Artur Baniewicz - Smoczy Pazur

Здесь есть возможность читать онлайн «Artur Baniewicz - Smoczy Pazur» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Smoczy Pazur: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Smoczy Pazur»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Debren z Dumayki, wędrowny mistrz magii, czarodziej z tytułem uniersyteckim i wiecznie pustą sakiewką musi się zmierzyć z licznymi przeciwnikami. Mimo swej apolityczności, raz po raz wplątywany jest w intrygi tajnych służb, rewolucjonistów i ambitnych pretendentów do już obsadzonych tronów…

Smoczy Pazur — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Smoczy Pazur», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

– Zdarza się, rzadko, ale jednak, że zręczny czarodziej odchylacz zaklęciem i specjalną strzałą na przyciągacz przerobi, który byle jak wypuszczony pocisk prosto na rycerza skieruje. Więc lepiej nie odsyłaj hełmu do lamusa. Czary czarami, a blacha blachą.

Sansa wbił pochodnię w błoto, potruchtał w stronę wozu.

– Taki eksperymentalny lek prohibit musi być diabelnie drogi – zauważył od niechcenia Def Groot. – Ciekawe, że wolisz go zmarnować, zamiast ratować honor poprzez atakowanie Kipancha z łyżeczką na wzór niani. Zwłaszcza że groszem nie śmierdzisz. Za tę porcję leku, zakładając nawet ryzyko, że nie podziała, dostałbyś tu, w Depholu… no, przynajmniej z sześćset talarów.

– Ile?! – rycerzowi opadła szczęka. – Groszy, chciałeś chyba powiedzieć! Sześćset talarów to… Za to wieś można kupić!

– Są tacy, co wsi mają na pęczki – wzruszył ramionami rudzielec. – A życie tylko jedno. I żonę jedną. I syna pierworodnego. A tu, jak kto malarię złapie, to w jednym albo dwóch przypadkach na dziesięć więcej z łoża nie wstanie.

– Machrusie… – Kipancho spoglądał oszołomiony to na Debrena, to na niepozorny woreczek odłożony na stół. – Naprawdę chciałeś…? A mówią, że to mnie się we łbie poprzesta wiało. Za dwa dukaty się tu z nami męczysz. Widzę, że wbrew sobie, że nie podoba ci się ta robota. A tu sześćset talarów leży! I ty je chcesz w błoto… Żeby dwójki gówniarzy, szantażystów i terrorystów antykrólewskich jurystycznymi sztuczkami w pole nie wyprowadzać. Nie rozumiem cię.

– Ja też cię nie rozumiem, Kipancho. I też za mocno rąbniętego uważam. Co nie zmienia faktu, że szacunkiem cię darzę i ufam w twój honor rycerski.

Kipancho przyłożył dłoń do tego kawałka pancerza, który okrywał serce. Skłonił się, chrzęszcząc blachami. A potem popatrzył na pobladłą twarz maguna i uniósł pytająco brwi.

– Co?

– Twoja ręka – wykrztusił Debren.

Przez chwilę wpatrywali się wszyscy w niebieski strup w miejscu, gdzie sztylet naciął skórę. Pierwszy otrząsnął się Kipancho.

– No cóż, zawsze wiedziałem, że mam błękitną krew.

Coś pacnęło w błoto. Sansa wypuścił z wrażenia kapalin swego pana.

– Dżuma i syfilis… – zaklął Debren. – Cholera. To malaria. Nie ma dwóch zdań. A niech to…

– Co cię tak martwi? – rzucił z przekąsem Def Groot. Trochę jednak pobladł. – Przynajmniej nie wyrzucisz w błoto sześciuset talarów. Gepard i Miazga medalem cię uhonorują za słowa dotrzymanie, a król Belfons drugim, za to, żeś chlubę irbijskiego rycerstwa uratował.

Debren nie odpowiedział. Nie zdążył. Z chatki wypadła gospodyni, zawołała coś łamiącym się głosem.

– Chyba nie muszę tłumaczyć – powiedział powoli Def Groot. – Zdaje się, że już wiesz. Nieszczęścia chodzą parami.

* * *

Wyszedł z chatki i stał przez chwilę w progu, wciągając w płuca chłodne, wilgotne od mgieł powietrze poranka. Było cicho. Bryza utonęła gdzieś w spowijającym zatopione pola oparze, ani jeden podmuch nie zaszeleścił w listowiu bzu i kaliny, w porastających podnóże wału trzcinach. Rzeka toczyła swe wezbrane wody nienaturalnie cicho, może nasycona triumfem, dumna z rozlania się na całe mile od głównego koryta. Wychylające się zza odległego jak na morzu horyzontu, lecz wciąż jeszcze nie wychylone słońce zalewało świat miękkim, różowym światłem. Debren patrzył na przemieszane z łopianem i skrzypem polne kwiatki, takie jak te, które przed chwilą odsuwał z taboretu przy łożu dziewczynki. Próbował odgadnąć ich kolor. Były ni to błękitne, ni to różowe. Jak oczy małej.

Trochę potrwało, nim usłyszał. Trudno usłyszeć coś, co nie jest dźwiękiem, a jego brakiem. Chyba pomógł mu Sansa, podchodząc do stołu i wyciągając z ziemi wbitą w nią pochodnię.

Miał bliżej, zdążył przegrodzić giermkowi drogę do wiatraka.

– Nie.

Sansa zatrzymał się z niewyraźną miną. Popatrzył za plecy Debrena. W stronę warzywnika i wychodka. I wału przeciwpowodziowego, ku któremu prowadziła rura wypływowa.

– Odsuń się – powiedział łagodnie nadchodzący od strony rzeki Kipancho. Miał na głowie kapalin, pokiereszowany grotami strzał w czasach, gdy zbroi nie uzupełniono magicznymi rozetami na naramiennikach. Śladów miecza czy topora nie dało się zauważyć. Dobry rycerz zbroję nosi na wszelki wypadek, ale broni się klingą swego miecza i tarczą.

– Nie.

– Potwór wyzionął ducha. – W głosie Def Groota nie było satysfakcji. – Ustał dopływ życiodajnego płynu do organów wewnętrznych.

– Mówiąc inaczej: zatkałeś rurę przy jej ujściu do rzeki.

– Zgadza się.

Debren, nie robiąc sobie większych nadziei, spojrzał na Kipancha. Miał rację, nie podsycając złudzeń.

– Człowieka dobija się mizerykordią – oświadczył rycerz. – Potwora można i tak. Nie cierpiał długo. Odgłosy funkcji życiowych ustały od razu.

– Jak wyjmę tę szmatę, czy co tam Def Groot wepchnął, to zaraz powrócą.

– Tak – zgodził się gładko Kipancho. – Potwory, raz ubite, ożywione być mogą. Mój wróg, Czteroręki Mag z Saddamanki, potrafi tego dokonać. Dlatego właśnie Sansa spali ciało już teraz, nie czekając na Vanringera.

– Nie spali – powiedział cicho Debren.

– Założysz się? – zapytał bez uśmiechu Def Groot.

– Założę się. O całą zapłatę, którą mi winni jesteście. – Debren przesunął się za skrzydło wiatraka, wyszarpnął różdżkę. – Przykro mi, Kipancho. Nie pozwolę puścić z dymem tego wiatraka. Choćby dlatego, że za jednym zamachem dom spalicie. A bez dachu nad głową mała nie przeżyje.

– Chcesz ze mną walczyć? – zdziwił się rycerz. – Zgłupiałeś?

– Z nami – sprostował Def Groot. – To podobno czarodziej. Na magika uderza się kupą, tu honorowe zasady nie obowiązują. Kto wie, może ten patyk, co nim Debren wywija, nie tylko do zadawania szyku i podbijania stawek służy? We trzech skoczymy. Bez zabijania, ale kupą.

– Dlaczego – Kipancho patrzył z wyrzutem spod okapu kapalina. – Dlaczego, Debren?

– Bo uważam, że nie masz racji. Że źle interpretujesz przepowiednie Damstruny. I mapy świata. Że nie pustynia ciągnie za temmozanami, tylko oni za pustynią, bo w przeciwieństwie do nas z nią żyć chcą i umieją i silni są wśród piasków. Bo nie wierzę w totalne wysuszenie Viplanu za pomocą wiatraków. Ani w bezinteresownych sponsorów twej kołomyi, co ją przeciw depholskim pompiarzom prowadzisz. Bo Def Groot nazwał przywódcę gerylasów Gepardem, choć ja w swej opowieści Gep o nim mówiłem. Bom zauważył, jaką goryczą napawa pana duszystę bierna postawa tutejszych chłopów, co zamiast za broń chwycić i niepodległość dla swoich klas wyższych wywalczyć, drugiego policzka po machrusańsku Irbii nadstawiają. Bo wiem, że jedną kartkę miałem, z lewą dłonią odbitą i wiem, że nie przypadkiem na tej drugiej prawą odciśnięto. Stara prawda głosi, że nie wie prawica, co czyni lewica. A lewica tutejszego ruchu oporu, żółtodzioby zapalczywe i pozbawione wyobraźni, dość mają przyglądania się, jak ludowi plony się zatapia i w nędzę spycha. Więc szantażuje bezmyślna lewica zielarza cudzoziemca co się w łaski pana Kipancho wkręcił, i każe mu rycerza jak smoka, smoczą trutką uraczyć. W naiwnym przekonaniu, że się od tego los mas ludowych polepszy, a masy z wdzięczności i w poczuciu siły za widły i grabie chwycą. Nie pojmują młokosy bez wyobraźni, że naród za broń chwyta jednomyślnie dopiero wtedy, gdy go do ostateczności doprowadzić. Jak połowa zboża na polach wygnije, a połowa dzieci i starców z głodu pozdycha. Nie mieści się w ciasnych, zasmarkanych łbach ta oczywista prawda. Że czasem, jak chcesz okupantowi i ciemięzcy w rzyć nakopać, to najpierw musisz parę razy boleśniej swoim przyłożyć. Nogą okupanta, ma się rozumieć. Gniew we właściwą stronę kierując.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Smoczy Pazur»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Smoczy Pazur» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Smoczy Pazur»

Обсуждение, отзывы о книге «Smoczy Pazur» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x