Artur Baniewicz - Smoczy Pazur
Здесь есть возможность читать онлайн «Artur Baniewicz - Smoczy Pazur» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Smoczy Pazur
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Smoczy Pazur: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Smoczy Pazur»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Smoczy Pazur — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Smoczy Pazur», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Przyglądali mu się z trzech stron. Nie umiał odgadnąć ich myśli.
Bardzo długo nikt się nie odzywał.
– To twoja interpretacja – powiedział w końcu Kipancho. – Moja jest inna. Czy to powód, byśmy się bili?
– Większość wojen wybucha z powodu odmiennej interpretacji. Czy to linii granicznej, czy pojęcia Boga, czy słowa „sprawiedliwość”. Wszyscy ludzie na całym świecie uważają się za dobrych, moralnych i postępujących właściwie. I mordują. Z winy różnic interpretacyjnych.
Kipancho nie sięgnął po miecz. Debren stał z opuszczoną różdżką i próbował zrozumieć, co go powstrzymuje przed jej użyciem. Gdyby powalił rycerza rzuconym z zaskoczenia zaklęciem, zapewne poradziłby sobie z pozostałą dwójką.
– Któryś z nas ma rację – mruknął Kipancho. – Pozostaje pytanie, który.
– Znakomicie ujęty problem – pochwalił Def Groot. Nie wyglądał na głęboko wstrząśniętego, choć przynajmniej jedna z wersji mocno go pogrążała. Może nawet obie. W świecie Czwororękiego Maga z Saddamanki i podstępnych wiatraków, przerabiających Viplan na Północny Suchar, było mimo wszystko dość miejsca dla depholskich patriotów pragmatyków z opcji prawicowej. A Kipancho, pomijając ewidentny obłęd, zadziwiał logiką i umiejętnością poprawnego wnioskowania. To Def Groot powinien się bać, przynajmniej dymisji. Ale wyglądał bardziej na kogoś, kto właśnie opuścił konfesjonał, zwaliwszy z sumienia gniotący je ciężar. – Proponuję rzut monetą.
– Nie – pokręcił głową rycerz. – Jest lepszy sposób dochodzenia prawdy. Panie Debren, pozywam was na sąd boży.
Debren przełknął ślinę. Czegoś takiego nie oczekiwał. Poczuł, że tonie.
– Nie jestem pasowany…
– W takich sprawach to bez znaczenia. W oczach Stwórcy równi jesteśmy.
– Pozwany ma prawo wyboru broni – pochwalił się znajomością ceremoniału Sansa.
– Różdżki – zażartował ze smętnym uśmiechem Debren.
– Zgadzam się na każdy oręż, jaki wskażesz – oznajmił z powagą Kipancho. – Ale pamiętaj, że nie walczymy po to, by zaspokoić swą próżność czy żądzę krwi. Mamy ustalić, który z nas ma rację. Wierzę w Boga i wierzę, którą to wiarę nie wszyscy podzielają, że i magia jego jest dziełem. Sądzę, że racja po mej stronie stoi, a więc i łaska Stwórcy. Mogę bić się i z użyciem czarów. Tylko… bardzo proszę, nie bierz tego za sarkazm: skąd weźmiemy drugą różdżkę?
Sansa zarechotał ukradkiem. On jeden nie zastosował się do prośby i uznał słowa swego pana za dowcipny wybieg.
– No to chyba miecze – rozejrzał się bezradnie Debren, chowając różdżkę. – Bo kopią to, zdaje się, trzeba z konia?
– Mogę coś zasugerować? – zapytał Kipancho. Magun skinął głową. – Miecz Sansy jest krótszy i lżejszy od mojego, a ty swój, jak widzę, straciłeś…
– Ja… ja nie używam miecza. Nigdy nie miałem… A, nieważne. Na taki jak ten twój i tak nie miałbym siły w ręce. Niech będzie ten od Sansy.
– Nigdy nie miałeś miecza? – Kipancho zmarszczył brwi. – To i o szermierce pewnie pojęcie masz blade?
– Wspomogę się magią – wzruszył ramionami Debren. – Oczywiście wymierzoną do wewnątrz. Kondycjonującą, nie agresywną.
– Wiesz co? Wspomagaj się, jaką chcesz, ale bez różdżki. A ja za to będę walczył w zbroi. – Debren zawahał się, bo propozycja miała i plusy, i minusy. – No i najważniejsza sprawa. Byłbym wdzięczny, gdybyś jako oręż wybrał kije. Te tam trzonki od grabi i miotły będą w sam raz. Sansa, przytnij je, tak na trzy łokcie każdy. I zapłać gospodyni po dwadzieścia denarów od sztuki. Tu drewno jest drogie.
– Kije? – rzucił mu zaskoczone spojrzenie Def Groot. – Ty, rycerz światowej sławy, chcesz się zniżać do bijatyki na kije od mioteł?
– Nie podzielam opinii mistrza Debrena, ale rozumiem jego motywację. I szanuję. Nie ma powodu zabijać kogoś, kogo się szanuje, nie uważasz?
Debren skłonił się. Trochę sztywno.
– Dzięki. Ale jeśli kijami walczyć będziemy…
– Do pierwszego trafienia w korpus lub głowę – pospieszył z wyjaśnieniami Kipancho. – Uderzenie w kończynę… No, jak się trafi, to przerwiemy i powiem ci, na ile by to groźne było.
– Aha – Debren chrząknął. – Ale twoja zbroja… W takiej walce będzie ci tylko przeszkadzać.
– Mogę ją zdjąć. Ale wolałbym walczyć w zbroi. Ty też masz swoją magię do pomocy.
– Kipancho, ta zbroja nie daje żadnego zabezpieczenia przeciw czarom. Jest balastem, niczym więcej, jeśli kijami się bić.
Rycerz posłał mu szeroki uśmiech.
– Zaraz – poruszył się niespokojnie Def Groot. – To sąd boży, tu forów dawać nie wolno. Może jeszcze rękę sobie każesz pałą obić i w szmaty zawinąć, hę?
– Nie, ale za pas wetknę. A co do zbroi, to walczę w niej nie z litości dla Debrena, a dlatego, że przywykłem. Niedobrze przed walką wieloletnie nawyki na siłę zmieniać.
– To oszustwo – parsknął duszysta.
– Nie, to uczciwa walka. Bóg ma o prawdzie rozstrzygnąć, a nie to, że większy jestem, silniejszy i trzydzieści lat machanie bronią ćwiczę, zaś Debren wcale. I dlatego do prawej rękawicy Sansa mi worek z tamtym oto kamieniem uwiąże, bym za szybko kijem nie machał.
– Tamten? – Giermek przestał rąbać miotłę. – Zgłupieliście, wielmożny panie?! Toż się podźwignę!
– Przesadzasz, Kipancho – mruknął Debren. – Jest większy od mojej głowy. Jeśli już musisz… – rozejrzał się. – O, tam leży mniejszy. Jak półgłówek.
– Czyli jak znalazł – splunął Def Groot. – Kompatybilny z użytkownikiem. Przeciągasz strunę, Kipancho. Uważaj, bo pęknie i w łeb cię trzaśnie.
– Boisz się o powodzenie swej misji? – uśmiechnął się dziwnie rycerz. Rudzielec cofnął się o krok, nagle przestraszony. – Spokojnie, mistrzu. Przecież szalony jestem. Puknięcie oberżniętym trzonkiem miotły w korpus, a choćby i w głowę, to żaden lek na obłęd. Powinniście o tym wiedzieć, duszysta przecie z was nie byle jaki. Każdy spec od dusz chorych wam powie, że na ciężką obsesję nie pomoże przegrana bijatyka na kije z czarokrążcą. Więc skąd ten lęk? Założę się, że przed południem wiatrak dopalał się będzie, a my spakujemy wóz i pojedziemy szukać następnych przeciwników. Dalej będziesz mnie leczył, łagodził tęsknotę do Dulnessy, podsycał we mnie wiarę, że słusznie postępuję. Nie zwolnię cię, bo jakkolwiek prawda o owych kartkach lewo i praworęcznych wygląda, duszysta z ciebie dobry. Lżej mi żyć, odkąd cię spotkałem. Nie lekko, ale lżej. Więc stań sobie z boku i nie przeszkadzaj.
Sansa skończył z kijami, zabrał się za dopasowywanie worka do kamienia, a potem przywiązywanie całości do przedramienia prawej ręki rycerza.
– Pozostaje ustalenie, co dany rezultat znaczy – oświadczył Debren. – Jeśli wygram, wiatrak cały zostanie, a ty do Irbii wrócisz.
– Zgoda. Ustalmy może po prostu, że zwycięzca dyktuje warunki.
– Niech będzie. – Debren oddychał powoli, głęboko, poprawiał krążenie i dozowanie adrenaliny. Stał blisko wbitej w ziemię pochodni, więc czerpał z płomienia, ile się da, nie dbając nawet zbytnio o dyskrecję, a jedynie o to, by nie zadławić ognia. Budował blokadę na nerwach lewej dłoni i pompował tlen do krwi. – Jeszcze jedna sprawa, Kipancho.
– Nie spiesz się, zaczniemy, jak uznasz, że jesteś gotowy. – Rycerz machnął ręką w jedną i drugą stronę, skrzywił się. – Przywiąż to lepiej, Sansa. Ten kamień waży ze dwadzieścia funtów. Jak się urwie, to jeszcze komuś krzywdę uczyni. Co to za sprawa, Debren?
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Smoczy Pazur»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Smoczy Pazur» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Smoczy Pazur» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.