— Ale oni umieją zabijać Harkonnenów.
— A chcesz znać rezultat? Nawet w tej chwili poluje się na nich jak na zwierzęta — z rusznicami laserowymi, bo nie mają tarcz. Są poddawani eksterminacji. Dlaczego? Bo zabijali Harkonnenów.
— Czy rzeczywiście zabijali Harkonnenów? — spytał Halleck.
— Co masz na myśli?
— Nie słyszałeś, że z Harkonnenami byli przypuszczalnie sardaukarzy?
— Znowu pogłoski.
— Jednak pogrom nie jest w stylu Harkonnenów. Pogrom jest marnotrawstwem.
— Wierzę w to, co widzę na własne oczy — powiedział Tuek. — Zdecyduj się, mężu walki. Ja albo Fremeni. Zapewniam ci azyl i szansę przelania krwi, której obaj łakniemy. Możesz być tego pewien. Fremeni ofiarowują ci jedynie życie ściganej zwierzyny.
Halleck wahał się, wyczuwając mądrość i współczucie w słowach Tueka, jednak coś go gryzło z zupełnie niezrozumiałego powodu.
— Zaufaj własnemu rozumowi — rzekł Tuek. — Czyje decyzje ocaliły twój oddział z bitwy? Twoje. Decyduj.
— Tak musi być — powiedział Halleck. — Książę i jego syn nie żyją?
— Tak uważają Harkonnenowie. Jeżeli chodzi o tego rodzaju sprawy, skłonny jestem ufać Harkonnenom. — Ponury uśmiech zagościł na ustach Tueka. — I tu by się mniej więcej kończyło moje całe do nich zaufanie.
— Zatem musi tak być — powtórzył Halleck.
Wyciągnął prawą rękę w tradycyjnym geście, dłonią do góry i z kciukiem płasko na niej złożonym.
— Oddaję ci mój miecz.
— Przyjmuję.
— Chcesz, bym nakłonił mych ludzi?
— A pozwoliłbyś im na samodzielną decyzję?
— Szli za mną aż dotąd, lecz większość urodziła się na Kaladanię. Arrakis nie jest taka, jak ją sobie wyobrażali. Tu stracili wszystko prócz życia. Wolałbym, żeby decydowali sami za siebie.
— Nie czas teraz na twoje wahanie — powiedział Tuek. — Doszli za tobą aż tutaj.
— Potrzebujesz ich?
— Zawsze znajdziemy miejsce dla doświadczonych wojowników… w tych dniach bardziej niż kiedykolwiek.
— Przyjąłeś mój miecz. Życzysz sobie, żebym wpłynął na nich?
— Myślę, że oni sami pójdą za tobą, Gurneyu Hallecku.
— Oby tak było.
— Oby.
— Mogę więc sam o tym zadecydować?
— Możesz sam zadecydować.
Halleck podniósł się z krzesła, czując, jak wiele z jego zapasu sił poszło na ten mizerny wysiłek, by stanąć na nogi.
— Na razie rozejrzę się po ich kwaterach i zbadam nastroje.
— Porozum się z moim kwatermistrzem — rzekł Tuek. — Nazywa się Drisq. Powiedz mu, że życzę sobie, by okazał wam jak najdalej posuniętą gościnność. Przyjdę do ciebie… niebawem. Najpierw muszę wyekspediować parę transportów przyprawy.
— Szczęście uśmiecha się wszędzie — rzekł Halleck.
— Wszędzie — powiedział Tuek. — Niespokojne czasy, to wyjątkowa okazja w naszych sprawach.
Halleck skłonił głowę, za sobą usłyszał lekki szmer i wyczuł prąd powietrza, gdy rozwarła się na oścież furta śluzy. Odwrócił się i zanurkowawszy przez nią opuścił gabinet. Znalazł się w sali ogólnej, do której adiutanci Tueka wprowadzili go uprzednio wraz z ludźmi. Było to długie i wąskie pomieszczenie, wyciosane w litej skale, a jego gładkie powierzchnie zdradzały działanie lanc laserowych. Sufit strzelał dostatecznie wysoko, by przedłużyć naturalny łuk skalnego sklepienia i przepuścić wewnętrzne prądy konwekcyjne powietrza. Wzdłuż ścian znajdowały się stojaki na broń i szafki. Nie bez dumy Halleck zauważył, że ci z jego ludzi, którzy byli nadal zdolni utrzymać się na nogach, stoją, że znużenie i klęska ich nie załamały. Medycy przemytników kręcili się między nimi, opatrując rannych. Ciężko rannych zebrano w jednym miejscu w głębi po lewej stronie, a przy każdym czuwał atrydzki towarzysz broni. Atrydzkie wyszkolenie: „Troszczymy się o swoich”, przetrwało w nich jak rdzeń rodzimej skały — zauważył Halleck. Jeden z jego poruczników wystąpił do przodu z dziewięciostrunową balisetą Hallecka. Zasalutował.
— Sir, tutejsi medycy mówią, że nie ma nadziei dla Mattaiego. Oni tu nie posiadają banku kości ani narządów Jedynie środki polowe. Mattai nie przeżyje, mówią, ale on ma prośbę do ciebie.
— Jaką?
— Mattai prosi o pieśń, by łatwiej mu było odejść, sir. Mówi, że będziesz wiedział, o którą chodzi… dość często prosił cię o nią. — Porucznik przełknął. — To pieśń zwana „Ma luba”, sir. Gdybyś…
— Wiem.
Halleck wziął balisetę, wyłuskał wieloczynnościowe piórko z zacisku na gryfie. Dobył cichy akord z instrumentu; stwierdził, że ktoś go już nastroił. Oczy go paliły, ale wyrzucił to ze swych myśli, kiedy szedł przed siebie wygrywając melodię i zmuszając się do swobodnego uśmiechu. Medyk przemytników i paru jego ludzi pochylali się nad noszami. Kiedy Halleck podszedł, któryś z ludzi zaczął cichutko śpiewać, z łatwością wpadając w rytm.
Ma luba stoi w oknie,
piersiami dotyka szkła.
Słońce purpurą płonie,
złoci jej ręce na łonie.
Zabierz mnie,
Zabierz w ramiona, luba ma.
Weź mnie,
Weź w swe ramiona, luba ma.
Śpiewak skończył, wyciągnął obandażowaną rękę i zamknął powieki mężczyźnie na noszach. Halleck dobył ostatni, cichy akord z balisety i pomyślał: Teraz jest nas siedemdziesięciu trzech.
Wielu ludziom trudno zrozumieć życie rodzinne „ochronki” królewskiej, jednak spróbuję naszkicować je wam skrótowo.
Mój ojciec miał, jak sądzę, jednego tylko prawdziwego przyjaciela. Był nim hrabia Hasimir Fenring, eunuch genetyczny i jeden z najgroźniejszych rycerzy w Imperium. Hrabia, wytworny, acz szpetny człowieczek, pewnego dnia sprowadził nową niewolnicę — konkubinę memu ojcu, a ja zostałam przez matkę wysłana na przeszpiegi. Wszystkie szpiegowałyśmy ojca tytułem samoobrony. Żadna z niewolnic — konkubin, na jakie mu zezwalał traktat Bene Gesserit z Gildią, nie mogła, rzecz jasna, zrodzić królewskiego następcy, lecz intrygi były bezustanne i nużące w swej monotonii. Osiągnęłyśmy biegłość, moja matka, siostry i ja również, w unikaniu najprzemyślniejszych narzędzi śmierci. To, co powiem, może wydawać się straszne, ale wcale nie jestem pewna, czy mój ojciec nie przykładał ręki do tych wszystkich zamachów. Rodzina królewska to jednak zupełnie inna rodzina.
Zatem wyobraźmy sobie tę nową niewolnicę — konkubinę, rudowłosą jak mój ojciec, wiotką i zgrabną, o mięśniach akrobatki, najwyraźniej przeszkoloną w neuro — kuszeniu. Mój ojciec przypatrywał się jej przez długi czas, gdy pozowała przed nim naga. Wreszcie rzekł: „Jest zbyt piękna. Oszczędzimy ją na podarunek”. Nie macie pojęcia, jak wielką konsternację ta powściągliwość wywołała w „ochronce” królewskiej. W końcu finezja i samokontrola stanowiły śmiertelne zagrożenie dla nas wszystkich.
„W domu mojego ojca” pióra księżniczki Irulan
Późnym popołudniem Paul stał przed filtrnamiotem. Szczelinę, w której rozbił obóz, zalegał głęboki cień. Spoglądając ponad otwartym piaskiem na odległą ścianę skalną zastanawiał się, czy powinien obudzić matkę śpiącą w namiocie. Fałdy wydm rozchodziły się wokół ich kryjówki jedna za drugą. Rzucały gęste cienie z dala od zachodzącego słońca, tak czarne, jakby były odpryskami nocy. Cóż za monotonia! Jego duch szybował poszukując jakiejś wysokości w tym pejzażu. Lecz nie znajdował żadnego zdecydowanego pionu w wyjałowionym upałem powietrzu aż po horyzont, żadnego kwiecia, żadnego łagodnego kołysania znaczącego przyjście bryzy… tylko wydmy i tamto oddalone urwisko pod niebem z wybłyszczonego srebrobłękitu.
Читать дальше