— Alice?
Przystanął bez ruchu, lecz słyszał tylko szum deszczu. Tak bardzo pochłonęło go torowanie sobie drogi przez las po tej domniemanej ścieżce, że stracił z oczu Alice. I z pewnością zboczył też ze ścieżki, jeśli w ogóle kiedykolwiek tam była. Zawołał raz jeszcze mocnym, pewnym głosem. Nie było powodu wpadać w panikę. Nikt mu nie odpowiedział, ale właśnie w tym momencie dostrzegł pomiędzy drzewami prawdziwą ścieżkę, rysującą się wyraźną linią. Alice z pewnością znalazła ją wcześniej i podążyła szybko przed siebie, podczas gdy on brnął w coraz większym gąszczu. Dotarł do ścieżki i ruszył nią. Był już całkowicie przemoczony. W każdej chwili powinien zobaczyć przed sobą Alice, ale tak się nie stało. Ścieżka wiodła go coraz bardziej w głąb lasu, pod dachem trzeszczących drzew. Zdawała się rozwijać pod jego stopami, nie mógł dojrzeć, dokąd prowadzi, ale wciąż wyłaniał się jej dalszy ciąg. W końcu (nie potrafił określić, czy trwało to długo, czy krótko, a deszcz nie ułatwiał mu zadania) przywiodła go na skraj szerokiej, porośniętej trawą polany, otoczonej pierścieniem drzew gigantów, śliskich i czarnych od wilgoci.
Jego oczom ukazał się najdziwniejszy dom, jaki kiedykolwiek widział. Spowity oparami wilgotnej, sączącej się mgły, wydawał się nierealny. Stanowił miniaturę jednego ze zwariowanych wiejskich domków Drinkwatera. Był bardzo kolorowy: miał dach kryty czerwoną dachówką i białe ściany przeładowane zdobieniami. Każdy milimetr ścian został pokryty rzeźbami, malunkami i ozdobnymi herbami. Co dziwniejsze, dom wydawał się przy tym niezwykle nowy.
To na pewno ten dom, pomyślał, ale gdzie jest Alice? Pewnie to ona zgubiła drogę, nie on. Zaczął schodzić ze wzgórza na polanę, depcząc skupiska muchomorów, które obrodziły w wilgotnej ziemi. Małe, okrągłe drzwiczki, zaopatrzone w kołatkę i wizjer, osadzone na mosiężnych zawiasach, otworzyły się, kiedy podszedł bliżej i wyjrzała zza nich drobna, bystra twarz, na której widniał szeroki uśmiech, choć oczy błyszczały i zerkały podejrzliwie.
— Przepraszam — zagadnął Smoky — czy to dom Woodsów?
— W rzeczy samej — odparł człowieczek i otworzył drzwi szerzej. — Czy pan Smoky Barnable?
— Ależ tak! — Skąd on to wiedział?
— Proszę wejść do środka.
Jeśli w domu będzie ktoś jeszcze oprócz nas, to zrobi się tłoczno — pomyślał Smoky. Minął w drzwiach pana Woodsa, który miał na głowie szlafmycę w paski. Pan Woods pokazywał Smoky’emu wnętrze domu, wyciągając najdłuższą, najbardziej płaską i kościstą rękę, jaką Smoky kiedykolwiek widział.
— Miło, że mnie pan wpuścił — powiedział Smoky, a na twarzy małego człowieczka wykwitł jeszcze szerszy uśmiech, co Smoky’emu wydawało się niemożliwe. Gdyby uśmiechnął się jeszcze mocniej, jego brązowa twarz rozpadłaby się na dwie połowy jak orzech.
Domek wydawał się od wewnątrz znacznie większy niż był w istocie, albo też był mniejszy niż się pierwotnie wydawało — Smoky nie mógł się zdecydować. Czuł, że z jakiegoś powodu chce mu się śmiać. W środku zmieścił się stary zegar ze ślicznym cyferblatem, kredens, na którym stał cynowy świecznik i kubki, łóżko z górą poduszek, przykryte kołdrą zeszytą z tak komicznych i różnorodnych łatek, jakich Smoky nigdy w życiu nie widział. Znajdował się tam również okrągły, wypolerowany stół na nodze, z której wystawały drzazgi, oraz szafa przytłaczająca swym ogromem cały pokój. Oprócz Smoky’ego i pana Woodsa, w środku były jeszcze trzy osoby, a wszyscy mieścili się swobodnie: ładna kobieta zajmowała się czymś przy przysadzistym piecu; w drewnianej kołysce leżało dziecko, które gaworzyło jak mechaniczna zabawka za każdym razem, kiedy kobieta pchnęła kołyskę; trzecią osobą była stara, bardzo stara dama, w której twarzy wybijał się jedynie nos, broda i okulary. Kobieta bujała się na fotelu w kącie i szybkimi ruchami dziergała na drutach długi szal w paski. Wszyscy troje zauważyli jego przybycie, ale zdawali się nie zwracać na niego uwagi.
— Proszę usiąść — powiedział pan Woods. — I opowiedzieć nam swoją historię.
Smoky’ego przepełniało radosne zdumienie. Jakiś głos w jego wnętrzu próbował się dziwić, co znaczy ta sytuacja, ale rozpękł się jak nadepnięty balonik i zamilkł.
— No — zaczął niepewnie — zdaje się, że zgubiłem drogę, to znaczy Daily Alice i ja, ale teraz was znalazłem i nie wiem, gdzie ona się podziała.
— Dobrze — powiedział pan Woods. Usadowił Smoky’ego na krześle z wysokim oparciem, które stało przy stole, i wyjął z kredensu kilka talerzy w niebieskie kwiatki. Rozłożył je na stole jak karty.
— Proszę się posilić — zachęcał.
Jak na zawołanie kobieta wyciągnęła z pieca blaszkę, na której parowała jedna słodka bułeczka rodzynkowa z wyciętym pośrodku krzyżykiem. Pan Woods położył bułeczkę na talerzu Smoky’ego i wpatrywał się w niego wyczekująco. Krzyżyk na bułeczce przypominał trochę gwiazdkę namalowaną białym lukrem. Smoky chciał poczekać, aż innym też zostanie podane jedzenie, ale bułeczka roztaczała tak silną woń rodzynek, że wziął ją do ręki i zjadł całą prawie natychmiast. Była tak smaczna, jak zapowiadał jej zapach.
— Niedawno się ożeniłem — odezwał się Smoky, kiedy zjadł, a pan Woods pokiwał głową. — Znacie Daily Alice Drinkwater.
— Znamy.
— Wydaje nam się, że będziemy razem szczęśliwi.
— I tak, i nie.
— Co?
— Co pani na to, pani Underhill? Będą szczęśliwi?
— I tak, i nie — odrzekła pani Underhill.
— Ale jak… — zaczął Smoky. Ogarnął go głęboki smutek.
— Wszystko jest częścią Opowieści — dodała pani Underhill. — Nie pytaj mnie, w jaki sposób.
— Proszę wyrażać się jaśniej — powiedział Smoky wyzywającym tonem.
— No dobrze — wtrącił pan Woods. — To nie tak… — Jego twarz wydłużyła się. Zamyślił się, opierając podbródek na swej niewielkiej dłoni. Palcami drugiej dłoni bębnił po stole. — A jaki prezent ci ofiarowała? Powiedz nam.
To było bardzo nieuczciwe. Ofiarowała mu wszystko. Siebie.
Dlaczego miałaby mu dawać jakikolwiek inny prezent? W chwili gdy to powiedział, przypomniał sobie, że w noc poślubną ofiarowała mu prawdziwy dar.
— Podarowała mi — oznajmił z dumą — swoje dzieciństwo, ponieważ nie miałem własnego. Powiedziała, że mogę z tego daru korzystać, kiedy tylko zechcę.
Pan Woods popatrzył na niego znacząco.
— Ale — powiedział przebiegle — czy dała ci torbę, żebyś mógł do niej schować ten podarunek?
Jego żona (jeśli nią była) pokiwała głową, słysząc tę celną uwagę. Pani Underhill zakołysała się w fotelu. Na jej twarzy malowało się zadowolenie. Nawet niemowlę zagaworzyło, jakby pojęło, w czym rzecz.
— To nie o to chodzi — odparł Smoky. Po zjedzeniu bułeczki ogarniały go fale tak zmiennych uczuć, jak szybko zmieniające się pory roku. W jego oczach zamigotały jesienne łzy. — To i tak nie ma znaczenia. Nie mógłbym przyjąć tego daru. Bo widzicie — trudno było to wyjaśnić — kiedy Alice była mała, wierzyła we wróżki. Cała ich rodzina wierzyła. Ja nigdy nie wierzyłem. A oni chyba nadal wierzą. To zupełnie szalone. Jak mógłbym w nie uwierzyć? Bardzo chciałem, to znaczy żałowałem, że w nie nie wierzyłem i nie widziałem ich, ale jeśli tak było… jeśli coś podobnego nigdy nie przyszło mi do głowy, to jak mógłbym przyjąć jej podarunek?
Pan Woods gwałtownie potrząsał głową.
Читать дальше