Potem zaczęło się oczekiwanie.
Nie sposób było spać. Pod warstwą odzieży i koców było wprawdzie dość ciepło, ale brakowało im masek na twarz i gogli. Co dziesięć minut strącały gromadzący się śnieg.
Próbowały rozmawiać, ale wewnątrz szprychy wcale nie było cicho. Cirocco przykryła głowę kocem i stwierdziła, że w tej nie kończącej się zamieci minuty wloką się jak godziny. Poprzez wycie wichru dobiegał ją znacznie bardziej niepokojący dźwięk, przypominający trzaskanie prażonej kukurydzy. Gałęzie, obciążone pokrywą lodu, łamały się pod naporem wichru.
Czekały pięć godzin. Jeżeli coś się zmieniło, to najwyżej to, że wiatr stał się jeszcze zimniejszy i silniejszy. Niedaleko trzasnęła gałąź i Cirocco usłyszała, jak wali się z hałasem przez zmrożony las.
— Gaby, słyszysz mnie?
— Słyszę, kapitanie. Co teraz zrobimy?
— Cholernie niechętnie o tym myślę, ale chyba będziemy się musiały ruszyć. Wolę przejść na którąś z grubszych gałęzi. Nie sądzę, żeby ta, na której siedzimy, mogła trzasnąć, ale przecież wystarczy, że któraś nad nami.
— Czekałam, aż to powiesz.
Wygrzebanie się z hamaków było koszmarem. Ale jeszcze gorzej było, kiedy już się z tym uporały i stanęły na pniu. Sznury zamarzły, więc przed użyciem musiały je mozolnie zginać i skręcać. Kiedy wreszcie ruszyły ku ścianie szprychy, musiały działać bardzo ostrożnie. Oznaczało to konieczność przywiązywania drugiej liny, zanim mogły wrócić, by odplątać pierwszą, a potem powtarzania całego zabiegu, wiążąc węzły albo dłońmi odzianymi w rękawice, albo szybko grabiejącymi palcami. Przy pomocy młotków i haków obłupywały lód z gałęzi, po których się posuwały. Mimo tych wszystkich zabiegów Cirocco spadła dwa razy, a Gaby raz. Za drugim razem Cirocco naderwała sobie mięsień barku, kiedy szarpnięcie liny przerwało jej lot.
Po godzinie mordęgi dotarły do głównego pnia. Był mocno osadzony i na tyle szeroki, że można było na nim usiąść. Wiatr dął tu jednak znacznie mocniej, nie zatrzymywany przez gałęzie. Wbiły haki w drzewo, przywiązały się do nich i przygotowały na długie czekanie.
— Strasznie mi się nie chce podnosić, ale już nie czuję palców.
Cirocco długo kaszlała, zanim była w stanie odpowiedzieć.
— Co proponujesz?
— Nie wiem — powiedziała Gaby. — Wiem natomiast, że jeśli czegoś nie zrobimy, zamarzniemy na śmierć. Musimy iść dalej albo rozejrzeć się za porządnym schronieniem.
Miała rację i Cirocco dobrze o tym wiedziała.
— W górę czy w dół?
— Na dole są schody.
— Właziłyśmy tutaj cały dzień, a wtedy jeszcze lód nam nie przeszkadzał. Powrót do schodów zajmie nam teraz dwa dni. Poza tym wejście może być zawalone śniegiem.
— Właśnie o tym pomyślałam.
— Jeśli już ruszymy, możemy z powodzeniem iść w górę. Tak czy siak, o ile pogoda rychło się nie zmieni, po prostu zamarzniemy. Myślę, że ruch tylko trochę to odwlecze.
— Też tak sądzę — powiedziała Gaby. — Najpierw jednak chciałabym spróbować czegoś innego. Podejdźmy do samej ściany. Pamiętasz, wspominałaś, że anioły mogą żyć w grotach. Może są tam jakieś jaskinie.
Cirocco wiedziała, że podstawową sprawą był ruch, pobudzenie krwiobiegu. Poczołgały się więc wzdłuż pnia, wyrąbując drogę w lodzie. W ciągu kwadransa dotarły do ściany.
Gaby przyjrzała się jej, a potem zebrała w sobie i zaczęła kuć szpikulcem. Lód odpadł, ukazując szarą masę, ale ona rąbała dalej. Kiedy Cirocco zrozumiała, co tamta robi, przyłączyła się do roboty.
Na razie szło dobrze. Wydłubały dziurę o średnicy pół metra. Białe mleko zamarzało, ściekając po ścianie, a one kuły dalej. Gaby wyglądała niczym śnieżny demon: była zasypana aż po czubek nosa, przewiązana wełnianym szalem, z brwiami niczym grube, białe okapy.
Wkrótce dotarły do kolejnej warstwy, która była jednak zbyt twarda, by ją rąbać. Gaby zaatakowała ją z furią, ale ostatecznie musiała dać za wygraną. Opuściła ręce i wściekle spojrzała na ścianę.
— No cóż, to był jakiś pomysł. — Kopnęła z niesmakiem otaczającą je kupę śniegu, która rozpadła się pod wpływem wstrząsu. Spojrzała na nią, a potem wyciągnęła szyję i popatrzyła w zalegający wyżej mrok. Postąpiła krok do tyłu i pośliznąwszy się na lodowych okruchach, pochwyciła rękę Cirocco dla zachowania równowagi.
— Tam u góry jest ciemniejsze pasmo — powiedziała. — Dziesięć… nie, raczej piętnaście metrów w górę. Nieco w prawo. Widzisz?
Cirocco nie była pewna. Dostrzegła kilka ciemnych miejsc, ale żadne nie przypominało jaskini. — Idę w górę przyjrzeć się dokładniej.
— Pozwól, że ja to zrobię. Ty ciężej pracowałaś.
Gaby potrząsnęła głową.
— Jestem lżejsza.
Cirocco nie protestowała, więc Gaby wbiła hak tak wysoko, jak zdołała dosięgnąć. Przywiązała linę i wspięła się na tyle wysoko, by wbić drugi. Kiedy była pewna, że siedzi mocno, wyrwała dolny i przeniosła go wyżej.
Po godzinie Gaby dotarła do celu. Cirocco trzęsła się na dole z zimna, tupiąc nogami i otrzepując z lodowego pyłu, którym zasypywała ją pracująca w górze Gaby. Wreszcie wielki kawał śniegu rozbił się na jej ramionach i zbił ją z nóg.
— Przepraszam! — zawołała Gaby. — Znalazłam coś. Jak tylko trochę oczyszczę, będziesz mogła wejść.
Cirocco z dużym trudem przecisnęła się przez otwór wejściowy, chociaż Gaby obtłukła większą część lodu. Wewnątrz była to płytka nisza o średnicy około półtora metra i nieco mniejszej wysokości. Cirocco musiała zdjąć plecak i dopiero wtedy wciągnęła go za sobą. Siedząc tam we dwie z plecakami miały wrażenie, że prócz nich zmieściłoby się jeszcze tylko pudełko na buty, nie pozbawiając ich resztek powietrza.
— Przytulnie, co? — spytała Gaby, zdejmując łokieć Cirocco ze swojej szyi.
— Przepraszam. O, i za to też. Gaby, moja noga!
— Przepraszam. Gdybyś mogła się skurczyć… tak już lepiej, ale przyjemnie byłoby tu stanąć.
— Gdzie? O rany. — Nagle wybuchnęła śmiechem. Siedziała skurczona z plecami opartymi o sufit i zgiętymi kolanami, a Gaby skuliła się, jak mogła, usiłując zrobić jej więcej miejsca.
— Co w tym takiego śmiesznego?
— Przypomniał mi się taki stary film. Laurel i Hardy w nocnych koszulach, którzy próbują się ułożyć do snu na górnym łóżku w wagonie sypialnym.
Gaby uśmiechnęła się, ale najwyraźniej nie miała najmniejszego pojęcia, o czym mowa.
— No wiesz, górna koja w transkontynentalnym pociągu… Zresztą, mniejsza z tym. Po prostu pomyślałam, jak by im poszło w arktycznym oporządzeniu i z kilkoma walizami. Co robimy dalej?
Wygarnęły resztki śniegu z małej jaskini i zastawiły wejście plecakami. Odcięło to wprawdzie resztki światła, ale jednocześnie zasłoniło przed wiatrem, a więc w sumie się opłaciło. Po dwudziestu minutach szamotania zdołały usadowić się ramię w ramię. Cirocco prawie nie mogła się ruszać, ale nie było powodu się tym martwić w błogosławionym cieple.
— Jak myślisz? Możemy się teraz trochę przespać? — zastanawiała się Gaby.
— Chyba tak. Jak twoje palce?
— W porządku. Jeszcze mrowią, ale są coraz cieplejsze.
— Moje też. Dobrej nocy, Gaby. — Zawahała się przez chwilę, a potem przechyliła i pocałowała ją.
— Kocham cię, Rocky.
— Śpij — powiedziała z uśmiechem.
Cirocco obudziła się z czołem zroszonym potem. Ubranie miała całkowicie przemoczone. Podniosła głowę jak pijana i stwierdziła, że nic nie widzi. Zastanawiając się, czy nadeszło przełamanie pogody, przesunęła lekko plecak, potem nieco mocniej i stwierdziła, że wejście do jaskini zamknęło się.
Читать дальше