— Mój panie… — Rabban zmarszczył brwi, wahając się. — Zawsze miałem wrażenie, że nie doceniamy Fremenów, zarówno ich liczby, jak i…
— Nie zawracaj sobie nimi głowy, chłopcze! To motłoch. Nas obchodzą ludzie z miast, miasteczek i osad. Mnóstwo tam ludzi, co?
— Mnóstwo, mój panie.
— Oni mnie martwią, Rabban.
— Martwią cię?
— Och… w dziewięćdziesięciu procentach nic mnie nie obchodzą. Ale zawsze znajdzie się paru… rody niskie i tak dalej, ludzie z ambicjami, którzy mogą spróbować niebezpiecznej gry. Gdyby ktoś taki opuścił Arrakis z nieprzyjemną opowieścią o tym, co tutaj zaszło, byłbym w najwyższym stopniu niezadowolony. Czy masz chociaż pojęcie, jak bardzo byłbym niezadowolony?
Rabban przełknął.
— Musisz poczynić natychmiastowe kroki biorąc zakładników z każdego niskiego rodu — rzekł baron. — O ile ktoś spoza Arrakis ma coś wiedzieć, to była to zwykła bitwa między rodami. Sardaukarzy nie brali w niej udziału, rozumiesz? Księciu zaproponowano zwyczajową kwaterę i wygnanie, lecz zginął w nieszczęśliwym wypadku, zanim je przyjął. Chociaż miał właśnie przyjąć. Zaś wszelka plotka, że tutaj byli sardaukarzy, musi być witana śmiechem.
— Zgodnie z życzeniem Imperatora — powiedział Rabban.
— Zgodnie z życzeniem Imperatora.
— A co z przemytnikami?
— Nikt nie uwierzy przemytnikom, Rabban. Im się nie wierzy, ich się toleruje. Na wszelki wypadek rozdawaj jakieś łapówki w tym kręgu… i podejmuj inne środki, jakie ci przyjdą — w co nie wątpię — do głowy.
— Tak, mój panie.
— Zatem Arrakis to dwie rzeczy, Rabban: zysk i bezlitosna pięść. Nie wolno ci tu okazać żadnej litości. Są to rody zawistne wobec swych panów i tylko czekające okazji do rebelii. Nie wolno ci okazać im choćby najmniejszej odrobiny litości czy łaski.
— Czy można eksterminować całą planetę? — zapytał Rabban.
— Eksterminować? — Szybki obrót głowy barona ujawnił zaskoczenie. — Kto tu mówi o eksterminacji?
— No, przypuszczałem, że zamierzasz sprowadzić nowy inwentarz i…
— Powiedziałem uciskać, nie eksterminować. Nie marnuj ludzi, tylko zmuś ich do krańcowego poddaństwa. Musisz być drapieżnikiem, mój chłopcze. — Uśmiechnął się dziecięcym uśmiechem na pucołowatej twarzy z dołeczkami. — Drapieżnik nigdy nie spoczywa. Nie znaj litości. Nie znaj spoczynku. Litość jest chimerą. Daje się pokonać burczeniem głodnego żołądka, wołaniem nienasyconego gardła. Musisz być zawsze głodny i spragniony. — Baron pogładził swe wypukłości pod dryfami. — Jak ja.
— Rozumiem, mój panie.
Rabban rozejrzał się na boki.
— Zatem wszystko jasne, bratanku?
— Z wyjątkiem jednej sprawy, stryju: ten planetolog, Kynes.
— Ach tak, Kynes.
— On jest człowiekiem Imperatora, mój panie. Przychodzi i odchodzi, gdzie chce i kiedy chce. I jest w bardzo dobrej komitywie z Fremenami… poślubił Fremenkę.
— Kynes będzie martwy jutro przed zapadnięciem nocy.
— To czyn niebezpieczny, stryju, zabić urzędnika imperialnego.
— A myślisz, że w jaki sposób zaszedłem tak szybko i tak wysoko? — zapytał baron. Głos jego był cichy, brzemienny nie wypowiedzianymi przymiotnikami. — Poza tym, w ogóle nie musiałeś się obawiać,że Kynes opuści Arrakis. Zapominasz, że on jest uzależniony od przyprawy.
— Rzeczywiście!
— Ci, którzy wiedzą, nie zrobią niczego, co mogłoby zagrozić ich dostawom. Kynes z pewnością musi wiedzieć.
— Zapomniałem — powiedział Rabban.
Spoglądali na siebie w milczeniu. Po chwili baron powiedział:
— A propos, przede wszystkim zajmiesz się dostawami dla mnie. Mam niezły prywatny zapas, lecz ów samobójczy rajd książęcych ludzi kosztował mnie większość tego, co zgromadziliśmy na sprzedaż.
Rabban kiwnął głową.
— Tak, mój panie.
Baron pojaśniał.
— Zatem jutro rano zbierzesz to, co pozostało z tutejszej hierarchii i oświadczysz im: „Jego Wysokość nasz Padyszach Imperator nakazał mi wziąć we władanie tę planetę i położyć kres wszelkim waśniom”.
— Rozumiem, mój panie.
— Tym razem jestem pewny, że rozumiesz. Jutro omówimy to dokładniej. Teraz odejdź, abym mógł się wyspać.
Baron wyłączył pole drzwi, śledząc bratanka, dopóki ten nie znikł mu z oczu. Zakuty łeb — pomyślał baron. — Zakuty łeb i góra mięsa. Jak tu z nimi skończy, będą krwawą miazgą. Wówczas, kiedy przyślę Feyda — Rauthę, by zdjął z nich jarzmo, zaczną wiwatować swemu wybawcy. Ukochany Feyd — Rautha. Łaskawy Feyd — Rautha, litościwy — przynosi wybawienie od bestii. Feyd — Rautha, człowiek, dla którego warto żyć i warto umrzeć. Do tego czasu chłopiec będzie już umiał gnębić bezkarnie. Jestem pewien, że on jest tym, kogo nam trzeba. Nauczy się. I takie cudne ciało. Zaiste cudowny chłopiec.
W wieku piętnastu lat nauczył się już milczenia.
z „Historii dzieciństwa Muad’Diba” pióra księżniczki Irulan
Zmagając się ze sterami ornitoptera Paul zdał sobie sprawę, że przeprowadza selekcję żywiołów samumu, zaś jego nadmentacka świadomość dokonuje kalkulacji na podstawie najdrobniejszych szczegółów. Wyczuwał fronty pyłu, zafalowania, nakładanie się turbulencji, przelotny wir. Niespokojne pudło wnętrza kabiny rozjaśniała zielona łuna od tarcz przyrządów. Bura rzeka pyłu na zewnątrz wydawała się bezkształtna, ale zmysłem wewnętrznym Paul zaczął widzieć przez tę kurtynę. Muszę znaleźć odpowiedni wir — pomyślał. Od dłuższego już czasu wyczuwał słabnięcie mocy samumu, chociaż rzucało nimi nadal. Przetrzymał kolejną turbulencję.
Wir dał o sobie znać gwałtownym kołysaniem, które zagrzechotało całym statkiem. Odsuwając od siebie wszelki strach Paul położył ornitopter w lewy wiraż. Jessika dojrzała manewr na kuli położenia.
— Paul! — krzyknęła.
Wir zawrócił ich, okręcając i huśtając statkiem. Podniósł ornitopter niczym gejzer słomkę, wypluł go do góry i odrzucił, jak skrzydlatą drobinę w rdzeniu kołującego pyłu, w blasku drugiego księżyca. Spoglądając w dół Paul zobaczył słup gorącego wiatru, który ich wyrzygał, ujrzał zamierający samum uchodzący w głąb pustyni jak wyschnięta rzeka — księżycowo szare poruszenie, malejące w dole, kiedy wznosili się w prądzie wstępującym.
— Wyszliśmy z tego — wyszeptała Jessika.
Paul zawrócił statek uchodząc od pyłu przerywanym nurkiem, rozglądając się po nocnym niebie.
— Umknęliśmy im — powiedział.
Jessika usłyszała bicie swego serca. Opanowała się z wysiłkiem i popatrzyła na zanikający samum. Jej zmysł czasu wskazywał, że szybowali w tym sprzężeniu żywiołów niecałe cztery godziny, ale w głębi ducha oceniła to jako całe życie. Czuła się tak, jakby się na nowo narodziła. To było niczym litania — pomyślała. — Stawiliśmy mu czoło bez stawiania oporu. Samum przeszedł przez nas i po nas. Odszedł, a my zostaliśmy.
— Nie podoba mi się ten dźwięk w pracy skrzydeł — rzekł Paul. — Gdzieś musi być uszkodzenie.
O zgrzytliwym i kalekim locie mówiły jego dłoniom stery. Znaleźli się na zewnątrz samumu, lecz ciągle nie wewnątrz pola jego wieszczego widzenia. Umknęli jednakże i Paula opanowało drżenie zwiastując próg objawienia. Zadygotał. Doznanie było magnetyczne i przerażające. Przyłapał się na poszukiwaniu przyczyn tej rozdygotanej świadomości. Czuł, że w pewnej mierze zawiniła tu przesycona przyprawą dieta Arrakis. Uważał jednak, że częściowo mogła to sprawić litania, której słowa jak gdyby posiadały moc same w sobie. „Nie będę się bać…”
Читать дальше