— Daję mu szansę, mając na uwadze to, czym był. Powiedział, że ma tam na dole przyjaciół. Może to tylko zwykłe urojenia, ale jeżeli nie, to może przyjmą go do swojego grona. Przetnij mu więzy.
Gaby przecięła je, a Cirocco zacisnęła zęby i pchnęła go nogą. Powoli się ześlizgiwał i jakby zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, co się z nim dzieje. Wrzasnął, widząc ciągnący się za nim spadochron, a potem zniknął za krzywizną kabla. Nie zdołały zobaczyć, czy spadochron się otworzył.
Obie kobiety jeszcze długo siedziały w tym samym miejscu. Cirocco bała się odezwać. Bała się, że zacznie płakać i nie będzie mogła się pohamować, a na to nie miały czasu. Musiały zająć się opatrzeniem ran, a potem dokończyć podróż.
Z głową Gaby nie było tak źle. Powinna mieć założone szwy, ale dysponowały jedynie środkiem dezynfekującym i bandażami. Będzie miała szramę na czole. Podobnie zresztą jak Cirocco: pierwszą od upadku na podłogę zamku, drugą w miejscu cięcia od podbródka aż do lewego ucha, a trzecią przez plecy. Nie były to jednak rany na tyle poważne, by się nimi przejmować.
Opatrzyły się wzajemnie i spakowały plecaki. Cirocco zadarła głowę i przyjrzała się długiej powierzchni kabla, którą musiały się wspiąć, żeby dotrzeć do szprychy.
— Myślę, że powinnyśmy wrócić do zamku i odpocząć, zanim się za to zabierzemy — powiedziała. — Kilka dni. Musimy nabrać siły.
Gaby spojrzała w górę.
— Chyba masz rację. Ale dalsza część powinna być łatwiejsza. Znosząc was tutaj, znalazłam schody.
Schody wyłoniły się z wielkiej kupy piachu w najwyżej położonej części zamku. Biegły prostym łukiem, niknąc w oddali. Stopnie miały półtora metra szerokości i czterdzieści centymetrów wysokości. Wydawało się, że są wyryte w powierzchni kabla.
Cirocco i Gaby przeszły kawałek i zaczęły podejrzewać, że mogą mieć z nich niewielki pożytek. Odchylały się ku południowi, w stronę spadku. Prawdopodobnie dalej były nie do przebycia.
Mimo wszystko jednak stopnie nadal były idealnie równe. Wkrótce wkroczyły na tarasowatą półkę, zamkniętą z jednej strony pionowo wznoszącą się olbrzymią ścianą, a z drugiej ostrym urwiskiem. Nie było barierki i w ogóle żadnego zabezpieczenia. Przytuliły się do ściany, drżąc przy każdym podmuchu wiatru.
Dalej półka zamieniała się w tunel. Przejście następowało stopniowo. Po prawej stronie nadal pozostawała otwarta przestrzeń, ale ściana zaczęła się zakrzywiać nad ich głowami, tworząc sklepienie. Droga zagłębiała się pod powierzchnię kabla. Cirocco próbowała ją sobie jakoś wyobrazić: cały czas w górę, śrubą wokół kabla.
Po następnych dwóch tysiącach kroków otoczyła je nieprzenikniona ciemność.
— Schody — wymamrotała Gaby. — Zbudują takie coś i nazywają schodami. — Zatrzymały się, by wydobyć lampy. Gaby napełniła swoją olejem i przycięła knot. Miały zamiar palić tylko jedną na raz, modląc się w duchu, by wystarczyło oleju, zanim wynurzą się po przeciwnej stronie.
— Być może mieli fioła na punkcie kondycji — poddała Cirocco. Zapaliła zapałkę i przytknęła ją do knota. — Bardziej prawdopodobne jednak, iż jest to urządzenie awaryjne na wypadek braku energii.
— No cóż, dobrze, że w ogóle są — przyznała Gaby.
— Prawdopodobnie biegną na całej długości kabla, ale na dole są przysypane piachem. Oznacza to, że nikt tu nie zaglądał od dawna. Tamte drzewa w górze muszą być jakimiś mutacjami.
— Skoro tak mówisz. — Gaby podniosła lampę i rozejrzała się dookoła, a później zerknęła do tyłu, gdzie widać było jeszcze resztki światła. Zmrużyła oczy.
— Spójrz, wygląda na to, że droga biegnie pod kątem. Obiega zewnętrzną część, a potem skręca w lewo i idzie prosto do środka.
Cirocco popatrzyła uważnie i musiała przyznać Gaby rację.
— Wygląda więc na to, że możemy przebijać się samym środkiem.
— Tak? A pamiętasz miejsce wiatrów? Całe powietrze tędy idzie.
— Gdyby ten tunel prowadził do kanału powietrznego, już byśmy o tym wiedziały. Po prostu by nas zdmuchnęło.
Gaby przyjrzała się schodom wznoszącym się w pełgającym świetle lampy i pociągnęła nosem.
— Dość ciepło tu. Zastanawiam się, czy będzie jeszcze cieplej.
— Nie przekonamy się, dopóki nie wejdziemy wyżej.
— No tak. — Gaby zachwiała się, nieomalże wypuszczając lampę z rąk. Cirocco położyła jej rękę na ramieniu.
— Dobrze się czujesz?
— Tak, ja… nie, cholera, wcale dobrze się nie czuję. — Oparła się o ciepłą ścianę korytarza. — Kręci mi się w głowie i mam watę w kolanach. — Podniosła rozwartą dłoń do oczu i zauważyła, że lekko drży.
— Może jednodniowy odpoczynek nie wystarczył. — Cirocco przyjrzała jej się uważnie, popatrzyła w górę korytarza i zmarszczyła brwi. — Miałam zamiar najpierw wyjść na drugą stronę kabla i dopiero wtedy odpocząć.
— Dam radę.
— Nie — zadecydowała Cirocco. — Nie jestem aż taka ostra. Pytanie brzmi: rozbijamy obóz w tym gorącym korytarzu czy wychodzimy na zewnątrz.
Gaby spojrzała na kaskadę stopni za nimi.
— Mogę się trochę spocić.
Pomyślały, że pomimo tak nieznośnego gorąca dobrze byłoby jednak rozpalić ogień. Nie było żadnej dyskusji: Cirocco wyciągnęła małe gałązki i mech z bagażu Gene’a i zaczęła budować ognisko. Wkrótce siedziały przy niewielkim, trzaskającym płomieniu. Dokładała skąpo, rozkładając skromny obóz. Rozwinęły śpiwory, wyciągnęły patelnie i noże i przeszukały zapasy w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego na kolację.
Tworzymy dobry zespół — pomyślała Cirocco, kucając i przyglądając się, jak Gaby kroi warzywa do bulgoczących resztek wczorajszego gulaszu. Miała małe i zręczne ręce, brązowe od wrośniętego w dłonie piachu. Nie mogły sobie pozwolić na mycie.
Gaby otarła czoło wierzchem dłoni i spojrzała na Cirocco. Uśmiechnęła się nieśmiałym, wątłym uśmiechem, który rozszerzył się na widok uśmiechniętej przyjaciółki. Jedno oko prawie w całości zakrywały bandaże. Zanurzyła łyżkę w gulaszu i siorbała z apetytem.
— Te rzodkiewki lepiej smakują, gdy są kruche — powiedziała. — Daj mi talerz.
Nalała obfitą porcję, po czym usiadły, jedząc ze smakiem.
Potrawa była pyszna. Słuchając wszystkich tych drobnych dźwięków, pykania ognia i skrobania łyżek o drewniane talerze, Cirocco była wdzięczna losowi, że może się odprężyć i nie myśleć o niczym.
— Masz jeszcze trochę soli?
Cirocco pogrzebała w bagażu i znalazła woreczek, a przy okazji dwa kawałki jakichś zapomnianych łakoci owiniętych w żółte liście. Wcisnęła jeden cukierek do ręki Gaby i zaśmiała się, kiedy jej oczy zalśniły łakomie. Odłożyła patelnię i rozwinęła paczuszkę, podtykając pod nos i uważnie obwąchując. Pachniała za dobrze, żeby zjeść ją za jednym razem. Ugryzła połowę, a usta jej wypełnił aromat moreli i słodkiego kremu.
Gaby niemal dostała histerii, widząc rozkosz na twarzy Cirocco. Rocky zjadła drugą połowę, a później zaczęła rzucać ukradkowe spojrzenia na cukierek odłożony przez Gaby, która próbowała zachować kamienną twarz.
— Jeżeli masz zamiar zostawić to na śniadanie, to będziesz musiała stać nad tym przez całą noc.
— O, nie ma zmartwienia. Jestem po prostu na tyle dobrze wychowana, by wiedzieć, że deser je się po obiedzie.
Rozwijała cukierek całe pięć minut, a potem badała uważnie go przez następnych pięć, mrucząc coś niewyraźnie na widok wygłupów Cirocco. Cirocco zupełnie nieźle odegrała przy stole spaniela i bezdomnego psiaka zaglądającego przez okno piekarni. Zrezygnowała dopiero wtedy, gdy Gaby ulokowała cukierek w ustach.
Читать дальше