Miałem wiele wątpliwości co do Carvajala. Jego słowa wcale nie musiały być koszerne. Wcale nie musiały być sensowne. Wbrew temu, co myślałem, nie działał z pobudek racjonalnych, jak interes własny albo powszechny dobrobyt. Wszystko wydawało mu się nieistotne, łącznie z własnym ocaleniem. Jego postępowanie wymykało się stochastyce i zdrowemu rozsądkowi: był nieprzewidywalny, ponieważ nie działał według czytelnych reguł, ograniczając się do scenariusza, świętego i niezmiennego scenariusza, który objawiał mu się w wybuchach nielogicznego i nieuporządkowanego wizjonerstwa. „Czynię to, co widzę, że czynię” — powiedział. Nie pytając nigdy, dlaczego. Doskonale. Widzi siebie rozdającego pieniądze ubogim, więc rozdaje pieniądze ubogim. Widzi siebie przejeżdżającego most Waszyngtona na hulajnodze, więc przejeżdża most na hulajnodze. Widzi siebie dolewającego H 2SO 4do szklanki jakiegoś gościa, więc bez wahania dolewa do niej kwasu. Odpowiada na pytania udzielając ustalonych z góry odpowiedzi, bez względu na to, czy mają one sens, czy nie. I tak dalej, i tak dalej. Poddawszy się całkowicie dyktatowi objawionej mu przyszłości, nie widzi potrzeby badania motywów i konsekwencji swego postępowania. W gruncie rzeczy jest gorszy od alkoholika. Pijak zachowuje przynajmniej w głębi duszy resztkę przytłumionej, ale czynnej, racjonalnej świadomości.
Prawdziwy paradoks. Z punktu widzenia Carvajala każdym jego czynem kierowały sztywne, deterministyczne reguły; ale z punktu widzenia otaczających go ludzi jego zachowanie było nieodpowiedzialnie przypadkowe, niczym zachowanie pierwszego lepszego szaleńca. (Albo głęboko oddanego sprawie wyznawcy Transgresji, wierzącego w fatalistyczne przemiany.) W swoich własnych oczach Carvajal był posłuszny nadrzędnej niezmienności strumienia zdarzeń; patrząc z boku można by jednak sądzić, że zachowuje się kapryśnie jak wiatr. Postępując zgodnie z tym, co widział, wywoływał także niewygodne pytania typu — „co było pierwsze, jajko czy kura?” — a dotyczące fundamentalnych motywów jego działania. Czy takie motywy w ogóle istniały? Czy też może jego wizje były samorodnymi proroctwami, całkowicie bezprzyczynowymi, pozbawionymi uzasadnienia i logiki? Widzi siebie przejeżdżającego most na hulajnodze w święto Czwartego Lipca, a zatem kiedy nadchodzi Czwarty Lipca, Carvajal przejeżdża most jedynie z tego powodu, że widział tę scenę już przedtem. Jaki cel miałoby pokonanie mostu poza zgrabnym zamknięciem wizjonerskiego obiegu? Sprawa hulajnogi była samorodna i bezcelowa. Jak można było nawiązać jakieś stosunki z takim człowiekiem? Był dżokerem w nurcie czasu.
Może oceniałem go jednak zbyt surowo. Może istniały jakieś związki, których nie udało mi się dostrzec. Niewykluczone, że Carvajal naprawdę się mną interesował, że rzeczywiście wyznaczył mi jakąś użyteczną rolę w swoim samotnym życiu. Chciał być mi przewodnikiem, namiastką ojca, chciał przez tych kilka miesięcy, które mu jeszcze zostały, nasycić mnie swoją wiedzą.
Tak czy inaczej, ja miałem dla niego użyteczną role. Chciałem go wykorzystać, by pomógł mi uczynić Paula Quinna prezydentem.
Fakt, że Carvajal nie mógł zobaczyć przyszłorocznej elekcji, był okolicznością nie sprzyjającą, choć nie tak bardzo istotną. Wydarzenia równie poważne jak wybory prezydenckie posiadają głębokie korzenie; decyzje podjęte obecnie, rzutować będą na zmiany i zakręty polityki całe lata naprzód. Carvajal prawdopodobnie posiadał już wystarczającą ilość danych dotyczących przyszłorocznych zdarzeń, by umożliwić Quinnowi zbudowanie sojuszy, które z łatwością przyniosłyby mu nominację w roku 2004. Moja obsesja była tak potężna, że zapragnąłem sterować Carvajalem z korzyścią dla Quinna. Przebiegłymi pytaniami i odpowiedziami mógłbym wycisnąć z tego człowieczka wszystkie istotne dla nas informacje.
Był to ciężki tydzień. Wiadomości nadchodzące z politycznego frontu nie były dobre. Nowi Demokraci robili wszystko, żeby wyrazić poparcie dla senatora Kane’a, który zamiast zostawić sobie — jak wszyscy wybitni kandydaci — opcje wiceprezydenckie, poczuł się tak pewnie, że na jakiejś konferencji prasowej oznajmił radośnie, iż chciałby, aby Socorro dzielił z nim nominacyjny mandat. Quinn, który zaczynał zdobywać zwolenników w całym kraju po wprowadzeniu ustawy o obowiązkowym żelowaniu ropy, przestał się nagle liczyć dla partyjnych przywódców działających na zachód od rzeki Hudson. Nie napływały już zaproszenia na wystąpienia publiczne, a strumień próśb o zdjęcia z autografem wysechł niemal zupełnie — drobnostki, ale znaczące. Quinn wiedział, co się dzieje i nie był zadowolony.
— Jak to możliwe, żeby pakt Kane-Socorro zawiązał się tak szybko? — pytał natarczywie. — Jednego dnia jestem nadzieją partii, a następnego zatrzaskują mi drzwi klubów przed nosem. — Obrzucił nas słynnym, ciężkim, quinnowskim spojrzeniem, przenosząc wzrok z jednego współpracownika na drugiego w poszukiwaniu osoby, która go zawiodła. Postawa Quinna była równie imponująca jak zawsze; ale jego rozczarowanie odczuliśmy bardzo boleśnie.
Mardikian nie miał dla Quinna żadnych odpowiedzi. Lombroso też nie. Co mogłem im powiedzieć? Że otrzymałem wskazówki i zmarnowałem je? Schroniłem się za wzruszeniem ramion, podając jako alibi, że „taka jest polityka”. Płacono mi, żebym stawiał sensowne prognozy, a nie żebym zachowywał się jak medium.
— Poczekaj — obiecywałem. — Tworzą się nowe układy. Za miesiąc naszkicuję ci wszystkie wydarzenia następnego roku.
— Wystarczy mi następnych sześć tygodni — powiedział gderliwie Quinn.
Po kilku napiętych dniach jego irytacja nieco przycichła. Był zbyt zajęty problemami lokalnymi, których pojawiło się nagle całe mnóstwo — już tradycyjnie każdego gorącego lata niczym chmara komarów uderza Nowy Jork fala niepokojów społecznych — i Quinn nie gryzł się zbyt długo nominacją, na której zdobyciu w gruncie rzeczy wcale mu nie zależało.
Był to ponadto tydzień problemów domowych. Pogłębiające się nieustannie zaangażowanie Sundary w Wyznanie Transgresji zaczynało grać mi na nerwach. Jej zachowanie stało się teraz równie szalone, nieprzewidywalne i pozbawione motywów, jak zachowanie Carvajala; tylko że oboje dochodzili do swojej wariackiej przypadkowości z przeciwnych kierunków: zachowaniem Carvajala rządziło bowiem ślepe posłuszeństwo niewytłumaczalnym objawieniom, natomiast Sundara pragnęła wyzwolić się od wszelkich wzorców i matryc.
Królował kaprys. W dniu, kiedy pojechałem do Carvajala, Sundara wybrała się w tajemnicy do Ratusza, aby uzyskać licencję prostytutki. Zajęło jej to większą część popołudnia, musiała się bowiem poddać badaniom lekarskim, przesłuchaniu w siedzibie związku, zrobić kilka zdjęć, złożyć odciski palców i przejść przez całą resztę tej biurokratycznej plątaniny. Gdy z głową pełną myśli o Carvajalu wróciłem do domu, Sundara triumfalnie pokazała mi maleńką, laminowaną kartę, która pozwalała jej legalnie sprzedawać swoje ciało w każdej z pięciu nowojorskich dzielnic.
— Mój Boże — powiedziałem.
— Coś nie w porządku?
— Stałaś tam po prostu w kolejce jak byle dwudziestodolarowa dziwka z Vegas?
— Miałam wykorzystać wpływy polityczne, żeby otrzymać licencję?
— A gdyby zobaczył cię tam jakiś dziennikarz?
— No to co?
— Małżonka Lew Nicholsa, specjalnego asystenta administracyjnego burmistrza Quinna, zapisuje się do związku zawodowego kurew?
Читать дальше