Z tymi dwoma i jak oni w ubiorze pustynnym zbliżał się człowiek Kynesowi znajomy — Gurney Halleck. Kynes wciągnął głęboko powietrze tłumiąc niechęć do Hallecka, który udzielił mu pouczeń, jak się należy zachowywać w obecności księcia i książęcego dziedzica. Wolno ci zwracać się do księcia „mój panie” albo „Sire”. „Szlachetnie urodzony” też ujdzie, ale to zwrot na bardziej oficjalne okazje. Do syna można mówić „młody panie” albo „mój panie”. Książę jest człowiekiem wielce wyrozumiałym ale nie znosi zbytniej poufałości. Obserwując zbliżającą się grupę Kynes pomyślał: bardzo prędko dowiedzą się, kto jest panem Arrakis. Kazać jakiemuś mentatowi maglować mnie przez pół nocy? Spodziewać się po mnie, że ich zabiorę na inspekcję przyprawowych piasków? Cel pytań Hawata nie uszedł uwagi Kynesa. Oni chcą imperialnych baz. I nie ulegało wątpliwości, że o bazach dowiedzieli się od Idaho. Każę Siilgarowi odesłać temu księciu głowę Idaho — obiecał sobie Kynes. Książęcy orszak znajdował się teraz zaledwie o parę kroków, piasek chrzęścił pod podeszwami butów pustynnych. Kynes schylił głowę w ukłonie.
— Mój panie, książę.
Zbliżając się do samotnej postaci mężczyzny stojącego w sąsiedztwie ornitoptera Leto przyglądał mu się z uwagą: wysoki, szczupły, odziany na pustynną modłę w luźny płaszcz, filtrfrak i buty z krótkimi cholewami. Zarzucony na plecy kaptur ze zwisającym u boku czarczafem wystawiał na widok rudoblond włosy i rzadką brodę. Oczy pod krzaczastymi brwiami były owym niezgłębionym błękitem w błękicie. W jego oczodołach znać było resztki ciemnego barwnika.
— Ty jesteś ekologiem — powiedział książę.
— My tutaj wolimy stary tytuł, mój panie — odparł Kynes. — Planetologiem.
— Jak sobie życzysz — powiedział książę. — Synu, to jest Sędzia Zmiany, arbiter w sporze, człowiek, który z urzędu mu czuwać tutaj nad przestrzeganiem form objęcia przez nas we władanie tego lenna. — Zerknął na Kynesa. — A to jest mój syn.
— Mój panie — powiedział Kynes.
— Jesteś Fremenem? — spytał Paul.
Kynes uśmiechnął się.
— Przyjmuje mnie i sicz, i wioska, młody panie. Ale jestem Imperialnym Planetologiem w służbie jego Królewskiej Mości.
Paul skinął głową — był pod wrażeniem bijącej od mężczyzny siły. Halleck wskazał Paulowi Kynesa z górnego okna budynku zarządu: To ten mężczyzna stojący w eskorcie Fremenów, co idzie teraz w stronę ornitoptera. Paulowi mignęły przelotnie w lornetce dumne, proste usta i wysokie czoło Kynesa. Halleck zamruczał Paulowi do ucha:
— Dziwaczny facet. Wysławia się krótko, węzłowato, bez owijania w bawełnę.
A książę za ich plecami powiedział:
— Typowy naukowiec.
Teraz, stojąc zaledwie o parę stóp od tego człowieka, Paul wyczuwał w nim moc, emanację osobowości obdarzonej wrodzoną charyzmą przywódcy, jakby w żyłach Kynesa płynęła królewska krew.
— Rozumiem, że tobie winniśmy podziękowanie za nasze filtrfraki i te płaszcze — powiedział książę.
— Mam nadzieję, że leżą dobrze, mój panie — rzekł Kynes. — To robota fremeńska, a wielkość ich jest jak najbliższa wymiarów, które podał twój człowiek, obecny tu Halleck.
— Zaniepokoiło mnie twoje stwierdzenie, że nie zabierzesz nas w pustynię, jeśli nie założymy tych strojów — powiedział książę. — Możemy wziąć dużo wody. Nie wybieramy się na długi lot i będziemy mieli powietrzną osłonę, eskortę, jaką widzisz w tej chwili nad głową. Nie wydaje się prawdopodobne, byśmy przymusowo lądowali.
Kynes przeszył go spojrzeniem, mierząc napęczniałe wodą ciało. Powiedział ozięble:
— Na Arrakis nigdy nie mówi się o prawdopodobieństwach. Mówi się o ślepym przypadku.
Halleck najeżył się.
— Do księcia należy się zwracać „mój panie” albo „Sire”!
Leto zrobił sekretny znak dłonią, by dał on spokój; powiedział:
— Nasze zwyczaje są tu nowe, Gurney. Musimy brać to pod uwagę.
— Twoja wola, Sire.
— Jesteśmy twymi dłużnikami, doktorze Kynes — powiedział Leto. — Te ubiory i troska o nasze dobro nie pójdą w niepamięć.
Paul przypomniał sobie werset z Biblii P. K. i pod wpływem chwili wyrecytował:
— „Dar jest błogosławieństwem ofiarodawcy”.
W martwym powietrzu słowa zahuczały z nienaturalną donośnością. Fremeńska eskorta, którą Kynes zostawił w cieniu pod budynkiem zarządu, zerwała się z kucek na równe nogi szemrząc w wyraźnym podnieceniu. Jeden z nich krzyknął:
— Lisan al-Gaib!
Kynes obrócił się jak ukąszony w ich stronę, zrobił krótki, błyskawiczny ruch dłonią i machnięciem ręki odprawił swoją eskortę. Sarkając między sobą cofnęli się i powlekli za róg budynku.
— Nader ciekawe — powiedział Leto.
Kynes zmierzył twardym, piorunującym spojrzeniem księcia i Paula.
— Większość tubylców to zabobonna gromada. Nie zwracajcie na nich uwagi. Nie mają złych intencji.
Ale myślał o słowach wyroczni: „Powitają was Świętymi Słowy i błogosławieństwem będą wasze dary”.
Opinia Leto o Kynesie, w części oparta na krótkim ustnym raporcie Hawata (ostrożnym i pełnym podejrzeń) skrystalizowała się nagle: ten człowiek jest Fremenem. Kynes przybył z eskortą Fremenów, co mogło oznaczać po prostu, że Fremeni sprawdzają swoje nowe prawo do swobodnego przebywania na terenie miast, lecz wyglądało to na kompanię honorową. A sądząc z zachowania, Kynes był człowiekiem dumnym, przywykłym do wolności, którego język i maniery trzymały na wodzy jedynie jego własne uprzedzenia. Pytanie Paula było na miejscu i na temat. Kynes zasymilował się.
— Czy nie powinniśmy ruszać, Sire? — zapytał Halleck.
Książę przytaknął skinieniem głowy.
— Sam poprowadzę swój ornitopter. Kynes niech siądzie ze mną z przodu, by pokazywać mi drogę. Ty i Paul zajmijcie tylne siedzenia.
— Jeszcze chwilkę — powiedział Kynes. — Za pozwoleniem, Sire, muszę sprawdzić stan zabezpieczenia waszych ubiorów.
Książę zamierzał coś odpowiedzieć, ale Kynes ponaglił:
— Chodzi o moje własne ciało tak samo jak o twoje… mój panie. Doskonale zdaję sobie sprawę, czyje poderżną gardło, jeśli wam dwóm coś się przytrafi pod moją opieką.
Książę zmarszczył brwi. Co za drażliwy moment! Jeżeli odmówię, gotów się obrazić. A to może być człowiek o bezcennej dla mnie wartości. Mimo to… wpuścić go za mą tarczę, zezwolić na dotykanie mej osoby, gdy tak niewiele o nim wiem?
Myśli te przemknęły mu przez głowę błyskawicznie, decyzja przyszła tuż po nich.
— Oddajemy się w twoje ręce — powiedział książę. Zrobił krok do przodu otwierając płaszcz, dostrzegł, że Halleck przenosi ciężar ciała na palce, zebrany w sobie i czujny, ale nie rusza się z miejsca. — I gdybyś był taki uprzejmy — dodał książę — z wdzięcznością przyjmę objaśnienia dotyczące tego stroju od kogoś, kto żyje z nim na co dzień.
— Oczywiście — powiedział Kynes. Zmacał pod płaszczem u góry uszczelki ramienne, mówiąc w trakcie sprawdzania stroju. — Podstawą jest mikroprzekładka — wysokiej wydajności system filtracyjny i wymiany ciepła.
Dopasował uszczelki ramion.
— Warstwa stykająca się ze skórą jest porowata. Po ochłodzeniu ciała przenika przez nią pot… prawie naturalny proces parowania. Następne dwie warstwy… — Kynes mocniej ściągnął pierś — zawierają włókna wymiany ciepła i osadniki soli. Sól jest odzyskiwana.
Na dany znak książę podniósł ramiona.
Читать дальше