Hipotezę Sinestera określiłem jako próbę odpowiedzi na pytanie „czy kolejne Kosmosy się dziedziczą?” Dał odpowiedź taką, w której „kod” nasz, pozostając tworem sztucznym, przestał być „listem”. Kończyłem, wyliczając niesamowitą ilość założeń wziętych przez obydwu z powietrza: ujemna przepuklina materii, komprymowana u dna skurczu w informację, wypalanie na czole fali stygmatów „atomorodnych”; nie można tego będzie sprawdzić nigdy, ex definitione, bo to się ma dziać tam, gdzie nie będzie już nie tylko istot jakichkolwiek, ale i fizyki. Jest to dyskusja o życiu pozagrobowym, zamaskowana fizykalną terminologią. Albo jakaś „Philosophy Fiction”, przez analogię do Science Fiction. Szata matematyczna ukrywa pod sobą mit; widzę w tym signum temporis, ale nic więcej.
Rozumie się, że dyskusja wybuchła potem dopiero jak pożar. Pod jej koniec Rappaport wstał nagle – z „jeszcze jedną hipotezą”. Była tak oryginalna, że ją przedstawię. Bronił tezy, że różnica między „sztucznym” a „naturalnym” nie jest całkowicie obiektywna, nie jest czymś absolutnie danym, ale jest względna i zależy od zastosowanego poznawczo układu odniesienia. Substancje, które wydalają żywe organizmy w przemianie materii, uważamy za produkty naturalne. Jeśli zjem bardzo dużo cukru, jego nadmiar będą wydzielały moje nerki. To, czy cukier w moczu jest „sztuczny”, czy „naturalny”, zależy od mojej intencji. Jeśli zjadłem tyle cukru rozmyślnie, żeby go wydzielać, bo znam mechanizm zjawiska i przewidywałem skutki mego czynu, będzie „sztucznie” obecny, a jeśli zjadłem cukier, bo miałem nań apetyt i nic nadto, będzie jego obecność „naturalna”. Można to udowodnić. Jeżeli ktoś bada mój mocz i jeśli umówiłem się z nim odpowiednio, obecność cukru, którą wykrywa, może zyskać znaczenie informacyjnego sygnału. Cukier będzie oznaczał np. „tak”, a brak cukru – „nie”. Jest to proces sygnalizacji symbolicznej, jak najbardziej sztuczny, ale tylko pomiędzy nami dwoma. Kto nie zna naszej umowy, nic się o niej z badania moczu nie dowie. Wynika to stąd, że „tak naprawdę” w naturze, jak i w kulturze istnieją wyłącznie fenomeny „naturalne”, a „sztuczne” stają się tylko przez to, że my je umową lub działaniem połączyliśmy w określony sposób. „Absolutnie sztuczne” są jedynie cuda jako niemożliwe.
Po takim wstępie Rappaport wymierzył główne uderzenie. Powiedzmy, że ewolucja biologiczna może iść dwojakim torem: albo wytwarza organizmy oddzielne, a potem – powstałe z nich istoty rozumne, albo też, na drugim ramieniu, wytwarza biosfery „nierozumne”, ale zarazem niezwykle wysoko uorganizowane, nazwijmy je „lasami żywego mięsa” albo wegetacją innego jeszcze typu – która w trakcie bardzo długiego rozwoju opanowuje nawet energetykę jądrową. Ewolucja opanowuje ją jednak nie tak, jak my opanowujemy bombowe i reaktorowe techniki, ale tak, jak nasze ciała „opanowały” przemianę materii. Wówczas produktami metabolizmu stają się zjawiska typu promieniotwórczego – a w dalszej instancji nawet potoki neutrinowe, które stanowić będą tylko „wydalinę” takich globów, organizmów na nich, którą my odbieramy – właśnie w postaci „gwiazdowego kodu”. Wówczas chodzi o proces całkowicie naturalny, ponieważ istoty nie zamierzały niczego nikomu przesłać, zakomunikować, i owe strumienie są tylko nieuchronnym rezultatem ich przemiany materii, „emisją wydalinową”. Lecz może być i tak, że inne organizmy-planety potrafią dowiedzieć się o obecności tamtych dzięki takim „tropom” pozostawianym w przestrzeni… Wówczas będzie to rodzaj „sygnalizacji” pomiędzy nimi.
Rappaport dodał, że hipoteza ta mieści się w porządku działań przyrodzonych nauce: nauka bowiem nie rozdziela fenomenów na „sztuczne” i „naturalne”, on więc postąpił w myśl jej wskazań. Hipoteza, w zasadzie przynajmniej, może być sprawdzona (wykryciem obecności albo tylko teoretycznej możliwości „neutrinowych organizmów”), bo nie odnosi nas do „innych Kosmosów”.
Nie wszyscy dobrze zrozumieli, że nie był to tylko popis pomysłowości, bo można zasadniczo przewidzieć i obliczyć dowolny typ przemiany materii organicznej wychodząc z fizyki i chemii, natomiast, wychodząc z tejże fizyki i chemii, nie można obliczyć ani przewidzieć kultury, w której pewne istoty piszą i wysyłają „neutrinowe listy”. To drugie zjawisko jest z innego, pozafizykalnego porządku. Jeśli cywilizacje mówią do siebie różnymi językami, a ich rozwojowe różnice są znaczne, w najlepszym razie ci, co są „mniej wiedni”, wyekstrahują z otrzymanego komunikatu to tylko, lub prawie tylko, co jest w nim fizykalne (lub naturalne, to wszystko jedno). Nic więcej nie pojmą. W samej rzeczy, przy dostatecznej rozpiętości międzycywilizacyjnej te same pojęcia, jeśli nawet funkcjonują w obu kulturach, znaczą rzeczy najzupełniej odmienne.
Dyskutowało się, między innymi, czy ewentualna „cywilizacja Nadawców”, która istnieje albo której już (za Sinesterem) nie ma wśród żywych, jest racjonalna. Ale czy możemy uznać, że racjonalna jest cywilizacja, która troszczy się o to, co będzie w „następnym Kosmosie”, za trzydzieści miliardów lat? Jaki musi być, nawet dla straszliwie bogatej, koszt płacony w losach istot żywych, żeby mogła stać się sternikiem Wielkiej Kosmogonii? Co zresztą analogicznie dotyczy i „efektu życiosprawczego”. Można uznać, że dla nich to jest racjonalne – czyli że nie ma międzycywilizacyjnie niezmienniczego sensu „racjonalności”.
Zebraliśmy się po zamknięciu owej narady w kilkunastu u Baloyne’a i długo w noc rozprawialiśmy – jeśli nawet Sinester i Learney nie przekonali nas, na pewno dolali oliwy do powoli przygasającego już ognia. Omawiało się to, co przedstawił Rappaport. Uzupełnił powiedziane, dookreślił i powstał z tego wcale niesamowity wizerunek – gigantycznych biosfer, które „nadając” w Kosmos nie wiedzą, co czynią, była to nie znana nam, dalsza faza homeostazy, zjednoczenia życiowych procesów, które, dobrawszy się do źródeł jądrowej energii, mocą przemian poczynają dorównywać mocom słonecznym. Biofilia ich „neutrinowej wydaliny” stawała się akurat takim efektem, jak działalność roślin, które napełniły atmosferę Ziemi tlenem, umożliwiając tym życie innym organizmom, nie znającym fotosyntezy – ale przecież nieintencjonalnie dała nam trawa szansę powstania! Żabi Skrzek i cała „informacyjna” strona „listu” zmieniały się w produkty niezmiernie zawiłego metabolizmu. Żabi Skrzek obracał się w rodzaj odpadku, w żużel o strukturze zawisłej od planetarnych metabolizmów.
Gdyśmy wracali z Donaldem do hotelu, powiedział w pewnej chwili, że czuje się w gruncie rzeczy oszukany: smycz, na której biegamy w kółko, przedłużono, ale nic się nie zmieniło w sytuacji naszego skrępowania. Byliśmy świadkami niezłego fajerwerku intelektualnego, ale gdy się wypalił, zostaliśmy z niczym. Może nawet odebrano nam coś – kontynuował – przedtem consensus omnium stał za „listem”, w którego kopercie znalazło się nieco piasku (tak nazwał Żabi Skrzek). Dopóki wierzymy w to, że dostaliśmy „list”, jakkolwiek nawet niezrozumiały, jakkolwiek tajemniczy – sama wiedza o istnieniu Nadawcy ma wartość autonomiczną. Ale gdy okazuje się, że to może nie „list”, lecz zygzaki bezsensowne, nie pozostaje nam nic już prócz piasku… i jeśli jest nawet, złotonośny, czujemy się zubożeni – więcej, obrabowani.
Myślałem o tym, gdy zostałem sam. Usiłowałem pojąć, skąd właściwie bierze się we mnie pewność – ta, która pozwalała mi rozprawiać się z odmiennymi stanowiskami, jakkolwiek solidną podpartymi argumentacją? Gdyż przekonany byłem o tym, że otrzymaliśmy „list”. Zależy mi bardzo na tym, aby nie tę moją wiarę przekazać Czytelnikowi – mniejsza o nią – lecz stojące za nią racje. Jeśliby mi się nie udało, nie powinienem był pisać tej książki. Taki bowiem miał być jej cel. Człowiek, który, jak ja, bardzo długo, wiele razy na zmienianych frontach nauki boryka się z problemami odgadywania „szyfrów Natury”, wie o nich doprawdy więcej, aniżeli zawrą to w sobie jego wyprasowane matematycznie publikacje.
Читать дальше