— Coś jedzie — powiedziała Alleluja.
— Nic nie słyszę.
— Ja też nie, ale widzę coś na drodze. Teraz słyszę już nawet silnik. To chyba poduszkowiec, bo taki cichy.
Ferguson nic jeszcze nie widział. Jej zmysły były zadziwiające. Po kilku minutach dostrzegł ciemną ciężarówkę nadjeżdżającą z południa.
— No dobrze — powiedział. — Ja schowam się w lesie, a ty wyjdź na drogę i zatrzymaj go.
— A zatrzymają się?
— Musieliby nie mieć dobrze w głowie, żeby nie zatrzymać się dla kobiety o twoim wyglądzie, samej na pustkowiu, gdy zbliża się zmierzch. Zatrzymają się. Wtedy powiesz im, że twój mąż ma zranioną nogę i spytasz, czy nie podwieźliby nas do Ukiah. Wtedy ja wyjdę, a oni już nic nie będą mogli zrobić. Tymczasem ty musisz stanąć blisko kierowcy i gdyby chciał odjechać, włożysz rękę przez okno i chwycisz go za gardło, dobrze? Nie tak, żeby zrobić mu krzywdę, tylko żeby zmusić go do współpracy.
— W porządku — odparła — lepiej już się schowaj.
— Tak — powiedział i powlókł się w krzaki. Stanął za drzewem, by móc przyglądać się całej sytuacji.
Pojawiła się ciężarówka. Był to w rzeczy samej poduszkowiec, prawdziwy antyk, chyba nawet przedwojenny model. Na burtach wymalowane miał wielkie, jaskrawe, żółto-czerwone błyskawice. Alleluja stała na środku drogi wymachując rękami. Samochód, rzecz jasna, zatrzymał się w niewielkiej od niej odległości. Zobaczył kilku mężczyzn na przednim siedzeniu. Pewnie wydaje im się, że czeka ich tej nocy niezła zabawa: oszałamiająca brunetka, opustoszała boczna droga. Jeśli jednak tylko zaczną coś próbować z Allie, czeka ich nieprzyjemna niespodzianka.
Słyszał, jak z nią rozmawiają. Ferguson zaczął powoli wychodzić ze swej kryjówki. Nie będziemy nawet prosić ich o podwiezienie. Po prostu powiem Allie, żeby wyrzuciła ich w krzaki i pojedziemy sami do Ukiah, a jutro ruszymy dalej na północ do Oregonu.
Gdy jednak spojrzał uważniej, dostrzegł cały tłum mężczyzn w tylnej części pojazdu; trzech, czterech, może nawet pięciu. Najprawdopodobniej drapacze, a kto wie, czy nie bandidos.
Cholera — pomyślał — nawet ona nie załatwi siedmiu facetów. Ja z tą nogą nie poradzę sobie nawet z jednym. Oczami wyobraźni ujrzał, jak zakończy się ich ucieczka z centrum. Oto on leżący w zaroślach z poderżniętym gardłem i Alleluja szarpiąca się i wierzgająca, gdy tamci ciągną ją gdzieś na bok na nocną zabawę.
Zaczęli wysiadać z ciężarówki. Czterech, pięciu, sześciu, siedmiu. Tak… nie, ośmiu. Podeszli do Allelui patrząc na nią z uznaniem. Jeden z nich, o wyglądzie złoczyńcy, ze zmierzwioną strzechą rudych włosów nad tłustą twarzą, gapił się na jej piersi, jak gdyby od trzech lat nie widział kobiety. Inny, o bladoniebieskich oczach i twarzy pokiereszowanej bliznami po pryszczach, oblizywał wargi. Ferguson chciał odwrócić się i uciec, ale było już za późno, już go zauważyli. Przy jego obecnym tempie złapaliby go w pół minuty.
— A ten tam to twój mąż? — zapytał jeden z drapaczy, krępy, ponury, z krótką, gęstą czarną brodą. Wskazał na Fergusona. Głupio tak umierać — pomyślał Ferguson. Modlił się w myślach, żeby Alleluja zaczęła działać, żeby złapała trzech czy czterech z nich i złamała im karki, tak jak tamto drzewko, zanim zdążą się zorientować, co się dzieje. Nie wyglądało jednak na to, że ma zamiar coś takiego zrobić. Była spokojna, wesoła i rozluźniona. Cóż to za dziwna kobieta. Przystanął na poboczu wsparty na szczudle zastanawiając się, co stanie się dalej.
Tymczasem jeszcze jeden z drapaczy, wysoki i kościsty, z łapami długimi jak u małpy i dzikim blaskiem w oczach, podszedł do niego i zaczął przypatrywać się mu w dziwny sposób, jakby czytał mapę. Po chwili spytał z powagą:
— Czy bardzo cierpisz? Nie chodzi mi o twoją nogę, ale o twoją duszę. Wydaje mi się, że twoja dusza cierpi. Pamiętaj, to tylko dom Boga i bramy niebios.
— Co do diabła — powiedział Ferguson głosem zdławionym strachem i zdumieniem.
— Nie zwracaj na niego uwagi — powiedział rudy. — To tylko świr. Ten wariat Tom.
— Wariat, co? — powiedział Ferguson rozglądając się dookoła z nadzieją, że może jednak wyjdą cali z tego wszystkiego. Najważniejsze, żeby zachować spokój, jak najwięcej mówić, tak żeby wydać im się do czegoś przydatnym. — Jeśli to prawdziwy przypadek psychiczny, to dobrze trafiliście, chłopcy. Odstawcie go do centrum, tam, po drugiej stronie lasu. Będzie się tam czuł jak w domu razem z innymi świrami. Nakarmią go, wykąpią, będą się z nim dobrze obchodzić. Tak właśnie tam postąpią z waszym szalonym przyjacielem Tomem.
Mężczyzna z czarną brodą zbliżył się do niego.
— Centrum? O jakim centrum mówisz?
Serce bije mi żywo,
Gdy kradnę twe gęsi i świnie,
Zabieram gołębie lub wdowcem czynię
Koguta — rozpaczą go karmiąc straszliwą.
Gdy chcę wieczerzę zjeść u Humphreya,
Idę, a jeśli noc mnie zastanie,
Do Paula udam się na spoczynek:
Nie straszne wśród duchów mi spanie.
Wciąż jednak śpiewam:
„Strawy, napoju,
Napoju, strawy, odzienia.
Pani czy dziewczę,
Nie lękaj się Toma,
On nie krzywdzi żadnego stworzenia.”
Pieśń Toma O’Bedlama
— Początek, to jest naprawdę ważne, Jaspijn — powiedział Senior Papamacer. — Mówiłem to już tobie? To nic, posłuchaj znowu, to jest najważniejsze. Jak bogowie po raz pierwszy przyszli do mnie. Nowi bogowie.
Jaspin czekał cierpliwie. Tak, Senior opowiadał mu już o tym nie raz i nie dwa razy. Nie było jednak sensu, Jaspin zdawał sobie z tego sprawę, próbować wpływać na kierunek rozmowy. Senior mówił tylko to, co miał ochotę powiedzieć. Taki był jego przywilej; był Seniorem, a Jaspin tylko jego pisarzem.
Poza tym Jaspin zdążył się już przekonać, że jeśli nie reaguje, gdy Senior po raz któryś opowiada znane mu historie, prędzej czy później dowie się też czegoś nowego. Dziś na przykład Jaspin zauważył na podłodze dużą kartonową teczkę. Senior trzymał na niej rozciągnięte palce lewej ręki, co było niezawodnym znakiem, że zawiera coś ważnego. Jaspin chciał dowiedzieć się, co jest w środku, ale pomyślał, że i tak się dowie, jeżeli po prostu będzie siedział i czekał. Usiadł więc i czekał spokojnie.
— Na początku to było we śnie — powiedział Senior Papamacer. — Leżałem po ciemku nocą i wtedy ukazał mi się Maguali-ga, i powiedział: „Ja otwieram wrota, ja przynoszę to, co nadejdzie.” Ja zaraz wiedziałem, że to Bóg mówi do mnie przez ocean gwiazd i że jestem wybranym głosem Boga. Rozumiesz?
Tak, wiem — pomyślał Jaspin. Wiedział też, co będzie dalej. I wstałem w nocy, i podszedłem do okna, a dziewięć gwiazd Maguali-ga świeciło na niebie. Wyciągnąłem więc w górę ramiona i poczułem, jak spływa na mnie wielkie światło siedmiu galaktyk. Znał to już wszystko, słowo po słowie. Senior Papamacer dyktował mu słowa i chciał upewnić się, że są one dokładnie zapisywane. Nie było wątpliwości. W jednej chwili poczułem prawdę.
Przyjrzał się kościstej, rzeźbionej twarzy, lodowatym oczom. Ten człowieczek, który zamierza zmienić świat i pewnie tego dokona, ten prorok, ten święty potwór, kolejny i chyba ostatni z długiej linii proroków. Mojżesz, Jezus, Mahomet, Senior Papamacer. Może ma rację.
— I wstałem w nocy, i podszedłem do okna, a dziewięć gwiazd Maguali-ga świeciło na niebie…
Читать дальше