— Nie, nie — powiedział. — To jest idealny prezent. — Wzruszył ramionami. — Ale nie masz żadnej torby, do której mógłbyś go schować i to wszystko. My też damy ci prezenty. Prawdziwe. Nie będziemy gorsi. — Otworzył garbatą skrzynię z okuciami z czarnego żelaza. Jej wnętrze zdawało się roztaczać blask. — Popatrz! — Wyciągnął długi naszyjnik. — Złoto! — Pozostali spojrzeli na Smoky’ego, uśmiechając się z aprobatą na widok tego podarunku. Czekali, aż gość okaże zdumienie i wdzięczność.
— To… bardzo miło — powiedział Smoky, a pan Woods obwiązał jego szyję błyszczącym zwojem raz i drugi, jak gdyby chciał go udusić. Złoto nie było zimne jak metal, lecz ciepłe jak ludzkie ciało i tak ciężkie, że zdawało się przeginać jego szyję i plecy.
— Co jeszcze? — Pan Woods rozglądał się po pokoju, trzymając palec na ustach. Pani Underhill wskazała iglicą czerwone skórzane pudełko usytuowane na samej górze kredensu. — Racja! — zawołał pan Woods. — Co powiesz na to? — Przesuwał pudełko czubkami palców, aż spadło mu na ręce. Zdjął wieczko. — Kapelusz!
W środku spoczywał czerwony kapelusz, wysoki i miękki. Jego rondo otaczał pleciony pasek, za którym kiwało się białe sowie piórko. Pan Woods i pani Underhill wydali przeciągłe „aaach”. Wszyscy patrzyli z przejęciem, gdy pan Woods nakładał kapelusz, ciężki jak korona, na głowę Smoky’ego.
— Ciekaw jestem — powiedział Smoky — co się dzieje z Daily Alice.
— A to mi o czymś przypomniało — powiedział pan Woods z uśmiechem. — Jeszcze coś, najlepsze… — Wyjął spod łóżka wytartą i pogryzioną przez myszy torbę podróżną od Gladstone’a. Postawił ją delikatnie na stole przed Smokym. Smutek zdawał się ogarniać i jego. Gładził torbę wielkimi dłońmi tak, jakby to była jego ukochana. — Smoky Barnable — zaczął — to jest prezent ode mnie. Ona nie mogłaby ci go dać, nawet gdyby chciała… Torba jest stara, ale przez to pojemniejsza. Na pewno jest w niej miejsce na…
Ogarnęły go nagle wątpliwości, więc otworzył z trzaskiem torbę i zajrzał do jej wnętrza. Uśmiechnął się szeroko:
— Ach, mnóstwo miejsca. Nie tylko na jej podarunek. Są tam również kieszenie na twoją niewiarę i co tam jeszcze. Okaże się przydatna.
Pusta torba okazała się najcięższa ze wszystkiego.
— To wszystko — stwierdziła pani Underhill, a słodkie kuranty zegara wybiły pełną godzinę.
— Czas na ciebie — oznajmił pan Woods, a dziecko zagaworzyło niecierpliwie. — Co się stało z Alice? — zamyślił się pan Woods. Obszedł pokój dwa razy, wyglądając na dwór przez małe, głęboko osadzone okienka i zerkając do kątów. Otworzył drzwi. Smoky widział przez ułamek sekundy całkowite ciemności i dosłyszał długi senny szept, zanim pan Woods szybko zamknął drzwi z powrotem.
Pan Woods podniósł palec, a jego brwi uniosły się pod wpływem nagłej myśli. Podszedł do wysokiej szafy, która stała na wygiętych nóżkach w kącie pokoju. Szybkim ruchem otworzył drzwi. Smoky ujrzał za nimi lasy ociekające deszczem, przez które wędrowali z Alice, a w oddali spostrzegł swą żonę we własnej osobie, wałęsającą się samotnie o południowej godzinie. Wskazano mu drogę do szafy.
— Bardzo dziękuję — powiedział, wchodząc do niej — za wszystkie podarunki.
— Drobiazg — odrzekł pan Woods, a jego głos zdawał się dobiegać z oddali. Drzwi szafy zamknęły się za Smokym z dziwnym przeciągłym dźwiękiem, przypominającym odległy przytłumiony odgłos dzwonka. Brodził w wilgotnym poszyciu, a gałęzie poklepywały go po plecach. Ciekło mu z nosa.
— Skąd się tu wziąłeś? — zdziwiła się Daily Alice, kiedy go ujrzała.
— Byłem u Woodsów — odparł.
— No chyba. Popatrz, jak wyglądasz.
Gęste, splątane pnącza owinęły się jakimś cudem wokół jego szyi, ich ostre kolce kaleczyły mu ciało i szarpały koszulę.
— Do diaska — powiedział. Alice roześmiała się i zaczęła wyciągać liście z jego włosów.
— Przewróciłeś się? Skąd się wzięły te liście w twoich włosach? Co tam dźwigasz?
— Torbę — odrzekł. — Już wszystko w porządku. — Podniósł w górę od dawna nieużywane gniazdo szerszeni, które niósł. W kilku miejscach było zniszczone i ukazywało wewnętrzne korytarze. Z jednego z nich wypełzła biedronka, niczym kropelka krwi, i odfrunęła.
— Leć do domu — powiedziała Daily Alice. — Już wszystko w porządku. Ścieżka była cały czas na swoim miejscu, chodźmy.
Bardzo ciążył mu plecak nasiąknięty wodą, rozpaczliwie pragnął zdjąć go z pleców. Poszedł w ślad za Alice wyboistą ścieżką poprzecinaną korzeniami drzew i wkrótce znaleźli się na dużej polance, usytuowanej poniżej urwiska kruszącej się gliny. Z mgiełki, unoszącej się nad polanką, wyłoniła się brązowa chata z dachem krytym papą, uwiązana do lasu sznurem do bielizny, z którego kapała woda. Na podwórku, na betonowych blokach, stała ciężarówka bez kół. Grasował też czarny w białe łaty kot, przemoknięty i bliski furii. Z kurnika, ogrodzonego splątanymi drutami, machała do nich kobieta w fartuchu i kaloszach.
— Dom Woodsów — oznajmiła Daily Alice.
— Tak.
Ale nawet gdy stały już przed nimi filiżanki z kawą, gdy Amy i Chris gawędzili o tym i owym, a plecak leżał na podłodze, tworząc kałużę na linoleum, Smoky nadal czuł ciężar podarunków, które otrzymał. Nie mógł go z siebie strząsnąć i stopniowo zaczął czuć się tak, jakby zawsze go dźwigał. Pomyślał, że jest w stanie go nieść.
Smoky niewiele zapamiętał z wydarzeń, które wypełniły resztę tego dnia i resztę ich podróży. Daily Alice zwykła przypominać mu potem o tym czy innym fakcie, przerywając nagle milczenie, jak gdyby ciągle odbywała w myślach tę podróż, gdy jej umysł nie był zajęty czym innym. Mówił wtedy: „O tak” i być może istotnie przypominał sobie to, o czym mówiła, a być może nie.
Tego samego dnia Cloud, siedząc na werandzie przy szklanym stoliku i myśląc tylko o tym, żeby zakończyć swój pościg za tymi samymi wydarzeniami, odwróciła figurę zwaną Tajemnicą. Kiedy miała już umieścić ją w pustym miejscu, ogarnęło ją drżenie, a jej oczy wypełniły się łzami. Gdy matka przyszła zawołać ją na lunch, Cloud z czerwonymi oczami, ciągle zdumiona, że tego nie przewidziała ani nie podejrzewała, oznajmiła jej bez wahania, czego dowiedziała się z kart. Tak więc kiedy Smoky i Daily Alice, opaleni, podrapani i szczęśliwi, powrócili z podróży, zastali opuszczone żaluzje na frontowych oknach (Smoky nie znał tego starego zwyczaju), a doktor Drinkwater, stojący na werandzie, oznajmił im uroczystym tonem:
— Auberon nie żyje.
Gawrony (snuł domysły Smoky) frunęły do domu po niebie pokrytym smugami obłoków. Zmierzały w stronę nagich drzew, których gałęzie zwieszały się nad świeżo zaoranymi marcowymi polami (był całkowicie pewien, że to marzec). Sztachety, ustawione pod kątem ostrym i starannie zaklinowane, oddzielały pole od drogi, którą szedł Wędrowiec, wyglądający trochę jak Dante. Na głowie miał kaptur z daszkiem. Spod jego stóp wyrastał rząd białych grzybów z czerwonymi kapeluszami. Wędrowiec wydawał się zatrwożony — lub zdziwiony — ponieważ ostatni grzybek w tym rządku unosił swój czerwony kapelusz i z chytrym uśmieszkiem spoglądał spod niego na przechodnia.
— To oryginał — wyjaśnił doktor Drinkwater, wskazując na obrazek kieliszkiem sherry. — Moja babka Violet dostała go od artysty. Był jej wielbicielem.
Читать дальше