— Chciałem ci powiedzieć, że cię kocham. Nie dałaś mi okazji.
— Nigdy przedtem tego nie mówiłeś. Być może nie powinieneś się deklarować, póki nie odzyskasz pamięci.
— Myślę, że mogłem wtedy nie wiedzieć, że cię kocham. Więc… wszystko, co mi zostało, to twoją twarz i uczucie. Temu zawierzę. Naprawdę tak myślę.
— Hmm. Miły jesteś. Czy pamiętasz, co z tym robić?
— Jestem pewien, że przypomnę sobie w praktyce.
— A więc myślę, że najwyższy już czas, żebyś zaczął znowu pode mną służyć.
Dało im to tyle samo radości, co za pierwszym razem, ale bez zakłopotania, które temu wówczas towarzyszyło. Cirocco zapomniała o wszystkim innym. Było wystarczająco dużo światła, by mogła widzieć jego twarz i dokładnie tyle siły ciążenia, by uczynić snop słomy delikatniejszym niż najszlachetniejszy jedwab.
Bezczasowa jakość tego długiego popołudnia miała niewiele wspólnego z niezmiennym światłem Temidy. Cirocco nie chciała być nigdzie indziej, nie chciała dokądkolwiek iść, nigdy.
— A teraz czas na papierosa — powiedział. — Jak by to było dobrze…
— Strzepywać na mnie popiół — docięła mu. — Wstrętny zwyczaj. Ja chciałabym mieć odrobinę kokainy. Wszystko przepadło razem ze statkiem.
— Możesz się bez niej obejść.
Nie odsunął się od niej. Pamiętała, jak bardzo lubiła na „Ringmasterze” chwile, kiedy czekała, aż będzie można znowu wrócić do dzieła. Z Billem przeważnie nie musiała długo czekać.
Teraz było trochę inaczej.
— Bill, obawiam się, że w tej pozycji trochę mnie drażnisz.
Uniósł się na rękach, zmniejszając ciężar, który ją przygniatał.
— Słoma drapie cię w plecy? Teraz ja mogę być na dole, jeśli chcesz.
— To nie słoma, kotku, i nie chodzi o plecy. To jest coś trochę bardziej osobistego. Obawiam się, że drapiesz jak papier ścierny.
— Ty zresztą też, ale byłem zbyt grzeczny, żeby to powiedzieć. — Sturlał się z niej i podłożył ramię pod jej plecy. — Śmieszne, że kilka minut wcześniej jakoś tego nie zauważyłem.
Roześmiała się.
— Gdyby ci kilka minut temu wyrosły kolce, też bym nic nie zauważyła. Ale chciałabym jednak, żeby nam znowu wyrosły włosy. Tak jak teraz czuję się dość głupio, poza tym jest to diabelnie niewygodne.
— Myślisz, że tobie jest źle? Mnie odrastają wszędzie. Czuję, jakby na całej skórze tańczyły mi muchy. Przepraszam, ale muszę się podrapać. — Uczynił to z lubością, a Cirocco pomogła mu w miejscach na plecach, do których nie mógł dosięgnąć. — Taak… Czy już ci mówiłem, że cię kocham? Byłem szalony, nie wiedziałem, co to miłość. Dopiero teraz wiem.
Akurat w tym momencie w drzwiach pojawiła się Gaby.
— Przepraszam, Rocky, ale zastanawiałam się, czy nie powinniśmy czegoś zrobić ze spadochronami. Jeden z nich już porwała rzeka.
Cirocco usiadła szybko.
— Co niby mamy z nimi zrobić?
— Zachować je. Mogą się przydać.
— Ty… w porządku, Gaby. Może masz rację.
— Po prostu pomyślałam, że może to dobry pomysł. — Spojrzała na podłogę i zaszurała stopą, dostrzegając wreszcie Billa.
— No… dobrze. Pomyślałam, że może… mogłabym coś dla ciebie zrobić. — Wybiegła z chałupy.
Bill usiadł i oparł łokcie na kolanach.
— Czy doszukuję się w tym czegoś więcej, niż powinienem?
Cirocco westchnęła.
— Obawiam się, że nie. Gaby będzie dla nas nie lada problemem. Ona też myśli, że jest we mnie zakochana.
— Co masz na myśli mówiąc: do widzenia? Dokąd się wybierasz?
— Przemyślałem to wszystko — powiedział spokojnie Calvin. Zdjął swój zegarek i podał Cirocco. — Wam bardziej się przyda niż mnie.
Cirocco była bliska wybuchu.
— I to ma nam służyć za całe wytłumaczenie: „Przemyślałem to sobie”?! Calvin, musimy się trzymać razem. Ciągle jeszcze jesteśmy wyprawą badawczą, a ja nadal jestem twoim kapitanem. Powinniśmy razem pracować nad tym, żeby się stąd jak najszybciej wydostać.
Uśmiechnął się blado.
— A dokładnie jak mamy to zrobić?
Wolałaby, żeby nie zadawał tego pytania.
— Nie miałam czasu, żeby opracować odpowiedni plan — powiedziała mętnie. — Musi przecież być coś, co możemy zrobić.
— To daj mi znać, kiedy coś wymyślisz.
— Rozkazuję ci pozostać z nami.
— A niby jak masz zamiar mnie powstrzymać od odejścia, jeśli tego zechcę? Rąbniesz mnie i zwiążesz? Ile energii będziesz potrzebowała, żeby mnie pilnować przez cały czas? Trzymając mnie tutaj będziesz miała tylko kłopot. Jeżeli pójdę, możesz mieć z tego pożytek.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Po prostu. Miękkoloty mogą się porozumiewać na całym obwodzie Temidy. Są pełne nowin, wszyscy tutaj ich słuchają. Jeżeli kiedykolwiek będę do czegoś potrzebny, wrócę. Wszystko, co muszę zrobić, to nauczyć was prostych sygnałów. Umiesz gwizdać?
— Mniejsza o to — powiedziała Cirocco, z irytacją machając ręką. Potarła czoło i rozluźniła się. Jeżeli miała go zatrzymać, to musiała go przekonać, a nie zmusić.
— Nadal nie rozumiem, dlaczego chcesz odejść. Nie podoba ci się tu z nami?
— Ja… nie, nie bardzo. Byłem szczęśliwy, kiedy byłem sam. Między wami jest zbyt wiele napięcia. Zbyt wiele złości.
— Wszyscy wiele przeżyliśmy. Powinno nam pójść lepiej, kiedy wyjaśnimy sobie szczerze niektóre sprawy.
Wzruszył ramionami.
— Wtedy możesz mnie zawołać, i wtedy znowu spróbuję. Nie interesuje mnie już jednak towarzystwo mojego własnego gatunku. Miękkoloty są wolne i mądrzejsze. Nigdy nie byłem tak szczęśliwy, jak podczas tego lotu.
Wykazywał większy entuzjazm niż kiedykolwiek od momentu spotkania na szczycie urwiska.
— Miękkoloty są stare, kapitanie. Zarówno jako jednostki, jak i jako rasa. Gwizdek ma może trzy tysiące lat.
— Skąd wiesz? Skąd on to wie?
— Są okresy ochłodzenia i pory cieplejsze. Myślę, że spowodowane są tym, że Temida cały czas zwrócona jest w jednym kierunku. Teraz oś wycelowana jest dokładnie w stronę słońca, ale co piętnaście lat obręcz zasłania światło słoneczne tak długo, aż Saturn przesunie się i odwróci drugi biegun w stronę słońca. Są tu więc lata, ale każdy rok trwa piętnaście lat ziemskich. Gwizdek widział już dwieście takich przemian.
— W porządku, w porządku — powiedziała Cirocco. — Dlatego właśnie cię potrzebujemy, Calvin. W jakiś sposób możesz rozmawiać z tymi stworzeniami. Dużo się od nich nauczyłeś. Niektóre z tych rzeczy mogą być dla nas ważne. Tak jak te sześcionogi, które nazwałeś…?
— Tytanie. Tylko tyle o nich wiem.
— No cóż, mógłbyś się dowiedzieć czegoś więcej.
— Kapitanie, tu jest zbyt wiele rzeczy do poznania. Jednak wy musicie poruszać się tylko po najbezpieczniejszej części Temidy. Zostańcie tu, a wszystko będzie w porządku.
Nie idźcie do Oceanusa, ani nawet do Rei. Te miejsca są zbyt niebezpieczne.
— Widzisz? Skąd mielibyśmy to wiedzieć? Potrzebujemy cię.
— Nie rozumiesz. Nie mogę dobrze poznać tego miejsca, nie zobaczywszy go. Język Gwizdka dociera do mnie jedynie wyrywkowo.
Cirocco poczuła, jak wzbiera w niej gorycz porażki. Do cholery, John Wayne przeciągnąłby sukinsyna pod kilem. Charles Laughton zakułby go w kajdany.
Wiedziała, że poczułaby się znacznie lepiej, gdyby po prostu strzeliła w gębę tego upartego sukinsyna, ale to pomogłoby jej tylko na chwilę. Nigdy nie dowodziła w ten sposób. Pozyskała i utrzymała szacunek załogi, wykazując odpowiedzialność i wykorzystując całą mądrość, jaką mogła z siebie wykrzesać w każdej sytuacji. Musiała stawić czoła faktom i wiedziała, że Calvin ich opuści, a jednak nie czuła się z tym dobrze.
Читать дальше