— Starczy — powiedziałem. — Chyba rozumiem.
— To patologiczny defekt przyczynowości — podsumował Nebogipfel. — Nie kończąca się pętla. Ale jeśli koncepcja wielu światów jest słuszna, to nie istnieje żaden paradoks. Historia rozszczepia się na dwie wersje: w jednej Moses żyje, a w drugiej umiera. Ty, jako Podróżnik w Czasie, po prostu przeszedłeś z jednej historii do drugiej.
— Rozumiem — powiedziałem zdumiony. — I na pewno to zjawisko wielu światów jest tym, czego byliśmy świadkami, Nebogipfelu, i ja... my już zaobserwowaliśmy rozwój kilku historii...
To wszystko bardzo mnie uspokoiło. Po raz pierwszy dostrzegłem, że być może jest pewna logika w chaosie sprzecznych historii, które mąciły mi się w głowie od chwili drugiej wyprawy w czas! Znalezienie jakiejś teoretycznej podwaliny, umożliwiającej wyjaśnienie porządku rzeczy, było dla mnie tak ważne, jak dla tonącego człowieka znalezienie gruntu. Choć nadal nie mogłem sobie wyobrazić, jakie praktyczne skutki mogłoby dla nas mieć to odkrycie.
Przyszło mi też do głowy, że jeśli Nebogipfel ma rację, to być może nie jestem odpowiedzialny za całkowite zniszczenie historii Weeny. Może w pewnym sensie ta historia nadal istniała! Poczułem, że pod wpływem tej myśli część mojego poczucia winy i smutku ustępuje.
W tym momencie drzwi otworzyły się hałaśliwie i do palarni wpadł Filby. Nie minęła jeszcze dziewiąta rano. Filby był nie umyty i nie ogolony, a podniszczony szlafrok przylegał szczelnie do jego ciała.
— Masz gościa — powiedział do mnie. — To ten naukowiec z Ministerstwa Lotnictwa, o którym wspominała Bond...
Odepchnąłem krzesło do tyłu i wstałem. Nebogipfel powrócił do swoich badań, a Moses, z potarganymi włosami, podniósł na mnie wzrok. Spojrzałem na niego z pewnym zatroskaniem. Zaczynało do mnie docierać, że przejmuje się tym całym przemieszczeniem w czasie.
— Proszę posłuchać — powiedziałem do niego. — Chyba muszę iść do pracy. Może pójdzie pan ze mną? Byłbym wdzięczny za pańskie wnikliwe obserwacje.
Uśmiechnął się smutno.
— Moje wnikliwe obserwacje to przecież również pańskie wnikliwe obserwacje — powiedział. — Nie jestem panu potrzebny.
— A jednak chciałbym, aby pan mi towarzyszył... W końcu może chodzić o pańską przyszłość. Czy nie uważa pan, że odrobina zaangażowania wyjdzie panu na dobre?
Miał zamyślony wzrok i wydawało mi się, że dostrzegam u niego pragnienie powrotu do domu, które było u mnie tak silne.
— Nie dzisiaj — odrzekł. — Nadejdzie czas... być może jutro. — Skinął mi głową. — Niech pan uważa na siebie.
Nie znalazłem żadnych innych argumentów.
Pozwoliłem, by Filby zaprowadził mnie do holu. Człowiek, który czekał na mnie przy otwartych frontowych drzwiach, był wysoki i niezgrabny, z grzywą nastroszonych, siwiejących włosów. Na ulicy stał za nim żołnierz.
Gdy ten wysoki jegomość mnie zobaczył, ruszył naprzód, z chłopięcą niezdarnością, która raziła u takiego dużego mężczyzny. Zwrócił się do mnie po imieniu i uścisnął mi dłoń. Miał silne, dość zniszczone ręce i uświadomiłem sobie, że jest to praktyk — być może człowiek mojego pokroju!
— Cieszę się, że mogę pana poznać... Tak się cieszę — powiedział. — Pracuję na zlecenie dla RWWSC — to Rada Wojny z Wykorzystaniem Skoków w Czasie, w Ministerstwie Lotnictwa.
Miał prosty nos i drobne rysy, a jego spojrzenie zza okularów w drucianych oprawkach świadczyło o szczerości. Widać było, że jest cywilem, gdyż pod epoletami i torbą z maską przeciwgazową nosił zwykły, niemodny garnitur oraz pasiasty krawat i żółknącą koszulę. W klapie marynarki tkwiła oznaka z numerem. Miał jakieś pięćdziesiąt lat.
— Miło mi — powiedziałem. — Choć obawiam się, że nie rozpoznaję pańskiej twarzy...
— A czemuż to, u licha, miałby pan ją rozpoznać? Miałem zaledwie osiem lat, kiedy pański prototyp PPC wyruszył w przyszłość... Przepraszam, to skrót od Pojazdu Przenoszącego się w Czasie. Może połapie się pan w tych naszych wszystkich akronimach, a być może nie! Mnie się to nigdy nie udało. Powiadają też, że sam lord Beaverbrook ma kłopoty z zapamiętaniem wszystkich rad podlegających jego ministerstwu. Nie jestem nawet w przybliżeniu tak sławny jak pan! Do niedawna pracowałem jako zwykły asystent głównego konstruktora w spółce Vickersa-Armstronga, w bunkrze Weybridge. Kiedy moje propozycje dotyczące wojny czasowej zaczęto zauważać, oddelegowano mnie do dowództwa RWWSC, tutaj w Imperiał. Niech pan posłucha — powiedział poważnie. — Naprawdę się cieszę, że pan tu jest. Zesłał tu pana nadzwyczajny przypadek. Wierzę, że my — pan i ja — moglibyśmy stworzyć związek partnerski, który mógłby zmienić historię, który mógłby załatwić sprawę tej wojny raz na zawsze!
Mimowolnie zadrżałem, gdyż już wystarczająco pozmieniałem historię. I to gadanie o wojnie czasowej — myśl o moim wehikule, który już wyrządził takie szkody, który celowo przeznaczono do dokonywania zniszczeń! Ta koncepcja przeraziła mnie i nie wiedziałem, jak postąpić.
— Gdzie moglibyśmy porozmawiać? — zapytał. — Czy chciałby pan pójść do mojego pokoju w Imperialu? Mam kilka referatów, które...
— Później — odparłem. — Proszę posłuchać. To może się panu wydać dziwne, ale ciągle jestem tu przybyszem i byłbym wdzięczny, gdybym mógł się trochę bardziej rozejrzeć po pańskim świecie. Czy jest to możliwe?
Rozpromienił się.
— Naturalnie! Możemy porozmawiać po drodze.
Spojrzał przez ramię na żołnierza, który skinął głową na znak zgody.
— Dziękuję — powiedziałem — panie...
— Nazywam się Wallis — przedstawił się. — Doktor Barnes Wallis.
Okazało się, że Imperiał College położony był w South Kensington, kilka minut drogi od Queen’s Gate Terrace. College założono krótko po moich czasach, w 1907 roku. Jego trzon stanowiły trzy połączone college’e, które znałem. Były to Royal College of Chemistry, Royal School of Mines and City oraz Guilds College. Tak się złożyło, że za młodu trochę uczyłem w Normal School of Science, która to szkoła też weszła w skład college’u Imperial. Wkraczając teraz w South Kensington, przypomniałem sobie, jak spędzałem większość czasu w Londynie, odwiedzając takie urocze miejsca jak Empire czy Leicester Square. W każdym razie, dobrze się zaznajomiłem z tą okolicą — lecz cóż za odmienny widok teraz zobaczyłem!
Poszliśmy Queen’s Gate Terrace w stronę College’u, a potem skręciliśmy w Queen’s Gate w kierunku Kensington Gore, na południowym skraju Hyde Parku. Eskortowało nas pół tuzina żołnierzy — dość dyskretnie, gdyż otaczali nas kręgiem, który mniej więcej przypominał koło — ale zastanawiałem się nad wielkością oddziału, który mógłby się przy nas zjawić, gdyby cokolwiek się stało. Nie upłynęło zbyt wiele czasu, gdy zacząłem tracić siły z powodu dusznego upału — przypominało to przebywanie w dużym, nagrzanym budynku. Zdjąłem marynarkę i poluźniłem krawat. Za radą Wallisa przypiąłem ciężkie epolety do koszuli i powtórnie przyczepiłem torbę z maską przeciwgazową do pasa.
Ulice bardzo się zmieniły i uderzyło mnie to, że nie wszystkie zmiany w porównaniu z moją epoką wyszły na złe. Usunięcie niehigienicznych koni, dymów z kominów na domach oraz wyziewów samochodów — dla polepszenia jakości powietrza wewnątrz kopuły — w pewnym stopniu odświeżyło to miejsce. Na głównych arteriach powierzchnie dróg pokryte były nowym, bardziej elastycznym, szklistym materiałem, utrzymywanym w czystości przez brygadę robotników, którzy pchali wózki wyposażone w szczotki i spryskiwacze. Na drogach tłoczyły się rowery, riksze i elektryczne tramwaje poruszające się wzdłuż drutów, które syczały i rzucały niebieskie iskry w półmroku. Były tam jednak nowe drogi dla pieszych, zwane rzędami, które biegły przed domami na wysokości pierwszego piętra, a w niektórych miejscach na wysokości drugiego lub nawet trzeciego. W niedużych odstępach postawiono lekkie, ładne mosty, które łączyły rzędy po przeciwnych stronach ulic. Londyn wyglądał przez to — nawet w tych egipskich ciemnościach — jak włoskie miasto.
Читать дальше