— Tak mi się zdawało.
Drzewa, stojące na wzniesieniu ponad przydrożnym rowem, niezwykle urosły, wydawały się teraz nawet bardziej nobliwe i promieniujące mądrością drzew. Ich gałęzie znacznie zgrubiały i dławiły się w zwojach rozrośniętego bluszczu. Drogę, od dawna nieużywaną, porosło ich potomstwo.
— Gdzieś tutaj — powiedział Smoky — był skrót do Woodsów.
— Tak. Skręciliśmy tam.
Torba od Gladstone’a, którą niósł razem z Alice, ześlizgnęła się z jego ramienia i utrudniała marsz.
— Tego skrótu pewnie już nie ma — powiedział. Torba od Gladstone’a? Przecież to wiklinowy koszyk, ten sam, w który Mamade zapakowała ich ślubne śniadanie.
— Nie ma jej kto utrzymywać — stwierdziła Alice, oglądając się na ojca, który skierował wzrok na te same chaszcze. — Nie ma potrzeby. — Tego lata minęło dziesięć lat od śmierci Amy Woods i jej męża Chrisa.
— Zawsze mnie dziwi — powiedział Smoky — że tak niewiele z tej geografii jestem w stanie zapamiętać.
— Hm — mruknęła Alice.
Cloud, opierając się jedną ręką na ramieniu Auberona, a drugą na ciężkiej lasce, omijała ostrożnie kamienie na drodze. Nabrała zwyczaju poruszania ustami tak, jakby stale żuła gumę.
I gdyby sądziła, że inni to zauważają, czułaby się niezmiernie zakłopotana, przekonywała więc samą siebie, że nikt tego nie dostrzega (ponieważ nic na to nie mogła poradzić), chociaż w istocie wszyscy to widzieli.
— To miło z twojej strony, że tak się siłujesz ze starą ciotką — powiedziała.
— Ciociu Cloud — odezwał się Auberon — ta książka, którą napisał twój ojciec i twoja matka, czy to naprawdę oni napisali?
— O jakiej książce mówisz, kochanie?
— Tej o architekturze, tylko że ona jest właściwie o czym innym.
— Myślałam — powiedziała Cloud — że te książki są w szafce zamykanej na mały kluczyk.
— Czy to wszystko, co tam piszą, to prawda? — spytał Auberon, nie zwracając uwagi na jej słowa.
— Wszystko, to znaczy co?
Niemożliwością było to streścić.
— Na końcu jest taki plan. Czy to plan bitwy?
— Cóż! Nigdy tak nie pomyślałam. Plan bitwy! Tak uważasz?
Jej zdziwienie odebrało mu pewność siebie.
— A co to właściwie jest?
— Nie mogę powiedzieć.
Oczekiwał, że usłyszy przynajmniej jej opinię, jakąś sugestię, ale ona już nic więcej nie powiedziała, tylko poruszała ustami i kuśtykała z wysiłkiem. Pozostało mu domyślać się, co chciała powiedzieć. Doszedł do wniosku, że jej uwaga oznacza, iż jest w stanie odpowiedzieć, ale nie wolno jej tego uczynić.
— Czy to tajemnica?
— Tajemnica! Hm. — Znowu zdziwienie, jak gdyby wcześniej nie poświęcała tym sprawom najmniejszej uwagi. — Tajemnica. Tak myślisz? No, no, może właśnie tak to jest… Ojej, wysforowali się do przodu, prawda?
Auberon zrezygnował z dalszych pytań. Czuł ciężar dłoni Cloud na swoim ramieniu. Przed nimi, tam, gdzie droga wznosiła się i znowu opadała, ukazał się srebrzystozielony pejzaż w obramowaniu wyniosłych drzew, które zdawały się pochylać i zapraszającym gestem wyciągać liściaste ręce, oferując spacerowiczom ten zakątek. Auberon i Cloud patrzyli, jak pozostali docierają do szczytu wzniesienia, przechodzą pod portalami drzew i roztapiają się w słonecznym blasku, po czym rozglądają wokół siebie i schodząc w dół, znikają.
— Kiedy byłam małą dziewczynką — powiedziała Mamade — zwykliśmy spacerować troszkę w tę i z powrotem. — Obrus w czarno-białą kratkę, wokół którego się rozsiedli, został rozłożony w pełnym słońcu, teraz jednak tonął w cieniu wielkiego samotnego klonu. Widoczne spustoszenia dotknęły szynki, pieczonych kurczaków i czekoladowego ciasta. Dwie butelki leżały przewrócone, a trzecia, niemal opróżniona, przechylała się. Szwadron czarnych mrówek zdobył właśnie pierwsze przyczółki na brzegu obrusa i przekazywał wieści pozostałym: ogromnie nam się poszczęściło.
— Rodziny Hillów i Dale’ów — ciągnęła Mamade — zawsze miały powiązania z Miastem. Hill to nazwisko mojej matki — wyjaśniła Smoky’emu, który o tym wiedział. — Och, w latach trzydziestych było tak zabawnie: podróże pociągiem, lunch, wizyty u kuzynów. Hillowie nie zawsze mieszkali w Mieście…
— Czy to ci Hillowie, którzy nadal mieszkają w górach? — zapytała Sophie spod słomkowego kapelusza, który spuściła na twarz, żeby osłonić się przed hojnym słońcem.
— To jest odgałęzienie — odparła Mamade. — Moi Hillowie nigdy nie mieli wiele wspólnego z Highland Hills. Historia jest…
— Historia jest długa — wtrącił doktor. Wzniósł kieliszek pod słońce (zawsze nalegał, żeby zabierać na pikniki prawdziwe szkło i srebrną zastawę — te luksusy sprawiały, że piknik zamieniał się w ucztę) i patrzył, jak łapie jego promienie.
— Nie tak bardzo — powiedziała Mamade. — Skąd wiesz, jaką historię mam na myśli?
— Szepnęła mi mała ptaszyna — zachichotał doktor. Oparł się plecami o klon, nasuwając na oczy panamę (prawie tak starą jak on sam) i miał zamiar uciąć sobie drzemkę. W ostatnich latach wspomnienia Mamade wydłużały się, plątały i były wielokrotnie powtarzane, a jej słuch się pogarszał. Ale nigdy się nie gniewała, kiedy jej to wypominano.
— Hillowie w Mieście — ciągnęła swą opowieść — byli dobrze sytuowani. Oczywiście, w tamtych czasach posiadanie dwóch czy trzech służących nie było niczym dziwnym, ale oni mieli cały tłum. Miłe irlandzkie dziewczęta. Wszystkie miały na imię Mary albo Bridget, albo Kathleen. Hillowie z Miasta właściwie w większości wymarli. Niektórzy przenieśli się na zachód, w Góry Skaliste. Oprócz jednej dziewczyny mniej więcej w wieku Nory, która poślubiła niejakiego pana Townesa, oni zostali. To był wspaniały ślub. Pierwszy, na którym płakałam. Ona nie była piękna i nie była żadną młódką, miała już córkę po pierwszym mężu, jak mu było na imię, który zmarł, tak więc ten Townes (jak mu było na imię?) to była niezła partia, och, dzisiaj już się tak nie mówi, prawda, i te wszystkie panny służące ubrane w wykrochmalone stroje, gratulacje… Jej rodzina była taka szczęśliwa…
— Wszyscy Hillowie — powiedział Smoky — tańczyli z radości.
— I to właśnie ich córka, a raczej jej córka Phyllis nieco później, mniej więcej wtedy, kiedy wyszłam za mąż, poznała Stanleya Mouse’a i tak właśnie tamta rodzina i moja rodzina w taki okrężny sposób spokrewniły się. Phyllis. Była Hill ze strony matki. Matka George’a i Franza.
— Paturient montes — zażartował bez powodzenia Smoky — et nascetur ridiculus mus.
Mamade pokiwała głową z zadumą.
— Irlandia była w tamtych czasach bardzo biednym krajem, oczywiście…
— Irlandia — powiedział doktor, wznosząc oczy. — W jaki sposób doszliśmy do Irlandii?
— Jedna z tych dziewcząt, chyba Bridget — kontynuowała Mamade, zwracając się do męża — Bridget albo Mary? Poślubiła później Jacka Hilla, kiedy jego żona zmarła. Z kolei jego żona…
Smoky odsunął się, żeby nie słyszeć dalszego ciągu jej wywodu. Ani doktor, ani Cloud nie słuchali jej również zbyt uważnie, ale ponieważ przybierali pozy świadczące o zainteresowaniu, Mamade nie zauważyła jego dezercji.
Auberon siedział z dala od nich ze skrzyżowanymi nogami i wydawał się czymś pochłonięty. Smoky zastanawiał się, czy widział go kiedykolwiek zajętego w inny sposób. W tej chwili turlał jabłko po ręce. Spojrzał ostro na ojca, a Smoky pomyślał, że może zechce cisnąć w niego jabłkiem. Uśmiechnął się, pomyślał o zrobieniu kawału, ale ponieważ wyraz twarzy Auberona nie zmienił się, zrezygnował z tego pomysłu i znowu się przesiadł. (W rzeczywistości Auberon wcale na niego nie patrzył. Lilac siedziała pomiędzy nim a ojcem, zasłaniając mu Smoky’ego i to w jej twarz się wpatrywał. Nosiła szczególny wyraz: nazwałby to smutkiem, ponieważ nie znał lepszego słowa, i zastanawiał się, co to może znaczyć).
Читать дальше