— Możesz się spotkać z Kellerem. Ale bądź ostrożna.
— Dlaczego?
Camden nie odpowiedział.
* * *
Kellerowie mieszkali w skromnym domku w stylu kolonialnym, na oko trzydziestoletnim. Dom stał przy cichej, podmiejskiej uliczce. Na takich właśnie uliczkach małe dzieci mogą jeździć na rowerkach po jezdni, a matki pilnują ich, zerkając z frontowych okien. Większość dachów miała tylko jedną stację odbioru energii Y. Ulicę zdobiły przepiękne stare klony cukrowe.
— Wejdź, proszę — powiedział Richard Keller.
Był niewiele wyższy od niej, twarz miał obsypaną trądzikiem. Leisha domyśliła się, że poza snem niczego nie zmieniono w jego genach. Miał gęste, ciemne włosy, niskie czoło i krzaczaste brwi. Leisha zauważyła, że zanim zamknął drzwi, zagapił się na szofera i samochód, zaparkowany na chodniku, tuż przy pordzewiałym rowerze górskim.
— Jeszcze nie umiem prowadzić — wyjaśniła. — Mam dopiero piętnaście lat.
— Przekonasz się, że to łatwe — odpowiedział Keller. — No to jak, powiesz mi, po co tu przyszłaś?
Leishy spodobało się, że jest tak bezpośredni.
— Żeby poznać jednego z Bezsennych.
— Czy to znaczy, że jeszcze nikogo nie znasz? Żadnego z nas?
Tego się nie spodziewała.
— Czy to znaczy, że wszyscy inni znają się nawzajem?
— Chodźmy do mojego pokoju, Leisho.
Poszła za nim w głąb domu. Pokój Richarda był duży i przestronny, pełen komputerów i segregatorów. W kącie stał ergometr wioślarski. Pokój wyglądał jak nieco tańsza wersja pokoju któregoś z jej błyskotliwszych kolegów ze szkoły Sauleya, z tym że wobec braku łóżka było w nim więcej miejsca.
— O, pracujesz nad równaniami Boesca?
— Nad ich zastosowaniem.
— Do czego?
— Do obliczania modeli migracyjnych ławic ryb.
— No tak, to by się dało. — Leisha uśmiechnęła się. — Nigdy mi to nie przyszło do głowy.
Wydawało się, że Keller nie bardzo wie, co począć z tym jej uśmiechem. Spojrzał na ścianę, potem na jej podbródek.
— Interesujesz się modelami Gai? Środowiskiem naturalnym?
— No cóż, nie bardzo — przyznała się Leisha. — Mam zamiar studiować politykę na Harvardzie. Podstawy prawa. Ale oczywiście przerabialiśmy modele Gai w szkole.
Keller zdołał wreszcie oderwać wzrok od jej twarzy. Przeczesał palcami ciemne włosy.
— Siadaj, jeśli chcesz.
Leisha usiadła, obrzucając pełnym uznania spojrzeniem wiszące na ścianach plakaty, na których zieleń przechodziła w błękit na kształt oceanicznych prądów.
— Ładne. Sam je zaprojektowałeś?
— Nie tak sobie ciebie wyobrażałem — powiedział Keller.
— A jak?
— Myślałem, że jesteś nadęta. Z manią wyższości. Płytka, mimo wysokiego IQ.
Zabolało bardziej, niż się spodziewała.
— Wśród Bezsennych jesteś jedną z dwóch naprawdę bogatych osób. Oprócz ciebie jest tylko Jennifer Sharifi — wygadał się. — Sama o tym dobrze wiesz.
— Nie, nie wiem. Nigdy nie sprawdzałam.
Zajął krzesło obok i wyciągnął przed siebie mocno umięśnione nogi. Mimo to nie wyglądał na rozluźnionego.
— Ale to ma swój sens, wierz mi. Bogaci nie każą genetycznie ulepszać swoich dzieci. Wierzą, że ich potomstwo i tak stoi wyżej od reszty. Z racji urodzenia. Biedni z kolei nie mogą sobie na to pozwolić. My, Bezsenni, wywodzimy się przeważnie z górnych warstw klasy średniej. Jesteśmy dziećmi profesorów i naukowców — ludzi, którzy cenią sobie inteligencję i czas.
— Mój ojciec też ceni inteligencję i czas — odparła Leisha. — Należy do najzagorzalszych zwolenników Kenzo Yagai.
— Och, Leisho, czy ty naprawdę myślisz, że tego nie wiem? Próbujesz mi zaimponować czy co?
— Próbuję z tobą rozmawiać — powiedziała z naciskiem Leisha. Mimo to jeszcze przez następną minutę czuła rumieniec na policzkach.
— Przepraszam — wymamrotał Keller. Zerwał się z krzesła, podreptał do komputera i z powrotem. — Naprawdę mi przykro. Ale ja… ja naprawdę nie rozumiem, po co tu przyszłaś.
— Bo jestem samotna — odrzekła Leisha i sama się zdumiała. Podniosła wzrok. — To prawda. Jestem samotna. Jestem i już. Mam przyjaciół, Alice i tatę, ale nikt nie wie, nikt tak naprawdę nie rozumie … Sama nie bardzo wiem, czego.
— A ja wiem. Wiem doskonale. Co robisz, kiedy mówią „Posłuchaj, co mi się dzisiaj śniło”?
— Tak! — krzyknęła Leisha. — Ale to jeszcze nic; najgorzej, kiedy ja mówię: Sprawdzę to dla ciebie dziś w nocy, a tamci rzucają mi dziwaczne spojrzenie, które znaczy: Ona będzie to robić, kiedy ja będę spał!
— To też nic — dorzucił Keller. — Najgorzej, kiedy po kolacji gramy w kosza, a potem idziemy coś przegryźć i mówię: Przejdźmy się nad jezioro, a oni na to: „Padam z nóg. Chyba się pójdę położyć”.
— Ale i to jeszcze nic — oznajmiła Leisha, zrywając się z krzesła. — Najgorzej, kiedy wciągnie cię jakiś film i już dochodzisz do najważniejszego momentu, robi się tak cholernie pięknie, że skaczesz z radości i wołasz: Tak! Tak!, a Susan na to: „Doprawdy, Leisho, można by pomyśleć, że przed tobą nikt nigdy niczym się nie cieszył”.
— Kto to jest Susan? — zapytał Keller.
Nastrój prysł. Leisha mogła odpowiedzieć: Moja macocha, nie czując żalu o to, czym Susan obiecywała być ani o to, czym w końcu się stała. Keller stał oddalony zaledwie o krok i uśmiechał się ze zrozumieniem. Raptem poczuła tak gwałtowną ulgę, że bez namysłu podeszła do niego i objęła za szyję. Kiedy poczuła, że wzdryga się zaskoczony, przytuliła się jeszcze mocniej. Zaczęła łkać — ona, Leisha, która nigdy nie płacze.
— Hej! — mruknął Richard. — Hej!
— Błyskotliwa — zaśmiała się przez łzy. — Ależ błyskotliwa uwaga. Wiedziała, że chłopak uśmiechnął się, zażenowany.
— Może wolałabyś obejrzeć moje krzywe migracji ławic?
— Nie — załkała w odpowiedzi, więc dalej trzymał ją w objęciach, poklepując niezgrabnie po plecach. Bez słowa zapewniał ją, że jest wśród swoich.
* * *
Camden czekał na nią, choć było już po północy. Palił papierosa za papierosem. Powietrze posiwiało od dymu. Zapytał cicho:
— Dobrze się bawiłaś, Leisho?
— Tak.
— Cieszę się — odpowiedział i zgasiwszy ostatniego papierosa, ruszył po schodach na piętro — powoli, sztywno, bo przecież dobiegał już siedemdziesiątki — żeby położyć się spać.
* * *
Prawie przez cały rok wszędzie chodzili razem: na basen, na dyskoteki, do muzeów, do teatrów i bibliotek. Richard przedstawił ją dwunastce Bezsennych. Byli w różnym wieku, od czternastu do dziewiętnastu lat. Wszyscy niezwykle inteligentni i pełni zapału.
Leisha wiele się nauczyła.
Rodzice Tony’ego Indivino, tak jak jej rodzice, byli rozwiedzeni. Czternastoletni Tony mieszkał z matką, która nie miała zbytniej ochoty na bezsenne dziecko. Za to jego ojciec, który sobie tego zażyczył, miał teraz czerwony sportowy samochód i młodą przyjaciółkę, która projektowała ergonomiczne krzesła w Paryżu. Tony’emu nie wolno było mówić, że jest Bezsennym — ani krewnym, ani kolegom ze szkoły.
— Uznają cię za wariata — wyjaśniła mu matka, odwracając swój wzrok.
Kiedy jeden jedyny raz Tony nie posłuchał i powiedział koledze, że nigdy nie śpi, matka sprawiła mu lanie. Potem przeprowadzili się na inną ulicę. Tony miał wtedy dziewięć lat.
Jeanine Carter, niemal tak długonoga jak Leisha, trenowała łyżwiarstwo, przygotowując się do igrzysk olimpijskich. Ćwiczyła po dwanaście godzin dziennie, do czego nie byli zdolni jej sypiający rówieśnicy. Jak dotąd dziennikarze nic jeszcze nie wywęszyli. Jeanine bała się, że gdyby to wyszło na jaw, ktoś mógłby odmówić jej prawa do startu.
Читать дальше