Lisa pokiwała głową.
– Powiedział, że wyprowadzi mnie na zewnątrz.
Jeannie zamknęła oczy. Wyobraziła sobie ból i upokorzenie Lisy, to uczucie, że jest się znieważoną, zbezczeszczoną i zbrukaną. W oczach stanęły jej łzy i za wszelką cenę starała się je zatrzymać. Przez moment było jej zbyt słabo i niedobrze, by mogła coś powiedzieć.
W końcu wzięła się w garść.
– Kto to był? – zapytała.
– Ochroniarz.
Ten z poplamioną chustką na twarzy?
– Potem ją zdjął. – Lisa odwróciła się na bok. – Bez przerwy się uśmiechał.
Wszystko było jasne. Dziewczyna w spodniach koloru khaki mówiła, że obmacywał ją jakiś ochroniarz. Strażnik przy drzwiach twierdził, że w budynku nie było innych pracowników ochrony.
To nie był żaden ochroniarz – oznajmiła Jeannie. Kilka minut temu widziała, jak się oddalał. Kiedy uświadomiła sobie, że zrobił tę straszną rzecz tutaj, na terenie uczelni, w budynku sali gimnastycznej, gdzie sądziły, że mogą się bezpiecznie przebrać i wziąć prysznic, ogarnęła ją ślepa furia. Miała ochotę pobiec za nim i zadusić gołymi rękoma.
Usłyszała wzrastające hałasy: wołania mężczyzn, ciężkie kroki i szum wody. Strażacy zeszli do podziemi.
– Słuchaj, grozi nam tutaj niebezpieczeństwo – powiedziała. – Musimy się stąd wydostać.
– Nie mam się w co ubrać – odparła matowym głosem Lisa.
Możemy tutaj zginąć!
– Nie martw się o ubranie, na zewnątrz wszyscy chodzą półnadzy. – Jeannie omiotła szybkim spojrzeniem kotłownię i zobaczyła leżącą za zbiornikiem czerwoną koronkową bieliznę Lisy. – Włóż majtki i stanik. Są brudne, ale lepsze to niż nic.
Lisa siedziała dalej na podłodze ze wzrokiem utkwionym w ścianie.
Jeannie starała się nie wpadać w panikę. Co zrobi, jeśli Lisa nie zechce się ruszyć? Zdoła ją prawdopodobnie podnieść, ale czy da radę wspiąć się z nią po drabinie?
– Szybko, wstawaj – powiedziała, podnosząc głos. Złapała, ją za ręce i podniosła z podłogi. Lisa spojrzała jej w końcu w oczy.
– Jeannie, to było straszne – szepnęła.
Przyjaciółka objęła ją ramieniem i mocno uścisnęła.
– Tak mi przykro, Lisa, naprawdę tak mi przykro – powiedziała.
Dymu wciąż przybywało mimo ciężkich drzwi. W jej sercu współczucie ustąpiło strachowi.
– Musimy się stąd wydostać. Pali się cały budynek. Ubieraj się, na litość boską.
Lisa ruszyła się w końcu z miejsca. Włożyła majtki i zapięła biustonosz. Jeannie wzięła ją za rękę, zaprowadziła do drabiny przy ścianie i puściła przodem. Kiedy zaczęła się za nią wspinać, drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich w obłoku dymu jeden ze strażaków. Jego buty opływała struga wody. Wydawał się zaskoczony ich widokiem.
– Wszystko w porządku, wychodzimy tym włazem – zawołała do niego Jeannie. A potem ruszyła w ślad za Lisa.
Chwilę później obie były na zewnątrz, na świeżym powietrzu.
Jeannie poczuła olbrzymią ulgę: uratowała Lisę z pożaru. Ale teraz Lisa potrzebowała pomocy. Objęła ją ramieniem i zaprowadziła do głównego wejścia. Wzdłuż całej alejki zaparkowane były samochody straży i policji. Większość kobiet znalazła już coś, żeby się okryć, i Lisa rzucała się w oczy w samej czerwonej bieliźnie.
– Czy ktoś ma do pożyczenia jakieś spodnie albo cokolwiek? – pytała Jeannie, kiedy przeciskały się przez tłum. Ludzie pooddawali już wszystkie zapasowe ciuchy. Pożyczyłaby jej chętnie swój własny T-shirt, ale nie miała pod spodem biustonosza.
W końcu jakiś wysoki czarny chłopak zdjął koszulę z zapinanym kołnierzykiem i wręczył ją Lisie.
– Chcę ją mieć z powrotem, to autentyczny Ralph Lauren – powiedział. – Nazywam się Mitchell Waterfield, wydział matematyki.
– Na pewno nie zapomnę – odparła z wdzięcznością Jeannie.
Lisa włożyła koszulę. Sięgała jej prawie do kolan.
Jeannie czuła, że zaczyna powoli kontrolować sytuację. Ruszyła wraz z Lisa w stronę zaparkowanych pojazdów. Przy jednym z policyjnych samochodów stało bezczynnie, opierając się tyłkami o karoserię, trzech gliniarzy.
– Ta kobieta nazywa się Lisa Hoxton – powiedziała, zwracając się do najstarszego z nich, grubego białego mężczyzny z siwymi wąsami. – Została zgwałcona.
Oczekiwała, że wiadomość o popełnieniu poważnego przestępstwa wywrze na nich jakieś wrażenie, ale reakcja policjantów była zaskakująco bierna. Przez kilka sekund trawili bez słowa informację i Jeannie miała już ochotę na nich wrzasnąć, kiedy wąsacz wyprostował się i zapytał:
– Gdzie to się stało?
– W podziemiach płonącego budynku, w kotłowni.
– Ci strażacy zniszczą zaraz wszystkie dowody rzeczowe, sierżancie – zauważył młody czarny policjant.
– Masz rację – odparł starszy. – Lepiej tam idź, Lenny, i zabezpiecz miejsce przestępstwa. – Lennie ruszył szybkim krokiem do budynku. – Zna pani mężczyznę, który to zrobił, pani Hoxton? – zapytał sierżant.
Lisa potrząsnęła głową.
– To wysoki biały facet w czerwonej czapce z napisem SECURITY – powiedziała Jeannie. – Widziałam go w damskiej szatni zaraz po tym, jak wybuchł pożar, a potem chyba jeszcze raz, zanim znalazłam Lisę.
Gliniarz podszedł do samochodu, wyciągnął mikrofon i przez chwilę do niego przemawiał.
– Jeśli będzie na tyle głupi, żeby zachować tę czapkę, możemy go złapać – stwierdził. – Zawieź ofiarę do szpitala, McHenty – zwrócił się do trzeciego gliniarza.
McHenty był młodym białym mężczyzną w okularach.
– Chce pani siedzieć z tyłu czy z przodu?
Lisa nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie przestraszonej.
– Siądź z przodu, nie chcesz chyba wyglądać na podejrzaną – poradziła jej Jeannie.
Na twarzy Lisy odmalowało się przerażenie.
– Nie jedziesz ze mną? – zapytała, odzywając się po raz pierwszy od wyjścia z piwnicy.
– Jeśli chcesz, pojadę – odparła Jeannie, starając się jej dodać otuchy. – Ale może lepiej będzie, jak skoczę do domu, wezmę dla ciebie trochę ciuchów i spotkamy się w szpitalu.
Lisa spojrzała z niepokojem na McHenty'ego.
– Nic złego ci się nie stanie – powiedziała Jeannie.
McHenty otworzył drzwiczki i Lisa wsiadła do samochodu.
– Do jakiego jedziecie szpitala? – zapytała Jeannie.
– Santa Teresa – odparł, siadając za kierownicą.
– Będę tam za parę minut! – zawołała, kiedy samochód ruszył z miejsca.
Przebiegła truchtem przez parking, już teraz żałując, że nie pojechała razem z nimi. Siedząc na przednim fotelu, Lisa sprawiała wrażenie przestraszonej i zdruzgotanej. Z pewnością potrzebowała czystego ubrania, ale może jeszcze bardziej potrzebna jej była druga kobieta, która siedziałaby obok niej, trzymała za rękę i dodawała otuchy. Jazda sam na sam z uzbrojonym macho była prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jakiej sobie w tym momencie życzyła. Wskakując do swojego mercedesa, Jeannie czuła, że dała plamę.
– Jezu, co za dzień – jęknęła, wyjeżdżając z piskiem opon z parkingu.
Mieszkała niedaleko uczelni, na pierwszym piętrze małego szeregowego domu. Zaparkowała na chodniku i wbiegła na górę.
Umyła szybko twarz i ręce, a potem rzuciła na łóżko stos czystych ubrań. Przez chwilę zastanawiała się, które z nich będą pasować na niską, krągłą przyjaciółkę. Wyciągnęła o numer na nią za dużą koszulkę polo i spodnie od dresu. Dobranie bielizny było nieco trudniejsze. Znalazła parę obszernych męskich szortów, ale żaden z biustonoszy nie wydawał się odpowiedni. Lisa będzie musiała się obejść bez stanika. Dorzuciła szmaciane buty, wpakowała wszystko do torby i wybiegła.
Читать дальше