Cirocco pomyślała teraz o ciemnych, ciasnych przestrzeniach w dole kabla, które zwiedzali w nastroju takim, jakby to była katedra. Gaja wyczerpała już dawno jej zasób superlatyw, ale Rocky przekonała się teraz, że to, co widzieli dotąd, było po prostu tylko opuszczoną kaplicą. Prawdziwa katedra była dopiero tutaj!
— Myślałam, że wszystko już widziałam — powiedziała spokojnie Gaby, pokazując na ścianę za nimi. — Ale pionowa dżungla?
Rzeczywiście, nie sposób było tego inaczej opisać. Całe wnętrze szprychy porastały drzewa, uczepione ścian, sięgające na zewnątrz lub wyciągające gałęzie w górę. Malały w oddali, a w pewnej nieokreślonej odległości stawały się gładkim dywanem zieleni.
Ponad nimi była szara powała.
— Pomyślałabyś, że znajdujemy się całe trzysta kilometrów nad ziemią?
Gaby spojrzała z ukosa, a potem wyciągnęła rozcapierzone palce i przeliczyła coś własnym systemem.
— Pokrywa odpowiednią wysokość kątową.
— Siadaj. Przemyślimy to.
Bardziej potrzebowała siedzenia niż myślenia. Do tej chwili rzeczywiście była przekonana, że im się uda. Teraz widziała, że złudzenie to było w znacznej mierze oparte na niezdolności do poglądowego przedstawienia skali problemu. Teraz przyjrzała się temu dokładnie i widok ten przyprawiał ją o wewnętrzne drżenie. Trzysta kilometrów pionowo w górę.
Pionowo. W górę.
Musiała oszaleć.
— Przede wszystkim, czy wygląda na to, że w ogóle jest jakieś przejście przez dach?
Gaby przyjrzała się i wzruszyła ramionami.
— To nic nie znaczy. Tu też jakoś doszłyśmy. Gdyby nawet było przejście, i tak byśmy go stąd nie dostrzegły.
— Racja. Ale wtedy miałyśmy przynajmniej nadzieję, że na górę prowadzą jakieś schody. Widzisz tu coś takiego?
— Nie.
— No właśnie. Myślałam, że istnienie tych schodów oznacza, że przewidziano możliwość wejścia na górę w razie potrzeby. Teraz zaczynam sądzić, że budowniczowie zaplanowali sposób dojścia tylko do tego miejsca, w którym teraz jesteśmy.
— Być może. — Gaby zmrużyła oczy. — Musieli jednak zostawić jakąś drogę do piasty. Prawdopodobnie te drzewa nie należą do pierwotnego zamysłu budowniczych. Zarosły tu dokładnie wszystko, tak samo jak cały kabel.
— Jeżeli tak… To co z tego?
— Wtedy przed nami kawał cholernej wspinaczki — dokończyła Gaby. — W całym tym gąszczu może się zdarzyć i tak, że w ogóle nie znajdziemy wejścia. Pewnie łatwiej namierzyć je z góry.
— Do trzech razy sztuka. Po prostu próbuję to jakoś zracjonalizować. Przyszło mi do głowy, że jeżeli — powiedzmy za cztery czy pięć lat — dostaniemy się na górę i stwierdzimy, że nie ma schodów… to przed nami będzie jeszcze jeden niezły kawałek drogi do przejścia. Tym razem w dół.
Gaby parsknęła śmiechem.
— Jeśli to ma znaczyć, że zawracamy, to wolałabym, żebyś to jasno powiedziała. Wcale nie będę tobą pogardzała.
— Wracamy? — Nie chciała postawić znaku zapytania, ale jakoś tak wyszło.
— Nie.
— Aha… Rozumiem. — Nie przejęła się zbytnio. Już dawno zapomniały o pokładowych relacjach między kapitanem i załogą. Roześmiała się i potrząsnęła głową. — W porządku. Jaki masz plan?
— Po pierwsze, rozejrzeć się. Później — za cztery czy pięć lat — wyszłybyśmy na zdrowe idiotki, gdyby jeden z budowniczych zapytał nas, dlaczego nie skorzystałyśmy z windy.
Podstawa szprychy liczyła w obwodzie około dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Zaczęły ją obchodzić, rozglądając się za wszystkim, co mogło przypominać środek transportu, poczynając od drabinki sznurowej, a na antygrawitacyjnym helikopterze skończywszy. Na razie znalazły jednak tylko poziomo rosnące drzewa, które tworzyły pionowy las.
Badając wystające do środka gałęzie i posuwając się wzdłuż pni aż do korzeni tkwiących w ścianie, musiały się wspiąć na zbocze utworzone z odpadłych gałęzi i gnijących liści. Sama szprycha zbudowana była z szarego, gąbczastego materiału, który poddawał się pod naciskiem niczym miękka guma. Kiedy Cirocco wyrwała ze ściany krzak wraz z długim, palowym korzeniem, zaczął z niej kapać gęsty, mleczny płyn, a potem mała dziurka zasklepiła się.
Nie było tu gleby, docierało też bardzo niewiele światła słonecznego. Po wyjściu z ciemnego tunelu wydawało im się bardzo widno, teraz jednak okazało się, że tak naprawdę światła było bardzo niewiele. Cirocco zakładała, że podobnie jak wielu roślin na obręczy, również wegetacja tutejszych zależała od jakichś zasobów znajdujących się pod powierzchnią.
Ściana była wilgotna, porośnięta mchami i porostami, natomiast innych roślin rosło raczej niewiele. Brakowało trawy, a pasożytnicze pnącza porastały pnie drzew.
Wiele drzew gatunkowo przypominało roślinność obrzeża, przystosowaną do dziwacznego, horyzontalnego bytowania. Rozpoznały znajome owoce i orzechy.
— To załatwia problem wyżywienia — powiedziała Gaby. Trudno się było spodziewać, by płynęły tu rzeki, ale ściana pobłyskiwała malutkimi strużkami wody.
— Z pewnością nie zginiemy też z pragnienia.
Zaczęły mieć nadzieję, że pomimo wszystko wspinaczka będzie możliwa. Cirocco jednak nie bardzo podniosło to na duchu.
Jeśli wykluczyć ewentualne schody — a szybko się przekonały, że i tak by ich nie znalazły, bowiem drzewa skutecznie uniemożliwiały przeszukiwanie ściany — na szczyt prowadziły dwie drogi.
Jedna, to wspinaczka po drzewach. Cirocco oceniała, że jest możliwa. Można by się przenosić z gałęzi na gałąź w miejscach, gdzie tworzyły właściwie jedną splątaną gęstwę.
Druga możliwość, to wspinaczka po ścianie. Mogły po prostu wbijać w nią haki, które przygotowały jeszcze z Tytaniami.
Cirocco skłonna była zawierzyć raczej ścianie niż drzewom. Gaby wolała gałęzie, które dawały możliwość szybszego posuwania się. Rozważały tę alternatywę jeszcze następnego dnia, kiedy wydarzyły się dwie rzeczy.
Pierwszą dostrzegła Gaby, przyglądając się szarej powierzchni ponad dnem szprychy. Zmrużywszy oczy, pokazała na coś w górze.
— Zdaje się, że otwór zniknął — powiedziała.
Cirocco spojrzała przelotnie, ale nie była pewna.
— Wejdźmy na górę i przyjrzyjmy się.
Związały się liną i zaczęły przedzierać przez gałęzie.
Wbrew obawom Cirocco, nie było tak źle. Jak w każdym przypadku i tu istniał pewien optymalny sposób pokonywania terenu, na który niebawem wpadły. Można było mianowicie znaleźć pośrednią trasę pomiędzy grubszymi gałęziami bliżej ściany — które wprawdzie były bardzo solidne, ale zbyt od siebie oddalone — i cieńszymi, które oferowały tysiące dogodnych oparć dla rąk i nóg, ale za to były dość kruche i pękały pod ciężarem ciała.
— Trochę bliżej ściany — zawołała Cirocco do Gaby, która podjęła się rozpoznawania drogi na końcu pięciometrowej liny. — Powiedziałabym, że dwie trzecie odległości od czubka drzewa, to mniej więcej to, o co nam chodzi.
— Do środka, od czubka — powiedziała Gaby. — Mylą ci się kierunki.
— Dół drzew jest przy ścianie. Czubek — w powietrzu. Cóż może być prostszego?
— Niech ci będzie.
Po pokonaniu dziesięciu drzew zaczęły przedzierać się ku wierzchołkowi ostatniego. Przywiązały linę do mocniejszej gałęzi, kiedy wyczuły, że gałęzie zaczynają się uginać pod ich ciężarem. Teraz działało to na ich korzyść, bowiem otwierało okienko w nieprzeniknionym gąszczu listowia. Wybrały drzewo, które w tym poziomym lesie przerastało swoich sąsiadów. We wnętrzu szprychy oznaczało to, że sterczało bardziej do środka.
Читать дальше