— Więc to tobie winien jestem podziękowanie za okazaną nam pomoc — powiedział Halleck.
— Aaach, wdzięczność — stwierdził przemytnik. — Siadaj.
Ze ściany wysunął się niski fotel lotniczy i Halleck, świadom swego zmęczenia, opadł nań z westchnieniem. W ciemnej tafli koło przemytnika widział teraz własne odbicie i z ponurą miną przypatrzył się bruzdom utrudzenia na swej kanciastej twarzy. Blizna od krwawinu na jego brodzie skręciła się przy tym ponurym grymasie. Halleck odwrócił twarz od swego odbicia i utkwił spojrzenie w Tueku. Dostrzegał teraz rodzinne podobieństwo w przemytniku — krzaczaste, obwisłe brwi oraz powierzchnie policzków i nosa jak wyciosane z kamienia.
— Wasi ludzie mówią, że twój ojciec nie żyje, zabity przez Harkonnenów — powiedział Halleck.
— Przez Harkonnenów albo przez zdrajcę spośród waszych ludzi — odparł Tuek.
W gniewie Halleck zapomniał o zmęczeniu. Wyprostował się.
— Czy możesz wymienić imię zdrajcy? — zapytał.
— Nie mamy pewności.
— Thufir Hawat podejrzewał lady Jessikę.
— Aaach, wiedźma Bene Gesserit… być może. Lecz Hawat jest teraz jeńcem Harkonnenów.
— Słyszałem — Halleck wciągnął głęboko powietrze. — Wydaje się, że przed nami niemało jeszcze krwi do przelania.
— Nie zrobimy niczego, co zwróci na nas uwagę — powiedział Tuek.
Halleck zesztywniał.
— Ale…
— Tobie i tym twoim ludziom, których uratowaliśmy, ofiarujemy azyl wśród nas — powiedział Tuek. — Mówisz o wdzięczności. Doskonale, odpracuj tu swój dług. Zawsze znajdziemy zajęcie dla dobrych ludzi. Jednakże zabijemy was z miejsca, gdybyście uczynili najmniejszy wrogi ruch przeciwko Harkonnenom.
— Ale oni zabili twego ojca, człowieku!
— Być może. Jeśli nawet tak, oto odpowiedź mego ojca tym, którzy działają bez zastanowienia: „Kamień jest ciężki i piasek ma ciężar, ale cięższy od nich obu jest gniew głupca”.
— Zatem nie zamierzasz kiwnąć palcem w tej sprawie? — zapytał szyderczo Halleck.
— Tego nie słyszałeś z moich ust. Mówię jedynie, że będę chronił nasz kontrakt z Gildią. Gildia wymaga od nas ostrożnej gry. Są inne sposoby zniszczenia wroga.
— Aaaaach!
— Istotnie ach. Jeśli masz ochotę tropić czarownicę, droga wolna. Ale ostrzegam, że prawdopodobnie się spóźniłeś… a my wątpimy, czy ona jest tą osobą, której szukasz, tak czy owak.
— Hawat rzadko się mylił.
— Dał się wziąć do niewoli Harkonnenom.
— Myślisz, że on jest zdrajcą?
Tuek wzruszył ramionami.
— To są jałowe rozważania. Myślimy, że czarownica nie żyje. Przynajmniej tak sądzą Harkonnenowie.
— Wiesz bardzo dużo o Harkonnenach.
— Aluzje i niedomówienia… plotki i domysły.
— Jest nas siedemdziesięciu czterech ludzi — powiedział Halleck. — Jeśli rzeczywiście chcesz, byśmy się do ciebie zaciągnęli, musisz wierzyć w śmierć naszego księcia.
— Widziano jego ciało.
— A chłopca także… młodego panicza Paula? — Halleck próbował przełknąć ślinę, ale miał grudę w gardle.
— Według ostatniej wiadomości, jaką otrzymaliśmy, zaginął wraz ze swoją matką w pustynnym samumie. Najprawdopodobniej nigdy nie odnajdą się… choćby ich kości.
— Więc czarownica nie żyje… wszyscy zginęli.
Tuek kiwnął głową.
— I Bestia Rabban, jak mówią, powróci do władzy na Diunie.
— Hrabia Rabban z Lankiveil?
— Tak.
Halleck potrzebował czasu na opanowanie zalewającej go fali krwi, która groziła apopleksją z wściekłości. Dyszał ciężko.
— Mam prywatne porachunki z Rabbanem. Jestem mu winien za… życie mojej rodziny… — potarł bliznę na brodzie — … i za to…
— Nie załatwia się porachunków przedwcześnie, wszystko stawiając na jedną kartę — rzekł Tuek. Spochmurniał śledząc grę mięśni na szczęce Hallecka, nagłą skrytość w przysłoniętych powiekami oczach tego mężczyzny.
— Wiem… wiem… — Halleck odetchnął głęboko.
— Ty i twoi ludzie możecie służąc u nas zarobić sobie na przelot z Arrakis. Jest wiele miejsc do…
— Zwalniam swoich ludzi z wszelkiej zależności ode mnie, niech decydują sami. Skoro Rabban jest tutaj… ja zostaję.
— Nie jestem pewien, czy życzymy sobie, żebyś został, widząc twój stan ducha.
Halleck przeszył przemytnika spojrzeniem.
— Wątpisz w moje słowo?
— Nie-e-e…
— Ocaliłeś mnie od Harkonnenów. Ślubowałem wierność księciu Leto z nie większego powodu. Zostanę tu na Arrakis — z wami… albo z Fremenami.
— Czy wypowiedziana, czy nie, myśl realnie istnieje i ma swoją moc — powiedział Tuek. — Mógłbyś się przekonać, że linia między życiem a śmiercią jest zbyt cienka i zbyt ulotna wśród Fremenów.
Halleck przymknął na chwilę oczy czując, jak ogarnia go znużenie.
— „Gdzież jest Pan, który powiedzie nas przez ziemię pustyń i otchłani?” — zamruczał.
— Zdążaj powoli, a dzień twej zemsty nadejdzie — powiedział Tuek. — Pośpiech jest wymysłem szatana. Ucisz swą rozpacz — po to mamy rozrywki; trzy są rzeczy, które niosą ulgę sercu: woda, zieleń trawy i uroda kobiety.
Halleck otworzył oczy.
— Wolałbym kałużę krwi Rabbana Harkonnena u swych stóp. — Wpił się spojrzeniem w Tueka. — Myślisz, że taki dzień nadejdzie?
— Niewiele mam wspólnego z tym, jakie powitasz jutro, Gurneyu Hallecku. Mogę ci tylko dopomóc powitać dzień dzisiejszy.
— Przyjmuję zatem tę pomoc i zostaję aż do dnia, w którym rozkażesz mi pomścić twego ojca i wszystkich innych, którzy…
— Posłuchaj mnie, mężu walki — powiedział Tuek. Wychylił się do przodu nad biurkiem; barki miał na jednym poziomie z uszami, w oczach zawziętość. Twarz przemytnika upodobniła się nagle do zwietrzałej skały.
— Wodę mojego ojca… tę odkupię swoim własnym ostrzem.
Halleck nie odrywał od niego oczu. W tym momencie przemytnik przypominał mu księcia Leto: przywódca ludzi, odważny, pewny swej pozycji i swego powołania. Był jak książę… przed Arrakis.
— Czy chcesz wsparcia mojego ostrza? — zapytał Halleck.
Tuek odchylił się do tyłu, rozluźnił, w milczeniu przypatrując się Halleckowi.
— Czy uważasz mnie za męża walki? — nalegał Halleck.
— Tylko ty jeden z adiutantów księcia uszedłeś z życiem — powiedział Tuek. — Siła twego wroga była przytłaczająca, ty jednak ugiąłeś się, aby zwyciężyć… pokonałeś go w taki sposób, jak my pokonujemy Arrakis.
— Co proszę?
— Żyjemy tutaj na łasce tej planety, Gurneyu Hallecku — powiedział Tuek. — Arrakis jest naszym wrogiem.
— Starczy jeden wróg naraz, czy nie tak?
— Właśnie tak.
— Czy tak właśnie radzą sobie Fremeni?
— Być może.
— Powiedziałeś, że życie z Fremenami może się dla mnie okazać zbyt twarde. Żyją w pustyni, pod gołym niebem, czy to dlatego?
— Któż wie, gdzie żyją Fremeni? Dla nas Płaskowyż Centralny jest ziemią niczyją. Ale ja chciałbym porozmawiać raczej o…
— Mówią, że Gildia rzadko wytycza szlaki przyprawowych lichtug ponad pustynią — rzekł Halleck. — Ale krążą pogłoski, że tu i ówdzie widać skrawki zieleni, jeśli się wie, gdzie patrzeć.
— Pogłoski! — skrzywił się Tuek. — Chciałbyś teraz wybierać między mną a Fremenami? Jesteśmy poniekąd bezpieczni, mamy własną, wykutą w skale sicz, swoje ukryte baseny. Żyjemy życiem ludzi cywilizowanych. Fremeni to parę band obszarpańców, których my zatrudniamy jako poszukiwaczy przyprawy.
Читать дальше