Błysk światła rozciął zasłonę ciemności przed nimi. Oślepiony Dan dostrzegł jakieś czarne sylwetki oraz żarzący się fragment skały, ślad użycia miotacza.
— O, Bogowie Przestrzeni! — szepnął Ali. — Jeśli wycelują tutaj, to już po nas.
Tupot nóg zbliżał się w ich stronę. Dan wyprostował się i oparł dłoń na kaburze. Może powinien strzelać w kierunku, z którego dochodził dźwięk, ale nie potrafił nacisnąć spustu. Powstrzymywała go zakorzeniona w każdym Branżowcu nieufność do otwartej walki.
Zrobiło się przed nimi jasno. Nie z powodu fluorescencji do niedawna rozświetlającej te korytarze, lecz zwykłego, żółtego promienia, który podziałał na Ziemian uspokajająco. Czterej Branżowcy dostrzegli, jak pięć postaci zajmuje pozycje na podłodze przygotowując się do ataku.
— Poddajcie się! W imieniu Federacji! — zagrzmiał w korytarzach głos człowieka.
— Patrol! — stwierdził Ali.
W porządku — a więc Patrol wylądował, pomyślał Dan. Ale która ze znajdujących się przed nimi grupa reprezentowała prawo i porządek? Ci, którzy czekali na odparcie ataku, czy ci, którzy mieli zaatakować?
Promień światła zbliżał się stopniowo, aż w końcu jeden z ludzi wystrzelił prosto w jego centrum. Odpowiedziały mu strzały i rozległ się przeraźliwy krzyk zranionego człowieka.
Dan stwierdził, że gdyby mieli choć trochę rozumu, to wycofaliby się w głąb labiryntu i bezpiecznie przeczekali walkę. To nie był odpowiedni moment na wtrącanie się w porachunki Patrolu z bandą Richa. Młody Branżowiec nie podzielił się jednak myślami ze stojącym obok Alim. Wycelował natomiast swój miotacz w stronę sklepienia korytarza, w którym się przyczaili. Nacisnął spust.
Napięcie nadal ustawione było na minimalną wielkość, ale i tak płomień wbił się w skałę. Udało mu się dobrze ocenić odległość: w blasku ognia zobaczył ludzi, którzy strzałem zgasili światło Patrolu — teraz nie miał wątpliwości, że był to Patrol. Oświetlone twarze z szeroko otwartymi ustami wpatrywały się w jaśniejącą nad nimi smugę śmierci, jakby nagle wszyscy zostali zahipnotyzowani. Jakiś człowiek zrobił parę kroków w tył, w stronę Branżowców, ale nie udało mu się przemknąć bezpiecznie obok.
Kosti wyskoczył z ukrycia, ledwo widoczny w słabnącym lśnieniu sklepienia. Powinien był od razu zadać uciekającemu cios, ale ten wyśliznął się z rąk Branżowca w sposób niewiarygodny wykręcając swoje ciało. Gdyby nie długie ręce mechanika, które chwyciły pas zbiega, przestępca schroniłby się w zaułkach labiryntu.
Dan strzelił ponownie, dając koledze dość światła do prowadzenia walki. Oczom obserwatorów ukazała się teraz jednak scena odmienna. Postać równie potężna jak mechanik właśnie podniosła się z ziemi, szykując się do kolejnej próby ucieczki, a bezwładny Kosti leżał na podłodze.
Ali wykrzesał z siebie wszystkie nadwątlone siły i położył się w poprzek korytarza. Biegnący człowiek potknął się i, po raz kolejny, upadł. Dan znów strzelił. Tym razem skierował płomień w głąb przejścia zamykając drogę uciekającemu.
— Przestańcie! — zagrzmiało nad nimi. — Przestańcie strzelać, bo inaczej sprowadzimy nukleus i wymieciemy was wszystkich!
Odpowiedzią był skowyt dochodzący z mroków. Tuż przy wielkiej, żarzącej się jeszcze plamie na skale zauważyli skuloną sylwetkę. To nie mógł być człowiek!
Znowu zajaśniał płomień miotacza. Najbliżsi jego źródła byli trzej banici, którzy usiłowali ochronić rękami głowy. Ogień minął ich jednak i oświetlił leżącego Kostiego. Potężny Branżowiec nie poruszał się, z ust spływały krople krwi. W tym oślepiającym blasku widać było biegnącego w stronę kolegi Murę oraz skurczonego i kaszlącego Kamila.
Dan zwrócony był tymczasem w stronę labiryntu cały czas trzymając przygotowany do strzału miotacz. Wpatrywał się czujnie w tę dziwną sylwetkę w oddali. To coś, co poruszało się tuż przy wypalonym przez Dana otworze, miało pomarszczoną na twarzy skórę i ociekające śliną usta. To coś było niegdyś Salzarem, panem tego zapomnianego świata, władcą piekła stworzonego przez ziarno craxu: to coś nie było już człowiekiem.
Salzar odwrócił się, gdy dotarł do niego płomień, jęknął nieludzko i splunął krwią, po czym skoczył nad płonącą skałą w głąb labiryntu. Usłyszeli jeszcze jego przejmujące wywołane bólem, wycie.
— Thorson! Mura!
Dan zadrżał. Powinien pobiec za Salzarem, ale nie potrafił się zmusić do zrobienia jakiegokolwiek ruchu. Nie mógł ścigać tego potwora w ciemnościach. Odczuł ogromną ulgę usłyszawszy wołanie. Spojrzał w tył, w kierunku, z którego dochodziło, ale blask płomienia oślepił go. Mrużąc oczy zdołał jednak rozpoznać srebrno-czarne mundury Patrolu i brązowe tuniki Branżowców. Włożył miotacz do kabury i czekał.
Jakiś czas później siedział przy stole w osobliwym pomieszczeniu, którego wyposażenie w sposób jednoznaczny zdradziło charakter oddziaływania Otchłani: nagromadzono w nim niezliczone ilości przedmiotów zrabowanych z kilkudziesięciu co najmniej statków. Była to tandetnie luksusowa kwatera człowieka, którego znali: Salzara Richa.
Dan w zawrotnym tempie wchłonął prawdziwy posiłek — żadnych substytutów — słuchając jednocześnie, jak Mura streszcza wszystko, co stało się w ciągu ostatnich paru dni. Z trudem walczył ze zmęczeniem i sennością. W pozycji pionowej utrzymywała go zapewne chęć skosztowania wszystkich tych przysmaków, które postawiono na stole. Naturalne produkty to coś, o czym już prawie zdążył zapomnieć.
Czarne mundury przesuwały się przez pokój przynosząc raporty i odbierając rozkazy od Dowódcy Szwadronu, który wraz z Kapitanem Jellico przysłuchiwał się relacji Mury. Zupełnie jak koniec filmu sensacyjnego, pomyślał Dan. Wszystko dobrze się kończy: Patrol zdążył na czas i teraz oni kontrolowali sytuację.
— Najgorsza sprawa, na jaką dotychczas natrafiliśmy — rzekł Komandor.
— Macie wreszcie wyjaśnienie, dlaczego tak wiele statków w tajemniczy sposób znikało z przestrzeni międzyplanetarnej — zauważył Van Ryck.
Odpowiedziało mu westchnienie.
— Będziemy musieli przeczesać te wzgórza, a może nawet rozkopać je, żeby z czystym sumieniem stwierdzić, że zakończyliśmy misję. Oczywiście spis tych wszystkich przedmiotów też się przyda. Wyjaśni to pewnie zagadki w kronikach Kwatery Głównej. Tylko dzięki wam jest to możliwe. — Komandor wstał i zasalutował. — Kapitanie, żegnam się na razie. Jeśli będzie pan mógł, to proszę o spotkanie za jakieś — spojrzał na zegarek — trzy godziny. Zrobimy naradę. Jest kilka problemów, które mieliśmy omówić.
Wyszedł z pokoju. Dan pił jakiś płyn z kubka ozdobionego herbem Inspekcji. Gdy dostrzegł te dwie skrzyżowane komety, wzdrygnął się i odsunął naczynie. Zbyt wyraźne miał przed oczyma wcześniejsze odkrycie. Tak, na pewno jest tu całe mnóstwo osobliwych przedmiotów. Ucieszył się na myśl, że to nie on będzie musiał je posegregować i spisać.
— Ten labirynt — głos Van Ryck nie był spokojny — może zajrzelibyśmy do niego? Jellico parsknął śmiechem.
— Mówisz tak, jakbyś sądził, że Patrol kogokolwiek tam wpuści oprócz specjalistów z Federacji!
Wzmianka o labiryncie wywołała u Dana wspomnienie tego, co niedawno zaszło i po raz pierwszy odezwał się:
— Rich tam uciekł. Proszę pana, czy już go złapali?
— Jeszcze nie — odpowiedział Kapitan. Nie był chyba szczególnie zainteresowany zniknięciem przywódcy banitów. — Craxoman prawda? Przeskoczył przez płomień, kiedy do was dotarliśmy.
Читать дальше