— Rupe — odezwał się Tom. — Hej, Rupe?
Odpowiedziała mu cisza. Tom wyjął instrument.
— Mogę zaśpiewać, Rupe?
Wydawało się, że Rupe nie ma nic przeciwko temu.
— Świetnie — powiedział Tom i zaśpiewał:
Na górę wysoką do nieba,
W zarośla doliny dalekiej,
Na łów nie śmiemy wyruszyć
Z obawy przed podłym człowiekiem.
— Słyszałeś to już kiedyś, Rupe? Chyba nigdy. I chyba nigdy nie usłyszysz.
Mała gromada, zacna gromada,
Wędruje bractwo całe,
Kurtka zielona, biała czapeczka
I sowie piórko białe.
Usłyszał stukanie w ciężarówkę. Nie wyjrzał nawet na zewnątrz. Charley? Tak szybko z powrotem? Wzruszył ramionami i śpiewał dalej:
Wysoko, hen, na wzgórzu
Stary król zasiada,
Tak stary jest i siwy,
Umysłem już nie włada.
Znów pukanie, jeszcze głośniejsze i gniewny głos:
— Otwieraj to cholerne okno! Słyszysz czy nie? Otwieraj!
Tom zmarszczył brwi, wychylił się w przód i spojrzał na zewnątrz. Zobaczył obcego mężczyznę; niskiego, o chłodnych, niebieskich oczach, ze złocistymi, kręconymi włosami i kędzierzawą brodą tegoż koloru. Mężczyzna był najwyraźniej czymś poruszony. Tom zastanowił się przez chwilę, co powinien zrobić. Charley powiedział mu: „Zostań tu w ciężarówce i nikomu nie otwieraj”.
Tom uśmiechnął się, pokiwał głową i odsunął się od okna. Poczuł nadchodzącą wizję. Ten sam przeraźliwy dźwięk głęboko w mózgu. Świst wiatru. Światło nieznanych słońc rozbłysło w jego umyśle; niebieskie, białe, pomarańczowe.
Wciąż jednak słyszał gniewny głos z zewnątrz:
— Rusz stąd to auto albo ja się tym zajmę — mówił złotowłosy mężczyzna waląc pięścią w metalowe drzwi. — Kto ci powiedział, że tu wolno parkować? Gdzie masz swoje pieprzone zezwolenie? O, ta twoja ciężarówka nie ma nawet rejestracji. Otwierasz, do cholery, czy nie?
— Oto Wielki Mistrz Imperium — powiedział Tom spokojnie. — Ten blask, ta światłość. Nie widzisz go, co? Właściwie ich. To złożony byt. Trzy dusze w jednej. Czujesz tę moc? Taki Wielki Mistrz ma moc związywania i rozwiązywania. Wśród wojowników Sorgaz krąży opowieść, że w czasie odwrotu sił Theluvary, który nazwano Wielką Abdykacją, Wielki Mistrz sam stał pomiędzy Sorgazjanami a Źródłem Potęgi i wszyscy zostaliby pochłonięci, gdyby nie… och, spójrz na te kolory, popatrz tam!
— Nie słyszę, co mówisz, walnięty palancie! Otwórz to cholerne okno, jeśli chcesz ze mną rozmawiać!
Tom uśmiechnął się. Milczał. Z każdą chwilą oddalał się coraz bardziej. Wciąż słychać było gniewny głos:
— W imieniu prawa, jako funkcjonariusz straży miejskiej miasta i hrabstwa San Francisco, stwierdzam, że pojazd ten narusza artykuł 117 Kodeksu Cywilnego, w związku z czym…
Teraz Tom usłyszał inny głos, dobrze mu znany.
— W porządku stary, właśnie mieliśmy odjechać. Mój kolega, tam w środku, nie może prowadzić samochodu; względy medyczne. Ten drugi też nie.
Był to głos Charleya.
Tom z wysiłkiem przeniósł swą świadomość z powrotem do otaczającego go świata. Niebieskie, pulsujące słońce zgasło, a za nim białe i pomarańczowe.
— Wszystko w porządku — powiedział Charley — możesz nas wpuścić, Tom.
Tom zobaczył Mujera i Stidge’a stojących obok Charleya. Po drugiej stronie ulicy stali Nicholas, Choke, Tamale i Buffalo. Trzymali dwóch młodych śmiertelnie przerażonych mężczyzn. Chłopcy z farmy — pomyślał. — Niedobrze.
Tom odezwał się nieśmiało:
— Ten człowiek stukał w ciężarówkę. Nie wiedziałem…
— Dobrze, dobrze — rzekł Charley — otwórz.
Tom zdziwił się, dlaczego Charley sam nie otwiera drzwi. Przecież ma chyba klucz? Charley wyglądał już na zniecierpliwionego. Tom wychylił się i nacisnął klamkę. Gdy drzwi się odsunęły, Charley odskoczył na bok, a Stidge z Mujerem chwycili złotowłosego pod ręce i wepchnęli do środka rzucając go twarzą w dół na podłogę.
— Co jest — wymamrotał stażnik — jestem funkcjonariuszem straży…
Urwał, gdy Stidge uderzył go czymś w tył głowy. Wtedy wszyscy rzucili się do ciężarówki: Charley, Nicholas i Choke, Tamale i Buffalo i dwóch chłopców z farmy.
— Dobra, ruszaj Mujer! — zarządził Charley. — Nie możemy tu zostać.
Mujer wskoczył za kierownicę i ciężarówka odpłynęła szybko środkiem ulicy.
— Czego chciał? — spytał Toma Charley. — Co ci mówił?
— Nie jestem pewny — odparł Tom — coś o parkowaniu tutaj. I o braku rejestracji. Walił w drzwi, ale ty mówiłeś, żeby nikogo nie wpuszczać, a potem wróciłeś i…
— Więc to naprawdę glina — mruknął Charley. — Pieprzony strażnik — sięgnął do kieszeni policjanta, wyjął błyszczący przedmiot przypominający komputer, przyłożył go do ucha, pokiwał głową, po czym rozdeptał na kawałki.
— Teraz nie mają z nim kontaktu — powiedział — ale musimy się go pozbyć. Pozbyć się gliniarza, cholera!
— Tak to jest, jak się zostawia świra przy samochodzie — zauważył Stidge.
— Dobrze, dobrze — rzekł Charley.
— A z tym parkowaniem tu to też nie był taki dobry pomysł.
— No dobrze, w porządku.
— Gdzie mam jechać? — zapytał Mujer.
— Skręć w lewo — powiedział Charley — a potem jedź prosto. Jak zobaczysz drogowskazy na Most Złotej Bramy, to pojedziesz w tamtą stronę i dalej na północ, aż wyjedziemy z miasta. Tylko prowadź spokojnie. Tego by tylko brakowało, żeby zatrzymał nas patrol drogowy. Cholera, ale bagno! — pokręcił głową.
— Już wyjeżdżamy z San Francisco? — spytał Tamale. — Tak szybko?
Charley odwrócił się w jego stronę.
— A co, chciałbyś zostać? Mamy trupa w aucie, porwaliśmy gliniarza i jeszcze musimy załatwić dwóch facetów, a ty chcesz tu zostać? Wprowadźmy się do hotelu i wydajmy przyjęcie dla burmistrza! O Jezu, Tamale, Jezu Chryste!
— To chyba drogowskaz na most, prawda? — zapytał Mujer.
— A jak ci się wydaje? Most Złotej Bramy, jak byk!
— Nie byłem pewny — odparł Mujer.
— Mujer ma trochę kłopotów z czytaniem — wtrącił Stidge — nie uczył się za dobrze, co Mujer?
— Chinga tu madre — odciął się Mujer. — Pija! Hi jo de puta!
— Co on mówi? — spytał Stidge.
— Mówi, jak mu się strasznie podobają twoje rude włosy — wyjaśnił Choke.
— Jeżeli nie zostajemy w San Francisco, to gdzie jedziemy, Charley? — spytał Buffalo.
— Później ci powiem, dobrze? — odpowiedział Charley. — Mujer, zaraz jak skończy się most, skręć w pierwszy zjazd i wal prosto, aż dojedziemy do podmiejskiej drogi, a potem w stronę plaży. — Potrzasnął znów głową i uderzył się dłonią w czoło. — Ale to idiotyczne, ale idiotyczne! Mogliśmy zostać w San Francisco przez całe lato, a tu co? Beznadzieja! Nie pamiętam, żeby kiedyś coś tak głupio spieprzyć.
— Dobrze jedziemy? — spytał znowu Mujer.
— Tak, dobrze. Stań tutaj.
— Ostatnie Dni już prawie nadeszły — rzekł wtedy Tom. — Zbliża się Czas Przejścia. Oszczędź ich, Charley. Nie pozbawiaj ich szansy na Przejście.
Charley spojrzał na niego ze smutkiem.
— Chciałbym, Tom, ale nie mamy wyboru — dał znak pozostałym. — No dobra, wysadźcie ich z ciężarówki na pobocze.
Policjant z San Francisco wciąż leżał twarzą w dół, od czasu do czasu jęcząc. Stidge wywlókł go na zewnątrz. Nicholas i Buffalo wypchnęli za nimi chłopców z farmy, którzy trzęśli się ze strachu. Jeden z nich miał mokro w spodniach. Mieli może, według Toma, po osiemnaście, dwadzieścia lat.
Читать дальше