mhm. — To nie była dokładnie taka odpowiedź, jakiej oczekiwał, ale Daily Alice powiedziała to tak, jakby to właśnie było wyjaśnienie.
— To jest bardzo skomplikowane — powiedziała.
— Krew nie woda — powiedział Smoky, chociaż to przysłowie wydawało mu się zawsze jednym z głupszych przysłów. — Oczywiście, że krew to nie woda, i co z tego? Czy ktoś był kiedykolwiek spokrewniony przez tę wodę, a nie przez krew?
— To zagmatwane — powtórzyła Alice, a oczy jej się zamykały. — Na przykład Lilac. — Za dużo wina i słońca, pomyślał Smoky, inaczej nie wymknęłoby jej się to imię. — Podwójne pokrewieństwo, podwójna kuzynka w pewnym sensie. Sama była swoją kuzynką.
— Co masz na myśli?
— No wiesz, kuzynowie kuzynów.
— Nie rozumiem. — Smoky pogubił się. — Przez małżeństwo?
— Co? — Alice otworzyła oczy. — Och nie! Oczywiście, że nie. Masz rację. — Jej oczy znowu się zamknęły. — Zapomnij o tym.
Spojrzał na nią. Pomyślał: ścigasz jednego zająca, a tymczasem pojawia się następny i kiedy patrzysz, jak ten pierwszy znika ci z oczu, ten drugi też ucieka. Zapomnij o tym. Czemu nie? Wyciągnął się koło niej, opierając głowę na jej ramieniu. Wyglądali w tej pozie jak kochankowie: głowa przy głowie, on spoglądał na nią, a ona pławiła się w promieniach jego spojrzenia. Pobrali się w młodym wieku, nadal byli młodzi… Tylko zaawansowani w miłości. Rozległa się melodia, podniósł oczy. Na kamieniu niedaleko nich siedziała Tacey i słuchała magnetofonu. Zatrzymywała raz po raz taśmę, żeby zapamiętać melodię, i odgarniała z twarzy długi lok jasnych włosów. U jej stóp przycupnął Tony Buck, który był tak odmieniony, jak osobnik nawrócony na jakąś nową, dopiero co objawioną religię. Nie zdawał sobie sprawy, że Lily i Lucy, znajdujące się w pewnym oddaleniu, szepczą o nim. Dostrzegał tylko Tacey. Czy dziewczęta tak chude jak Tacey, zastanawiał się Smoky, mające tak długie nogi, powinny nosić krótkie i obcisłe szorty? Jej nagie opalone stopy wybijały rytm. A otaczające ich wzgórza tańczyły.
Doktor tymczasem oddalił się od swej żony i jej przemowy, pozostawiając w roli słuchaczy tylko Sophie (która spała) i ciotkę Cloud (która również spała, choć Mamade o tym nie wiedziała). Poszedł z Auberonem śladem karawany mrówek dźwigających towary do mrowiska. Ich wzgórze było teraz nowe i duże, odkąd znalazły takie doskonałe źródło.
— Magazyny, dostawy, inwentarz — tłumaczył doktor z wyrazem spokojnego przejęcia na twarzy i uchem nastawionym na dźwięki dobiegające z małego miasteczka. — Uważaj, jak chodzisz, patrz za siebie. Szlaki, komendy, łańcuch rozkazów, płotki, upuść to, zapomnij o tym, w dwuszeregu, podaj robaka, marsz, niech George to zrobi, do szeregu, stare kopalnie soli, do roboty, zagubiony, odnaleziony, do środka, na zewnątrz. Polecenia, plany, sprawdzanie, majsterkowanie. Prawie to samo. — Zachichotał. — Prawie to samo.
Auberon, opierając dłonie na kolanach, obserwował, jak miniaturowe pojazdy opancerzone (kierowca i pojazd w jednej postaci i jeszcze antena radiowa) wtaczają się do środka i wytaczają na zewnątrz. Wyobrazić sobie wnętrze: nieustanna krzątanina w ciemnościach. Potem dostrzegł coś dziwnego, ale niewyraźnego, tak jakby fragment jego wizji tonął w ciemności lub w jasności. Wreszcie stało się to tak duże, że mógł to dostrzec wyraźnie. Rozejrzał się wokół siebie. Nie tyle coś widział, ile dostrzegł, że czegoś brakuje. Nie było Lilac.
— Teraz do góry albo na dół, u Królowej, to coś nowego — powiedział doktor.
— Tak, rozumiem — odezwał się Auberon, rozglądając się dookoła. Gdzie? Gdzie ona jest? Chociaż zdarzało się już, że przez długi czas jej nie widywał, to jednak był zawsze świadom jej obecności, zawsze czuł, że jest przy nim. Ale teraz odeszła.
— To bardzo ciekawe — powiedział doktor.
Auberon zauważył ją u stop wzgórza. Okrążała właśnie grupkę drzew stanowiących przedsionek lasów. Obejrzała się (widząc, że ją zauważył), popędziła przed siebie.
— Tak — powiedział Auberon, zostawiając doktora i ruszając za nią.
— W górę, u Królowej — powtórzył doktor. — Co to może być?
— Tak — raz jeszcze rzekł Auberon i pobiegł do miejsca, gdzie zniknęła Lilac. W jego sercu zagościł lęk. Nie widział jej, kiedy wszedł pomiędzy tamte drzewa. Nie miał pojęcia, którą drogą powinien dalej podążać i ogarnęła go panika: spojrzenie, które mu rzuciła, skręcając do lasu, było spojrzeniem uciekiniera. Słyszał głos nawołującego go dziadka. Ostrożnie stawiał kroki. Bukowy las, w którym się znalazł, miał gładką wyściółkę i kształt tak regularny, jak sala kolumnowa. Otwierał przed nim tuzin dróg, którymi mogła pobiec…
Zobaczył ją. Wyłoniła się zza drzewa. Szła bardzo spokojnie, trzymała nawet w dłoni coś, co wyglądało jak bukiecik fiołków, i rozglądała się, szukając jakby następnych kwiatków. Nie odwróciła się i nie spojrzała na niego, więc stał zakłopotany, wiedząc w głębi serca, że od niego uciekła, chociaż teraz nie zachowywała się jak uciekinier. Po chwili znowu zniknęła, zmyliła go tym bukietem. Stał w miejscu za długo o ułamek sekundy. Pognał do miejsca, gdzie zniknęła, wiedząc teraz, że odeszła na dobre, ale wołając: „Lilac, nie odchodź!” Lasy, w których zniknęła, odznaczały się bogactwem roślinności, były gęste i ciemne jak wnętrze kościoła. Nie ukazywały żadnych dróg. Błąkał się po nich na oślep, potykając się i kalecząc. Bardzo szybko znalazł się w tak głębokim lesie, jak nigdy dotąd, jak gdyby przeszedł przez drzwi, nie zauważając, że znajdują się za nimi schody wiodące do piwnicy, po czym spadł z tych schodów na złamanie karku.
Читать дальше