Bill ciągle stał. Sięgnął po swoją nie istniejącą fajkę zirytowany tym, że ciągle zapomina, że jej nie ma, otrzepał nerwowo ręce.
— Zbicie jakiejś tratwy zabierze nam trochę czasu — powiedział.
— Dlaczego tratwy? A co myślicie o którymś z tych wielkich strąków nasiennych, które spływają rzeką? Są dostatecznie duże, by nas utrzymać.
Bill zmarszczył brwi.
— Tak, myślę, że masz rację, ale czy sądzisz, że będzie nimi można sterować w burzliwej wodzie? Chciałbym najpierw rzucić okiem na dno…
— Sterować? Myślisz, że tratwa byłaby lepsza?
Wyglądał na zaskoczonego, a potem nagle się zasmucił.
— Wiesz, może rzeczywiście zaczynam tracić tempo. Prowadź, dowódco.
Strąki rosły na najwyższych drzewach w całym lesie. Każde drzewo wytwarzało tylko jeden strąk, który — kiedy nasiona dojrzały — pękał z hukiem armatniego wystrzału. Od czasu do czasu słyszeli, jak strzelają. Po eksplozji zostawało coś na podobieństwo łupiny orzecha, podzielonej równo i dokładnie.
Kiedy zobaczyli jedną taką dużą łupinę płynącą rzeką, złapali ją i wyciągnęli na brzeg. Zanurzenie pustej łupiny było niewielkie. Jednak nawet po załadowaniu jej „burty” nadal sterczały wysoko ponad powierzchnię.
Dwa dni zajęło im wyposażenie łupiny i próby zamocowania steru. Udało się również zrobić długi drąg z szeroką płetwą na końcu i mieli nadzieję, że to wystarczy. Prócz tego mieli na wszelki wypadek prymitywne wiosło, gdyby trafili na burzliwe wody.
Gaby rzuciła linę. Cirocco zepchnęła ich na środek rzeki i zajęła miejsce na rufie, lekko dzierżąc w ręce rumpel. Zerwała się bryza i Cirocco jeszcze raz pomyślała, jakby to było dobrze mieć znowu włosy. Jakie to wspaniałe — rozpuścić włosy na wiatr. Brakuje nam właśnie takich prostych rzeczy — pomyślała.
Gaby i Bill byli podnieceni, zapomnieli chwilowo o wzajemnej wrogości, siedzieli po przeciwnych stronach łodzi i obserwowali rzekę przed sobą, ostrzegając Cirocco przed niebezpiecznymi miejscami.
— Zaśpiewaj nam jakąś szantę, kapitanie! — wrzasnęła Gaby do tyłu.
— Wszystko ci się pomyliło, głuptasie — roześmiała się Cirocco. — To właśnie wy, nędzne typy na dziobie, pompujecie wodę z zęzy i śpiewacie piosenki. Nigdy nie widziałaś „Wiedźmy morskiej”?
— Chyba nie. Czy to było w superwizji?
— To dwuwymiarowy film ze starym dobrym Johnem Wayne’em. „Wiedźma morska” to był statek.
— Myślałam, że tak nazywał się kapitan. Właśnie wybrałaś sobie ksywę.
— Pilnuj się, bo zobaczę, czy nie da się czasem zmontować dla ciebie deski do szorowania.
— Jak nazwiemy naszą łódź, Rocky? — spytał Bill.
— Hej, powinna mieć jakieś imię, prawda? Tak byłam zajęta szukaniem, gdzie można by tu zwędzić szampana do ceremonii chrztu, że zupełnie o tym zapomniałam.
— Nie mów mi o szampanie — jęknęła Gaby.
— Jakieś sugestie? Masz okazję się wykazać.
— Wiem, jak by ją nazwał Calvin — powiedział nagle Bill.
— Nie mów mi o Calvinie.
— Niemniej przywiązaliśmy się już jakoś do mitologii greckiej. Powinna nosić imię „Argo”.
Cirocco miała wątpliwości.
— Czy nie wiązało się to czasem z poszukiwaniem złotego runa? O tak, teraz sobie przypominam ten film.
— Ale my niczego nie szukamy — zauważyła Gaby. — Wiemy, dokąd zmierzamy.
— A co powiecie na… — urwał i zastanawiał się przez chwilę. — Myślę o Odyseuszu. Czy jego okręt miał jakieś imię?
— Nie wiem. Nasz znawca mitów porzucił nas dla przerośniętej reklamy opon. Jednak nawet gdyby taka nazwa była, nie chciałabym jej użyć. Odyseusz miał same kłopoty.
Bill wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Jesteś przesądna, kapitanie. Nigdy bym w to nie uwierzył.
— Jesteśmy na morzu, chłopcze. Dziwne rzeczy się tu dzieją z człowiekiem.
— Nie częstuj mnie dialogiem z ostatniego seansu filmowego. Głosuję za nadaniem łodzi nazwy „Titanic”. To był statek dla ciebie.
— Zardzewiałe wiadro. Nie kuś losu, przyjacielu.
— Mnie też się podoba „Titanic” — zaśmiała się Gaby. — Kto by uwierzył, na łódce zrobionej z orzeszka?
Cirocco popatrzyła z namysłem.
— Niech wam będzie. Może być „Titanic”. Płyń po morzach i oceanach. Możecie wrzasnąć.,’
Załoga krzyknęła trzykrotnie „hurra”, a Cirocco uśmiechnęła się i skłoniła nisko.
— Niech żyje kapitan! — wrzasnęła Gaby.
— Słuchajcie no — powiedziała Cirocco. — Czy nie powinniśmy wymalować nazwy na zderzaku czy czymś takim?
— Na czym ?! — Gaby spojrzała ze zgrozą.
Cirocco wyszczerzyła zęby.
— Najlepszy moment, żeby wam powiedzieć, że ni cholery nie znam się na statkach. Ktoś z was kiedyś pływał?
— Ja, trochę — powiedziała Gaby.
— Będziesz więc pilotem statku. Zamień się ze mną na miejsca. — Zwolniła rumpel i przeszła ostrożnie na dziób, położyła się na plecach, wyciągnęła i podłożyła ręce pod głowę. — Będę podejmować tylko ważne decyzje dowodzę — powiedziała, potężnie ziewając. — Nie przeszkadzajcie mi, chyba, że zerwie się huragan. — Zamknęła oczy przy wtórze chóralnego gwizdu.
Klio była długa, kręta i płynęła powoli. Na jej środku czterometrowe drągi nie dotykały dna. Kiedy zanurzali je w wodzie, czuli, jak coś się o nie obija. Nigdy nie dowiedzieli się, co to było. Utrzymywali „Titanica” mniej więcej w równej odległości pomiędzy środkiem nurtu i brzegiem za lewą burtą.
Cirocco planowała nie opuszczać łodzi i schodzić na ląd tylko dla uzupełnienia zapasów żywności, co nie zabierało więcej niż dziesięć minut. Stała wachta nie była jednak dobrym pomysłem. „Titanic” będzie musiał często lądować, co zmuszałoby do budzenia śpiących. Cała trójka musiała spychać łódź na głęboką wodę, kiedy odbijali od mulistego brzegu.
Rychło przekonali się, że „Titanic” był mało zwrotny i trzeba było sporego wysiłku dwojga ludzi z drągami, by odepchnąć łódź od mielizny.
W końcu zdecydowali się rozbijać obóz co 15-20 godzin. Cirocco zrobiła harmonogram, który zapewniał, że dwójka zawsze była na nogach w czasie żeglugi, a jedna osoba trzymała wartę, gdy obozowali.
Klio wiła się po prawie płaskim terenie niczym wąż naszprycowany nembutalem. Jeden nocny obóz mógł się więc znaleźć w prostej linii nawet i o pół kilometra od poprzedniego. Straciliby na pewno orientację, gdyby nie podtrzymujący kabel, który łączył się z ziemią w środku Hyperiona. Cirocco pamiętała z powietrznego rozpoznania, że kabel ten jeszcze długo pozostanie na wschód od nich, nawet gdy wpłyną już na rzekę Ophion.
Kabel był zawsze widoczny, wznosił się niczym jakiś niewiarygodny drapacz chmur. Wydawał się ku nim nachylony, aż do miejsca, gdzie niknął w sklepieniu i kosmosie. Powinni przepływać blisko niego w drodze do nachylonych kabli podtrzymujących, które prowadziły do szprychy nad Reą. Cirocco miała nadzieję przyjrzeć mu się wtedy z bliska.
Wkrótce popadli w rutynę i stali się doskonale zgranym zespołem, rozumiejącym się niemal bez słów. Przez większość czasu jedyne ich zajęcie stanowiło ciągłe baczenie na ławice piasku. Gaby i Bill spędzali masę czasu przy naprawianiu odzieży. Oboje nabrali wielkiej wprawy w operowaniu igłami z cierni. Bill nieustannie dłubał przy sterze i starał się podnieść komfort wnętrza łodzi.
Cirocco większość czasu spędzała śniąc na jawie i obserwując przepływające chmury. Rozważała możliwe sposoby dotarcia do piasty i próbowała przewidzieć trudności, które mogą się pojawić, ale było to w gruncie rzeczy jałowe zajęcie. Było zbyt wiele rozmaitych możliwości, by można było cokolwiek racjonalnie zaplanować. Wolała już raczej bujać w obłokach.
Читать дальше