— Interes Quinna to także mój interes. Jeżeli widziałeś, że on szkodzi własnym interesom, to jak mógłbym mu na to pozwolić i siedzieć spokojnie z założonymi rękami?
— Nie masz innego wyjścia.
— Tego jeszcze nie wiem.
Carvajal westchnął. — Jeżeli podniesiesz kwestię uroczystości kuwejckiej w rozmowie z burmistrzem — powiedział ciężkim głosem — już nigdy więcej nie będę się z tobą dzielił moimi wizjami.
— To ma być groźba?
— Po prostu stwierdzam fakt.
— Fakt, dzięki któremu proroctwo samo się spełni. Wiesz, że chcę twojej pomocy, zamykasz mi zatem usta groźbami i wówczas oczywiście uroczystość przebiega tak, jak ty ją widziałeś. Jaki jest jednak pożytek z tego, że powiesz mi co widzisz, skoro nie wolno mi na tej podstawie działać? Dlaczego nie pozostawisz mi pełnej swobody? Jesteś tak niepewny siły swoich wizji, że musisz się chwytać podobnych metod, żeby przyszłość rzeczywiście się spełniła?
— No dobrze — powiedział Carvajal delikatnie i bez złości. — Masz pełną swobodę. Rób, co chcesz. Zobaczymy, co z tego wyniknie.
— A jeśli rozmówię się z Quinnem, czy będzie to oznaczało zerwanie naszej znajomości?
— Zobaczymy, co z tego wyniknie — powtórzył. Złapał mnie. Okazał się raz jeszcze lepszym graczem; jak mogłem bowiem zaryzykować utratę dostępu do jego wizji, i skąd miałbym wiedzieć, jak zareaguje na moją zdradę? Będę musiał pozwolić Quinnowi zrazić do siebie Żydów w przyszłym miesiącu i mieć nadzieję, że powstałe szkody uda się naprawić później; chyba że zdołałbym jakoś ominąć postulowany przez Carvajala nakaz milczenia. Powinienem chyba przedyskutować tę sprawę z Lombroso.
— Jak bardzo Żydzi rozczarują się do Quinna?
— Wystarczająco, by kosztowało go to sporą liczbę głosów. Planuje ponownie startować w wyborach w 2001, prawda?
— Jeśli nie zostanie w przyszłym roku prezydentem.
— Nie zostanie — powiedział Carvajal. — Obaj o tym wiemy. Nie weźmie nawet udziału w wyborach. Ale jeśli będzie chciał dostać się trzy lata później do Białego Domu, będzie musiał zostać ponownie wybrany burmistrzem w 2001 roku.
— Z całą pewnością.
— A zatem nie powinien narażać się na utratę głosów żydowskiej ludności Nowego Jorku. To wszystko, co mogę ci powiedzieć.
Zapamiętałem sobie, żeby poradzić Quinnowi, by zaczął naprawiać swoje kontakty z nowojorskimi Żydami — niech czasem odwiedzi jakieś koszerne delikatesy albo wpadnie do synagogi w sobotni wieczór.
— Gniewasz się na mnie za to, co powiedziałem kilka minut temu? — spytałem.
— Nie gniewam się nigdy — odparł Carvajal.
— Jesteś więc urażony. Sprawiałeś takie wrażenie, gdy powiedziałem, że musisz koniecznie pokierować przyszłością w prawidłowy, twoim zdaniem, sposób.
— Pewnie tak. Bo pokazałeś, jak mało mnie rozumiesz, Lew. Jak gdybyś sądził, że to jakiś neurotyczny przymus nakazuje mi wypełniać własne wizje. Jak gdybyś sądził, że mógłbym zastosować psychologiczny szantaż, żeby uniemożliwić ci zakłócenie struktury. Nie, Lew. Struktur nie można zakłócić, i dopóki się z tym nie pogodzisz, nie może być mowy o dzieleniu się wizjami i o prawdziwej zbieżności naszych myśli. To, co powiedziałeś, zasmuciło mnie, ponieważ uświadomiłem sobie, jak bardzo naprawdę jesteś mi daleki. Ale nie, nie, nie gniewam się na ciebie. Smaczny stek?
— Wyśmienity — powiedziałem, i Carvajal uśmiechnął się. Skończyliśmy posiłek niemal w całkowitym milczeniu i wyszliśmy nie płacąc. Przypuszczałem, że klub przedstawi mu rachunek później. Wynosił z pewnością ponad sto pięćdziesiąt dolarów.
Kiedy żegnaliśmy się, Carvajal powiedział:
— Pewnego dnia, gdy zaczniesz sam widzieć, zrozumiesz, dlaczego Quinn musi powiedzieć to, co powie podczas uroczystości otwarcia Banku Kuwejckiego.
— Gdy zacznę sam widzieć?
— Tak będzie.
— Ja nie mam twojego daru.
— Dar posiada każdy z nas — rzekł Carvajal. — Ale tylko bardzo nieliczni umieją z niego korzystać. — Szybkim ruchem ścisnął mnie za ramie i zniknął w tłumie na Wall Street.
Nie zatelefonowałem od razu do Quinna, choć byłem tego bliski. Gdy tylko Carvajal zniknął mi z oczu, zacząłem się zastanawiać, dlaczego miałbym się wahać. Carvajal udowodnił, że jego wgląd w przyszłość był z gruntu trafny; przekazał mi informacje istotne dla kariery Quinna, a moja lojalność wobec burmistrza unieważniała wszystkie inne względy. Ponadto koncepcja Carvajala, mówiąca o trwałej, niezmiennej naturze przyszłości, wydawała mi się nadal absurdalna. Wszystko, co jeszcze się nie stało, musiało podlegać ewentualnym zmianom; mogłem zmienić przyszłość i zrobiłbym to ze względu na Quinna. Ale nie zatelefonowałem do niego. Carvajal prosił mnie — kazał, groził, przestrzegał — żebym się do tej sprawy nie wtrącał. Jeżeli Quinn nie pojawi się na umówionym spotkaniu z Kuwejtczykami, Carvajal domyśli się, dlaczego, a to mogłoby oznaczać koniec mojego kruchego, dręczącego związku z tym dziwnie potężnym człowieczkiem. Tylko czy Quinn naprawdę mógłby zrezygnować z kuwejckiej uroczystości, nawet gdybym próbował interweniować? Carvajal utrzymywał, że to niemożliwe. Z drugiej strony uprawiał, być może, grę w grze — naprawdę przewidział przyszłość, w której Quinn nie uczestniczy w kuwejckim święcie. W takim wypadku scenariusz przeznacza mi, być może, rolę czynnika zmiany — osoby, która powstrzyma Quinna od wzięcia udziału w spotkaniu — a wówczas Carvajal mógłby liczyć na to, że okażę się na tyle przekorny, iż przyszłość przybierze pożądany przebieg. Nie brzmiało to zbyt prawdopodobnie, ale i taką możliwość musiałem brać pod uwagę. Gubiłem się w labiryncie ślepych uliczek. Mój zmysł stochastyczności nie wystarczał. Nie wiedziałem już, co myśleć o przyszłości czy teraźniejszości i nawet przeszłość rysowała się teraz niepewnie. Jestem zdania, że lunch z Carvajalem rozpoczął we mnie proces rozpadu tego, co uważałem niegdyś za zdrowy rozsądek.
Zastanawiałem się przez kilka dni. Potem pojechałem do sławetnego biura Boba Lombroso i całą sprawę zrzuciłem na niego.
— Mam pewien problem ze sfery taktyki politycznej — powiedziałem.
— Czemu przychodzisz z tym do mnie, zamiast do Haiga Mardikiana? On jest naszym strategiem.
— Ponieważ mój problem dotyczy zatajenia poufnych informacji o Quinnie. Dowiedziałem się czegoś, co zapewne chciałby wiedzieć Quinn, ale nie mogę mu o tym powiedzieć. Mardikian jest tak entuzjastycznym zwolennikiem burmistrza, że może wyciągnąć ze mnie całą tę historię pod przysięgą zachowania tajemnicy, a potem od razu do niego pobiegnie.
— Ja także jestem entuzjastycznym zwolennikiem Quinna — powiedział Lombroso. — Ty jesteś entuzjastycznym zwolennikiem Quinna.
— Tak. Ale nie jesteś aż tak entuzjastyczny, żeby z tego powodu zawieść zaufanie przyjaciela.
— A uważasz, że Haig by to zrobił?
— Mógłby.
— Zmartwiłby się, gdyby wiedział, jak go oceniasz.
— Wiem, że ty mu o tym nie doniesiesz. Po prostu wiem. Lombroso nie odpowiedział, stanął tylko na wspaniałym tle swych średniowiecznych skarbów, zanurzył głęboko palce w gęstą, czarną brodę i przyglądał mi się badawczo swymi przeszywającymi oczami. Zapadła długa, denerwująca cisza. Mimo to czułem, że postąpiłem słusznie przychodząc do niego zamiast do Mardikiana. Lombroso był zrównoważonym, skupionym i nieprzekupnym człowiekiem, najrozsądniejszym i najsolidniejszym członkiem naszego zespołu, zachowującym całkowitą niezależność sądów. Jeżeli się co do niego pomyliłem, byłem skończony.
Читать дальше